niedziela, 12 marca 2017

Od Sunset: "Czarna krew zaraża? (III Historia)"

Zadawałam sobie pytanie, o jaką maskę i fartuch chodziło. Ciemność panująca obok mnie, nie sprawiła, iż nie przestałam ich szukać. Łapą szurałam po ścianie w nadziei, że jednak tam się znajdują poszukiwane przeze mnie rzeczy. Mogłam normalnie spytać, gdzie są, ale jedynie odpowiedziałam „jasne". Nagle zamiast twardego materiału, poczułam coś, co jest elastyczne. Nie było wątpliwości, to było to, co od najbliższej chwili szukałam. Światło z pomieszczenia stawało się coraz jaśniejsze, więc obrys kształtu postaci widziałam. Zdjęłam z metalowego pręta wbitego w ścianę początkowo maskę, ponieważ była na wierzchu. Dwa, rozciągające się kawałki materiału zaciągnęłam za łeb w okolicach szyi, a przód, gdzie znajdował się front błękitnej maseczki, na czubek mojego pyszczka. Następnie sięgnęłam po fartuch z podobnego materiału. Nie wiem, w czym miał mi pomóc. W końcu była to tylko narzutka na plecy, którą zawiązywało się od spodu, żeby nie spadała. Po jej założeniu wróciłam do maszerowania w stronę medyka. Nie aż tak łatwo się oddychało, jak się można było spodziewać. Za to wzrok nie miał oporów, aby chwilę później dostrzec wyraźnie wilka i przyzwyczajać się do rażącej jasności. Dostrzegłam, że na samym środku znajduję się łóżko z burym basiorem, przywiązanym kończynami do jego krawędzi. Mimo tego tułowiem co chwilę podskakiwał do góry, szarpiąc skórzane paski, przykręcone do drewnianych belek. Nic oprócz tego w sumie się nie znajdowało w kwadratowym pomieszczeniu średniej wielkości. Jedynie Tor próbował go uspokoić, co jakiś czas wstrzykując coś pod skórę oraz wlewając siłą jakieś zioła do pyska, które pewnie miały myśliwego uspokoić. Gdy już dotarłam, z przerażeniem w oczach spytałam:
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i króliku. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnpyszczka. Następnie sięgnęłam po fartuch z podobnego materiału. Nie wiem, w czym miał mi pomóc. W końcu była to tylko narzutka na plecy, którą zawiązywało się od spodu, żeby nie spadała. Po jej założeniu wróciłam do maszerowania w stronę medyka. Nie aż tak łatwo się oddychało, jak się można było spodziewać. Za to wzrok nie miał oporów, aby chwilę później dostrzec wyraźnie wilka i przyzwyczajać się do rażącej jasności. Dostrzegłam, że na samym środku znajduję się łóżko z burym basiorem, przywiązanym kończynami do jego krawędzi. Mimo tego tułowiem co chwilę podskakiwał do góry, szarpiąc skórzane paski, przykręcone do drewnianych belek. Nic oprócz tego w sumie się nie znajdowało w kwadratowym omieszczeniu średniej wielkości. Jedynie Tor próbował go uspokoić, co jakiś zas wstrzymując coś pod skórę oraz wlewając siłą jakieś zioła, które pewnie miały myśliwego uspokoić. Gdy już dotarłam, z przerażeniem w oczah spytałam:
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i królikiu. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnie, wiedząc, że to obowiązek, jeżeli ktoś zginął i nie może pomóc.
- Nie chcę Cię wyganiać, ale jednak trzeba je jak najszybciej znaleźć.
- Oczywiście . - lekko się zaśmiałam, poczym odwróciłam i udałam się ku wyjściu.
- Dzięki. - powiedział, po czym mogłam stwierdzić, że znowu mu coś wstrzyknął, ponieważ krzyk był większy niż zwykle.
- Przykro mi z powodu asystenta. - powiedziałam, znikając wśród pochłoniętego ciemnością tunelu.

sobota, 11 marca 2017

Od Dallany c.d. Cedy

Rzeka już miała wyższy poziom, niż parę dni temu. Za tydzień lub dwa, roztopy i deszcze spowodują że łąka, którą właśnie szłyśmy, zamieni się w podmokły i błotnisty teren, nieprzyjemny do spacerów. Teraz jednak było całkiem ładnie, rzeka przyjemnie szumiała, a ptaki ćwierkały swoje melodie. Ceda podeszła do samego brzegu i napiła się lodowatej wody. Ja wolałam i tego sobie odmówić - zimna woda jest niezbyt dobra. Zbliżyłam się tylko trochę, spoglądając w niebo i otaczającą nas florę. Nie mogłam się doczekać, kiedy zniknie biały puch. Na niebie w tym momencie niemal nie było chmur, i chociaż słońce chowało się za widnokręgiem z drzew, odczuć można było, że dni są coraz dłuższe. Po drugiej stronie Matki, usytuowane blisko krzewy zdawały się mieć już drobne, zielone pączki lub zawiązki listków, pomiędzy zeszłorocznymi, żółtymi trawami przebijały się kiełki świeżej. Nigdzie nie zobaczyłam za to kwiatów; po drodze widziałam kilka wczesnych, młodych roślinek, ale tu nie było odpowiednich dla nich warunków.
Przerwałam swój drobny rekonesans, gdy spotkałam się ze spojrzeniem czerwonookiej wadery. Ta przyglądała mi się z lekko przekrzywionym łbem. Uśmiechnęłam się do niej lekko i podeszłam bliżej. Ceda otworzyła pysk, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie z naprzeciwka wyskoczył spory, czarny kształt, który następnie wskoczył do rzeki, posyłając w naszym kierunku falę wody. Odskoczyłam w tył, warcząc, ale nie udało mi się uniknąć ataku. Nim zdążyłam się otrząsnąć i przywrócić ostrość widzenia, zwierz zniknął gdzieś za zakrętem.
- Co to było? - Spytała wadera. Wyglądała trochę, jakby spacerowała w deszczu, ja więc również musiałam prezentować się w ten sposób.
- Nie zdążyłam się przyjrzeć, zaskoczył mnie. - odpowiedziałam, a po grzbiecie przeszedł mnie dreszcz. - Pogoda nie jest odpowiednia na kąpiele w rzece. Kawałek w górę biegu jest mostek. Jeśli się pospieszymy, zdążmy do mojej jaskini zanim mróz zmieni nas w dwa sople.
- Nie wydaje mi się, żeby to nam groziło. Nie bądź taka zrzędliwa - odpowiedziała, najwyraźniej rozbawiona wodnym atakiem, lecz pozwoliła się prowadzić. Starałam się ignorować nieprzyjemne uczucie, żeby nie było, że dramatyzuję, jednak nie lubię, gdy zimna i mokra sierść przykleja się w kosmykach do ciała, a wiatr powoduje gęsią skórkę.
- Ceda, jak wygląda miejsce, z którego pochodzisz? - zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
- To było niebezpieczne, ale piękne miejsce... - zaczęła - Ale czy to istotne? Porozmawiajmy o Berkanan - dodała po chwili, trochę głośniejszym, lecz również zmienionym głosem. Widocznie niezbyt dobrze wspominała swój dom. Byłam go ciekawa, ale przystałam na zmianę tematu. Odpowiedziałam na kilka drobnych pytań, a potem rozmowa zeszła znów na aurę. Ceda okazała się zwolenniczką zimy, a ja nie mogłam zrozumieć, jak można lubić mróz i śnieg, kiedy świat jest szary, a wszystko wymaga więcej wysiłku.
W końcu dotarłyśmy do mojej jaskini. Zaprosiłam towarzyszkę do środka i rozpaliłam ogień. W ciepłym wnętrzu położyłam się na jednej z kanap, kładąc głowę na łapach i pozwoliłam się sobie nieco rozluźnić. Odniosłam wrażenie, że wilczycy podoba się źródełko - pytała, jak osiągnęłam taki efekt, na co niestety nie mogłam odpowiedzieć, ponieważ było tu już wtedy, gdy obrałam sobie tę jaskinię za dom.
Nie minęło wiele czasu, gdy do środka weszła Sunset. Okazało się, że towarzysz nowej wadery miał mały wypadek, ale nic mu nie jest. Ten również postanowił dołączyć. Ceda w czasie naszej krótkiej rozmowy siedziała cicho, patrząc w ogień. Wyglądała na zatopioną w myślach. Cóż, nie mogę powiedzieć, że polubiłam ją od pierwszego wejrzenia, ale miałam nadzieję, że ona i jej towarzysz zaaklimatyzują się w nowym stadzie.
Sunny chciała jeszcze dzisiaj zorganizować ceremonię.
- Przecież już prawie noc. Gdzie ci się spieszy?
- Mamy sporo czasu do zmroku, a jutro mam parę rzeczy do zrobienia. - Odpowiedziała przyjaciółka. Wiedziała, że nie lubię, kiedy coś ustala się w ten sposób. Z drugiej strony, im szybciej to załatwimy, tym lepiej. Wkrótce zjawił się wspomniany nowy basior w towarzystwie Shakuy'i, która jednak zaraz się zmyła. Jako, że musiałam pobyć w świątyni sama, odprowadziłam wilki kawałek, po czym ruszyłam swoją skrótową ścieżką, wyostrzając wzrok jak tylko mogłam. Zyskałam tym samym półgodzinną przewagę nad trojgiem pozostałych wilków.
Udało mi się uniknąć kontaktu z wodospadem. Grota oświetlona była lampionami, które nadawały przyjemnego klimatu. Podeszłam do kamiennego ołtarza i przymknęłam oczy, w myślach przywołując boginię. Jak zwykle w tej sprawie, nie musiałam długo czekać, by przede mną pojawiło się światełko. Otworzyłam oczy i patrzyłam, jak zjawa rośnie. W blasku dostrzec można było wilcze rysy. Ukłoniłam się z szacunkiem, spuszczając na chwilę wzrok. Moja przodkini uśmiechnęła się i posłała w moim kierunku dwa talizmany, po czym podobnie jak się zjawiła, tak zniknęła, pozostawiając mnie w cichej samotności.

Ced?

Od Shakuy'i c.d. Asmodeusa: "Wszystko o wszystkim"

Skinęłam głową, po czym spojrzałam na skrzydlatego basiora. Sunset wróciła do swojej jaskini, zapewne zaraz z niej wyjdzie, aby poszukać Dallany. Chwilę milczałam uważnie mu się przyglądając, po czym się odwróciłam i zaczęłam iść przed siebie. Po paru krokach odwróciłam głowę, aby sprawdzić, czy idzie za mną, ale on stał w miejscu.
- Idziesz? - odezwałam się. - Pokażę ci mniej więcej tereny - po tych słowach skinął głową i ruszył za mną. Poczekałam na niego chwile i wznowiłam ruch. Na początku milczałam, a gdy doszliśmy do małego pagórka, zatrzymałam się i odwróciłam w kierunku doliny. Basior zrobił to samo. - To Dolina Opadających Smoków - po wypowiedzeniu nazwy zaczęłam mu o niej opowiadać. Ogółem krajobraz składał się ze skał, chociaż ja swój wzrok zatrzymywałam jedynie na figurach podobnych do smoków.
Ruszyliśmy dalej.
- Jak wygląda twoja towarzyszka? - zapytałam.
- Wilczyca o drobnej budowie. Ma czarno szare futro, biały pysk i szpiczaste uszu. Łatwo ja rozpoznać po czerwonym pędzlu przy prawym uchu - skinęłam głową wyobrażając sobie jak mniej więcej mogła ona wyglądać. Opowiedziałam potem o Górach Ryfejskich i Rzece Matce.
- Gdy będziecie dołączać, przejdziecie Ceremonię Dołączenia - powiadomiłam go.
- Czyli? - ta, ja sama także tego nie wiedziałam. Zaczęłam od tłumaczenia co tą jest Świątynia i jak wygląda. Potem mu opowiedziałam, jak to mniej więcej wygląda. W świątyni zostanie sam z Dallaną i Sunset, czyli ansuzem i dagazem tej watahy. Ciekawsze było to, że otrzyma swój talizman. Pokazała mu swój mały znaczek w kształcie serca.
- Czyli to jest Talizman Reprezentacji? - pokiwałam głową. - Myślałem, że to wasza jakaś pamiątka i tyle - wzruszyłam ramionami.
- Ja na to nie zwracałam uwagi - spojrzałam na swój talizman, który był taki sam, jak mój znak na torsie po prawej stronie. Po lewej stronie znajdowało się bezowe kółeczko z ząbkami, z którego wychodziły tego samego koloru paski, a tło było granatowe. Nie mam pojęcia skąd ja to mam, ale jakoś nie zbyt mnie to ciekawiło.
- A talizman dodaje nam jakichś mocy, siły? - zapytał.
- Nie jestem pewna, jeszcze nie odkryłam, ale jakoś w to nie wierze - powiedziałam zgodnie z prawdą. Podczas dalszej wędrówki pokazałam mu Przystań, a na samym końcu Szare Morze. Dziwne, że w żadnym miejscu nie znaleźliśmy jego towarzyszki. - Ta wataha jest dość duża, ale według mnie jest bardzo ładna - powiedziałam podczas drogi do jaskini Dallany. Może mają już wszystko przygotowane? Tak jak myślałam, tak było. Gdy weszłam do środka, zastałam nie tylko ansuza, ale także Sunset i czarno szarą wilczycę z białym pyskiem i czerwonym pędzlu przy prawym uchu. - Widzę, że twoja towarzyszka się znalazła - powiedziałam bardziej sama do siebie niż do basiora.
Zostawiłam ich wszystkich samych. Wątpiłam, aby moja obecność była im potrzebna, raczej by zawadzała. Mniej miejsca i takie tam. Spojrzałam na niebo, powoli robiło się ciemno, słońce zaczęło się chylić ku horyzontowi. Czułam, że jeszcze zdążę obejrzeć zachód, chociaż bardziej zależało mi na pięknym nocnym niebie. Wróciłam do doliny, zostawiając nowego członka watahy u przywódcy. Jutro się dowiem, jak nazywa się ta wilczyca, jeśli i ona ze chce dołączyć. Jeśli tak, jak nie będę drugi raz tłumaczyła wszystko. Bynajmniej nie w tej chwili.
Teraz siedziałam na kamieniu i oglądałam gwiazdy. Uwielbiam ciszę.

<Asmodeus? Jak ceremonia?>

Od Shakuy'i c.d. Sunset: "Całkiem ładnie"

- Może opowiedz mi o tej dolinie - zadecydowałam. Sunset skinęła głową. Ruszyłyśmy spokojnym tempem wzdłuż całej doliny.
W najdłuższym zakolu Matki, gdzie ta zakręca w kierunku wschodnim i kieruje się do ujścia, znajduje się ta o to dolina -  rozległe skupisko dużych i większych kamiennych słupów, skał, jednych blisko siebie, innych - oddalonych nawet o kilometr czy dwa. Obszar Doliny Opadających Smoków mieści się w centrum tej watahy. Skalne pagórki są usiane licznymi wejściami do grot różnego rozmiaru, korytarzy, jam, szczelin. W największej spośród skał i najbardziej wysuniętej na zachód, nazywanej przez to Zachodnią Sadybą, odbywa się handel, to tam grupa sprzedawców zbiera większość towarów. Pozostałe jaskinie są puste, chyba, że któraś zostanie wybrana jako dom nowego lokatora. Kamienne kształty mogą przywodzić na myśl właśnie smoki. Legenda głosi, że niegdyś były to leże tych majestatycznych stworzeń.
Przyznam, że ta dolina była nie tylko ładna, ale i bardzo ciekawa. Potem dowiedziałam się wiele informacji na temat innych terenów.
Góry Ryfejskie - pasmo górskie ciągnące się na Południu i głównie Południowym Wschodzie. Wysokość wzniesień było mocno zróżnicowana - od pagórków do stromych i niebezpiecznych stoków. Najwyższe, sąsiadujące ze sobą góry - Moroza, Renik i Pom - ponoć przez cały rok miały wierzchołki pokryte śniegiem. Z każdej z nich biło źródło strumieni, które łącząc się, dawały początek największej rzece, która była nazwała Rzeką Matką.
Od Południowego-Wschodu, kieruje się, meandrując, na Północny-Zachód, by następnie skręcić ponownie na Wschód i Północ, do ujścia w Szarym Morzu. Na wiosnę Matka wzbierała i zalewała ziemie w odległości nawet stu skoków od brzegu. Miała liczne, mniejsze lub większe dopływy. Rzeka zamarzała całkowicie tylko w największe mrozy. Im bliżej gór, tym bardziej wartka, na odcinku od zachodu do ujścia stopniowo się rozszerzała i stawała się płytsza, wolniejsza.
Przystań - Zatoka Morza Południowego (Płd. Wsch.). Piaszczysty brzeg i dobre warunki dla cumujących statków sprawiały, że jest to najbardziej znany punkt łączności z resztą świata. Gdzieś na morzu znajdowały się różne wyspy, wysepki i lądy. Z Obcych Ziem docierał tu statek towarowy, który dostarczał różne towary. Poza nim rzadko kiedy pojawiału się inne łodzie. Okręt należący do watahy jest bardzo rzadko wykorzystywany, głównie przy poselstwach.
Szare Morze to morze znajdujące się na północy. Chociaż wody w pobliżu lądu są ciepłe, nie wypływa się w dalsze, coraz zimniejsze obszary. Zapewne były tam zamieszkałe ziemie, ale nigdy nie szukali z nimi kontaktu.
W świątyni już byłam, więc nie ma co o nie opowiadać.
- I jak ci się podobają nasze tereny? - zapytała wadera, gdy usiadłyśmy na polanie. Położyłam łeb na łapach i obserwowałam czarnego robaka na trawie.
- Droga była długo, a wataha sama w sobie jest ogromna. Ale opłacało się, bo tereny są bardzo ładne, a ty bardzo ładnie wszystko opowiadałaś - powiedziałam dalej uważnie obserwując czarne stworzonko, które po chwili rozwinęło skrzydełka i odleciało w stronę nieba. - Podoba mi się tu - dodałam na koniec prostując się.

<Sunset?>

Od Sunset c.d Dallany: "Szczenięce kryminały"

- Dallana… - jęknął z bólu. – Zawsze taka byłaś. Zgrywanie się przed Tobą nie ma sensu.
- O co Ci chodzi, rudzielcu? – spytała gniewnie towarzyszka.
- To ja, Jonny. Twój dawny królik. Dostałem nowe życie. – uśmiechnął się krzywo stronę w stronę alfy.
- Jaki królik? Nie miałam żadnego królika! – wkurzyła się, co nie zwiastowało dobrej atmosfery.
- Miałabyś, gdyby nie ona! – wskazał na mnie łapą, podpierając się drugą o podłoże.
- Słucham? – zdziwiłam się.
- Tak, tak. Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi!
- Słuchaj, Jonas. Nie chcę nam się bawić w Twoje gierki, więc zacznij gadać, bo inaczej Dallany nie powstrzymam, a widzisz, w jakim jest stanie.
- Dallana nic mi nie zrobi. – powiedział pewnie, po czym wstał. W tej chwili również wilczyca skoczyła na niego, a on ponownie upadł. – Wilczyco! Pogięło Cię?! Będziesz tego żałować.
Dallam miała już dać kolejny zacios, gdy nagle we wnękach dostrzegłyśmy zbliżające się sylwetki. Chwilę potem już wyszły. Były to chuderlawe, rude istoty. Innymi słowy… Na oko z 50 Jonasków. Zaczęli nas otaczać. Nawet nie spostrzegłyśmy, że pasożyt wstał i... uciekł? Pewnie nie, bo ciągle nowe lisy wychodziły. Wszystkie takie same. Powoli zaczynały się do nas zbliżać, każdy z tym krzywym, przerażającym uśmieszkiem. Wraz z Dallaną wymieniłyśmy się paroma zbędnymi wypowiedziami, lecz w pewnym momencie zaproponowałam:
- Wejdźmy na górę po linie. – spojrzałam na nią, jakby z wyrzutem, mimo że go nie miałam.
- Dobrze, że ją wzięłaś. Idź pierwsza.
Mruknęłam jedynie coś, co przypominało potwierdzenie. Udałam się więc do dziury, przy której jeszcze nie było rudzielców. Zaczęłam wspinać się po ścianie z pomocą liny. Mimo że łatwe to nie było, szybko straciłam Dallanę z oczu, a ukazała mi się ciemność, pochłaniająca całe światło. Po chwili, która dla mnie trwała wieczność, ujrzałam światło. Szybko dostrzegłam również Jonasa, który piłuje sznur.
- Jonas, nie!
- Co jest, Sun? – spytała towarzyszka, wspinająca się na dole.
Wiedziałam, że muszę szybko wejść i go powstrzymać.
- Jonas! – powtórzyłam, a ten nie odpowiedział. Wchodziłam, patrząc, jak sznur staje się węższy. Nagle wykonał ostatni, najszybszy ruch, który sprawił, że sznur zaczął spadać. Skoczyłam do góry tak, by dwoma przednimi łapami złapać się podłoża. Po drodze złapałam dodatkowo sznur, który zaczął się chwiać, a dowodem na to były liczne pytania asnuzy. Próbowałam wstać, lecz lis wbił mi swoje pazury w łapy. Z bólu je szarpnęłam, po czym spadłam wraz ze sznurkiem.

Od Sunset: "Czarna krew (III Historia)"

„Czarna krew” była czymś dziwnym, przerażającym, a zarazem intrygującym. Wiadomość o chorym myśliwym dotarła do mnie w miarę szybko. Wiedząc, że mogę się zarazić, ruszyłam w stronę medyka, aby całe zajście zobaczyć na własne oczy, a nie wierzyć plotkom, które często są mylne. Lepiąca się do łap ziemia nie była przyjemna, wręcz przeciwnie. Brudziła moje żółte futro, co było prawie że niewidoczne. Ogon miałam trochę nad ziemią, z tego powodu, z którego miałam brudne poduszeczki u łap. Mgła, która jeszcze panowała na terenach watahy, parę dni temu minęła, a szare, smutne niebo nabrało ciepłych barw, dzięki przebijającemu się przez białe chmury Słońcu. Był ranek, więc rosa rozprowadzała się po całych terenach, dając niewinny, przyjemny zapach. Drzewa w obecnym stanie nie mogły narzekać na brak wody, ponieważ topniejący się lód dawał jej aż nadto. Dobrze, że mchy cześć z wody pochłaniały- w końcu powodzie nie są miłe. Pełne barw ptaki szybowały w przestworzach bądź śpiewały śliczne melodię na gałęziach już powoli budzących się do życia drzew. Podczas lekkiego marszu mogłam zauważyć gdzieniegdzie na morenowych wzgórzach króliczki, sarny i te piękne, majestatyczne zwierzęta, jakimi są jelenie. Bardzo lubiłam napawać się wzrokiem w ich poroże. Wyglądały, jakby ktoś wybitny zrobił artystyczne kreski, pomiatając pędzlem w jedną i w drugą, a następnie dokładnie tak sama zdublował to po drugiej stronie. Zachwyt nad nimi sprawiał, że momentami sama chciałabym je posiadać, choć wiem, że one nawet do wilków nie pasują i żałowałabym tego. Po tym, jak ostatni z nich uciekł mi z pola widzenia, mogłam skupić się na drodze. Nawet nie dostrzegłam wtedy, że jestem na miejscu. Podchodząc coraz bliżej jaskini, słyszałam głośniejsze krzyki i jęki. Czasem nawet w moim umyśle gościła myśl, czy czasem nie zwariował i dlatego wygaduje bzdury, takie jak czarna krew. Westchnęłam, po czym nabierając większy oddech, wstąpiłam na próg siedziby medyka.
- Tor?- spytałam, wiedząc, że tutejsze echo doprowadzi moje słowa do basiora.
- Sunset? To Ty? Wejdź. - usłyszałam nieco drgający głos, powtarzający końcówkę parę razy, za każdym kolejnym coraz bardziej niewyraźne. Bardziej jednak zdziwiło mnie to, że po jednym, trzyliterowym słowie, który zagłusza jęk i krzyk, mnie rozpoznał. Faktycznie, wspominał kiedyś o tym, że umie bez problemu rozpoznawać dźwięki, ale mu nie wierzyłam do tego stopnia. Może to z zazdrości? Nie wiem.
Wiedziałam, że rzuciłam kostki i teraz tak sobie nie mogę wyjść. Dlatego też lekkim krokiem zaczęłam wchodzić w głąb coraz węższego, czarnego korytarza. W pewnym momencie wręcz nic nie widziałam. Ciemność opanowała moje oczy. Idąc prosto, obawiałam się, że trafię na ścianę i zaliczę z nią nieprzyjemne zbliżenie. Powoli jednak zaczęłam dostrzegać światło w pochłoniętym mrokiem tunelu. W głowie zadawałam sobie retoryczne pytania, znając odpowiedzi: „Czy to niebo mnie wzywa?”, „A może mam halucynacje?". Im bliżej się zbliżałam, tym mocniej światło dawało po oczach, odzwyczajonych już od niego. Zmuszając, do mrużenia ich, dostrzegłam powoli sylwetki wilków- leżącego i stojącego, który próbuje pacjenta uspokoić. Krzyki budziły przerażenie, co mnie niepokoiło. Nagle czarna, rozmazana jeszcze postać krzyknęła w moją stronę:
- Weź maseczkę oraz fartuch, żebyś się nie zaraziła. - po czym wrócił do uspokojenia myśliwego.

Od Cedy c.d Dallany

Nie mogę powiedzieć, że owa wadera przypadła mi do gustu; przeciwnie, początkowo chciałam odejść i nie mieć z nią już więcej do czynienia. Miałam wrażenie, że robiła awanturę o nic; w końcu gdyby naprawdę potrzebowała pożywienia to skorzystałaby z mojej propozycji i zjadła razem ze mną. Sama i tak nie byłam w stanie zjeść całej sarny, mimo, że głodowałam od dłuższego czasu. Z drugiej strony, rozumiałam ją; też nie byłabym zachwycona, gdyby ktoś wtargnął na moje tereny i upolował upatrzoną przeze mnie zdobycz.
Dallana zaproponowała mi spacer, no co przystałam z chęcią, mimo, że nadal niechętnie rozmawiałam z waderą.
- Myślę, że możemy zacząć od Matki. - mruknęła wilczyca, oceniając porę dnia po położeniu ognistej kuli gazu na niebie. - Oczywiście nie pokażę ci wszystkiego za jednym zamachem, po prostu nie jestem w stanie.
- Domyślam się. - odparłam, omijając szeroką zaspę kilkoma długi krokami – Chyba tereny żadnej watahy nie są małe. Czym jest ta ,,Matka"?
- Matka to największa rzeka Berkanan, wypływa z Gór Ryferyjskich. - widząc moje pytające spojrzenie kontynuowała cierpliwie, starannie ukrywając lekkie zirytowanie moją niewiedzą – To ten masyw górski na południu. Właśnie tam ma ona swoje źródła, a potem płynie na zachód, żeby skręcić znów na wschód. Wpada do Szarego Morza na północy i przecina całe nasze tereny.
Przysłuchiwałam się jej słowom uważnie, a do mojego umysłu powoli dochodziła świadomość, że być może właśnie znalazłam nowe miejsce zamieszkania dla mnie i dla Asmodeusa, a moja towarzyszka jest prawdopodobnie Alfą watahy, na której tereny weszłam... Alfą? Ona użyła innego określenia... Ansuza, czy jakoś tak. Nie spotkałam się jeszcze z innym nazewnictwem stanowisk; zawsze, nawet u mnie było tak samo; Alfa, Beta, Gamma, Delta, Omega... Owszem, czasem zdarzały się różnice, na przykład w moich rodzinnych stronach wyróżnia się jeszcze dwa klany, które stoją wyżej nad resztą społeczeństwa. Niemniej martwił mnie fakt, że nie przypadłyśmy sobie do gustu. Chciałabym, żeby przyjęła mnie i Asmo do siebie; w końcu lepiej się stanie, jeśli wokół nas będzie więcej wilków, które będą stanowić wsparcie dla nas obojga. Lepiej polować w grupie, dodatkowo watahę trudniej zaatakować niż dwa pojedyncze wilki, więc bezpieczeństwo również jest większe.
Szłyśmy dosyć długo, czasem wymieniając kilka słów, jednak większość czasu truchtałyśmy w milczeniu, a ja syciłam zmysły pięknem zimowej puszczy. Byłam bardzo ciekawa jak to wszystko wygląda kiedy lód topnieje. Chciałam jednak zatrzeć nieco negatywne początkowe wrażenie, więc przerwałam monotonną ciszę.
- Właściwie... - zaczęłam – Dlaczego zamiast Alfy mówisz o sobie... Ansuza? Tak, to tak się nazywa?
- Owszem, dobrze mówisz. To długa historia. - odparła, klucząc sprawnie między drzewami – Mamy Ansuzę, Dagaza, potem jest Laguz, następni w hierarchii są zwykli członkowie czyli Raido. Szczenięta noszą miano Sowilo, a Othanal zastępują omegi. Najistotniejsze są jednak dwie pierwsze nazwy, ponieważ wzięły się od pierwszych dwóch basiorów na naszych terenach, którzy założyli naszą watahę. Byli to bracia, ale mieli oni również siostrę; jak możesz się domyśleć, owa wadera zwała się Berkanan. Ansuz oraz Dagaz zdecydowali, że najwyższym członkiem hierarchii będzie pierwszy wilk, natomiast drugi brat będzie mu pomagać. Jednakże ich siostra została zauważona przez jednego z bogów; Jaszę, który zakochał się w śmiertelniczce. Dzięki niemu stała się boginią, otrzymała nieśmiertelność oraz siłę przewyższającą zwykłe wilki. Jej bracia jednak spotkali się z ogromnym zagrożeniem; Bestią, na której tereny wtargnęli. Wywiązała się walka, w efekcie której potwór zginął, a sama Berkanan została śmiertelnie ranna. Wróciła w zaświaty, do swojego partnera i od tego czasu czasem pojawia się na Ziemi. Każdy z członków naszej społeczności ma jednak coś, co wyróżnia nas spośród innych wilków; talizman reprezentacji, który otrzymaliśmy na Ceremonii. Jest on najcenniejszą rzeczą, jaką posiadamy. Ciebie też to czeka, jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć. W wielkim skrócie tak to wygląda.
Patrzyłam na nią z lekko zmarszczonymi brwiami. Owszem, słyszałam kiedyś o krainie noszącej właśnie takie miano, ba, nawet w moich rodzinnych stronach niektórzy ją znali, ale nigdy nie wiedziałam gdzie ona konkretnie jest ani na czym polega system, w którym żyją członkowie. Nigdy nie wierzyłam w żadne bóstwo, więc słowa Dallany wydawały mi się... absurdalne?
- Cóż... - zaczęłam ostrożnie, widząc, że wadera oczekuje odpowiedzi – Słyszałam już kiedyś tę historię... W nieco innej wersji, ale sens jest ten sam.
- Naprawdę? - zdziwiła się Dallana.
- Owszem - kiwnęłam głową, ale nim zdążyłam cokolwiek dodać zza pnia ogromnej sosny wyłoniła się srebrzysta wstęga rzeki, która była naszym celem.


Dallana?

piątek, 10 marca 2017

Od Asmodeusa c.d. Shakuy'i

Sunset... Tak właśnie nazywała się Dagaz tej watahy. Już od razu wadera zaczęła mnie oglądać srebrnymi oczami, co jakiś czas pytając o poszczególne informacje z mego życia, typu: "Skąd pochodzisz?", "Czy jesteś sam?", "Od jak dawna przebywasz na naszych terenach?", "Jaki jest twój cel?". Na wszystko odpowiadałem krótko, ogólnikowo, unikając szczegółów, jednak ostatnie pytanie wywołało we mnie najwięcej przemyśleń- Właśnie, do czego zmierzałem? Dobra zagadka, nawet dla mnie samego. Czy ja w ogóle czegoś szukałem? Miałem bliską osobę- Cedę, do której bałem się zbytnio zbliżyć. W całym życiu miałem dwóch dobrych przyjaciół i oboje zginęli w praktycznie ten sam sposób. Nazywanie kogokolwiek przyjaciółką lub przyjacielem w moim wypadku było raczej poważnym problemem dla tej osoby... Cóż, teraz chyba jednak nie jestem aż tak zepsuty... Naprawiłem się...
Ach, skup się, głupi wilku, teraz masz inny problem. To raczej zły moment na myślenie o takich elementach z życia.
Zacisnąłem zęby, sunąc zagubionym wzrokiem po ścianach jaskini, by się skupić na czymkolwiek, tylko nie swoich dramatach. Skończyło się na tym, że dokładnie przeanalizowałem wygląd oraz odruchy Sunset, która analizowała moje rany. Miała urocze, czarne skarpetki na palcach i interesujące wzory na uszach. Zainteresował mnie również naszyjnik, zwisający z jej szyi. Zapewne jakiś bezwartościowy śmieć, którego noszenie dla niej jedynej ma jakiś sens. Czy warto jednak tak od razu skreślać ten mały drobiazg? Kto wie.
W końcu po szczegółowej kontroli i naprawdę wielu dziwnych rozmyślaniach diagnoza ze strony wadery wyszła jednogłośna i zarazem pewnie najlepsza, jaką sobie wyobrażałem odkąd te cholerne śnieżynki mnie zaatakowały, a drzewa w nieudolny sposób próbowały złapać. Pominę fakt, że w trakcie drogi na kochaną Matkę Ziemię, aby ją mocno przytulić z zaskoczenia, zacząłem powoli się uzdrawiać od pierwszego bolesnego uderzenia o wystającą gałąź. Dało mi to więcej, niż można się spodziewać, mimo potwornego bólu. Po drodze również skupiłem się właśnie na tym, by przypadkiem za bardzo nie zwrócić na siebie uwagi obcej wadery, że czuję się lepiej. Przecież w razie ewentualności nie stanąłbym do walki w tak pokaleczonym stanie. Teraz czułem się wyśmienicie, nawet mimo tego, że musiałem zwyczajnie oszukiwać. Na słowa, że nic nie złamałem, a jedynie znacznie się posiniaczyłem, odetchnąłem z ulgą.
Cztery złamane żebra, wyłamane w kilku miejscach oba skrzydła, zmiażdżenie dwóch łap i przekręcony grzbiet. To moja realna diagnoza.
Mimo tego nadal grałem, nie dając nawet złudzeń normalnego stanu. Nie teraz.
Gdy już chciałem dziękować, za przyznanie czegoś, co sam wiedziałem, wadera o jaskrawo żółtym futrze zatrzymała mnie w pół kroku, słowami "Teraz masz do wyboru albo dołączyć, albo opuścić te tereny na dobre." Nie mogłem powstrzymać się od krótkiego spojrzenia w jej kierunku, po czym jednak zaraz odwróciłem wzrok, nieco zakłopotany. Co zrobić w takiej sytuacji? Co z Cedą..? Chyba ma coś do powiedzenia w tej sytuacji... Jednak...
Zmrużyłem oczy, nieznacznie się krzywiąc.
- Dołączę.- Skinąłem łbem.- Wraz z Cedą, zamieszkamy z wami.- Oznajmiłem. Zrobiłem kolejny krok ku wyjściu z jamy.
- Dobrze więc.- Sunset podążyła w moim kierunku, wyprzedzając, po czym zawołała białą waderę, która- o dziwo- czekała przed mieszkaniem Dagaz.- Shakuya, mogłabyś pokazać wszystko Asmodeusowi, skoro nic wielkiego mu się nie stało? Jeżeli po drodze znajdziecie jego towarzyszkę, powiadomcie ją o wszystkim. Szczegóły ceremonii omówię z Ansuzą.
Skupiałem wzrok to na jednej, to drugiej waderze, wiele tym nie wyrażając. Czyli Królowa Śniegu nosiła imię Shakuya? Intrygujące.

<Shakuy'a?>

Event Wiosenny!

Wiosna nadchodzi wielkimi krokami, dni są coraz cieplejsze, a śnieg ustąpił deszczowi i słońcu. Z tej okazji zawitał do nas mały event, który zakończy się 21 marca. Mamy nadzieję, że każdy z was znajdzie coś dla siebie i weźmiecie udział w zabawie ;)


Rysunki

Przedstaw na kartce lub w programie graficznym obrazek nawiązujący do naszego bloga. Może to być czyjaś postać, scena z opowiadania, związek z fabułą - opcji jest wiele. Rysunki z obu kategorii (na kartce/w programie) będą oceniane osobno.
W dniu zakończenia eventu pojawi się ankieta, w której każdy będzie mógł oddać głos na prace. Wyniki tego konkursu zostaną więc ogłoszone tydzień później.
Nagrody:
1 miejsce: 60J i 8exp
2 miejsce: 30J i 4exp
3 miejsce: 15J i 2exp
Quiz

Tego chyba nie trzeba dużo tłumaczyć - poniżej znajduje się kilka pytań odnośnie prawdziwych wilków, odpowiedzi na nie wysyłasz na maila watahy. Pierwsza osoba otrzymuje nagrodę wysokości 30J, pozostałe - 10J. Warunkiem jest oczywiście poprawność odpowiedzi ;)

1. Z jakich trzech powodów wilk wyje do księżyca?
2. Jak zachowuje się wilk podczas obrony?
3. Wymarła rasa wilka, zamieszkująca dawniej wyspy Hokkaido.
4. W jakich krajach zamieszkuje algonkiński?
5. Na czym polegają „polowania naukowców” na wilkach?
6. Co oznacza przysłowie „I wilk syty, i owca cała”?
7. Jaką kategorię zagrożenia posiada wilk szary?
8. Z jakiej rodziny pochodzą wilki?
9. O ile procent basiory są większe od wader?
10. Co wyznacza wilk, żeby nie dopuścić obcych do watahy?

Historie

Poniżej masz krótkie opisy sytuacji. Rozwiń je i napisz ciąg dalszy historii, możesz nadać im ciekawy tytuł i/lub w nawiasie napisać (Event), na przykład "Od Dallany (event)"
Opowiadanie musi zawierać minimum 500 słów.
Nagroda: 80J za każdą (całą) historię.

Historia I
Ten dzień zaskakuje cię naprawdę przyjemną aurą. Wykorzystując to, udajesz się w jedno z ulubionych miejsc, by w spokoju i samotności kontemplować ciepłe muśnięcia słońca. Zapadasz w drzemkę, z której wyrywa cię nagły, donośny krzyk, zwiastujący koniec odpoczynku.

Historia II
Górska wycieczka ze znajomym? Czemu nie! Najwyraźniej jednak to nie jest twój dzień, bo zdradliwa ścieżka usuwa ci się spod łap, a ty staczasz się do lasu położonego na dnie wąwozu. Do twoich uszu dociera cichutki śpiew, a przed oczami z daleka miga świetlista postać, która zdaje się wołać cię do siebie śpiewem.

Historia III
Pewien myśliwy, po powrocie z polowania ciężko zachorował. Wspominał o zającu, który miał czarną krew. W watasze panuje niespokojna atmosfera, wszyscy obawiają się kolejnej epidemii. Nikt nie wie, co mogło być przyczyną dziwnej właściwości zwierzyny i jak wyleczyć chorego, lecz podobno gdzieś poza terenem Berkanan mieszka stara znachorka, która może posiadać antidotum. Czy znajdzie się wilk gotowy podjąć się znalezienia jej i zdobycia pomocy?

Poszukiwania

W zakładkach ukryte są wyrazy, oznaczone kropkami (.wyraz.). Twoim zadaniem jest wyłapać je z tekstu i ułożyć z nich zdanie. Wyrazów jest sześć, ich kolejność zgodnie z kolejnością zakładek, w których zostały umieszczone.
Nagroda: 20J

Miłej zabawy!
Administracja

czwartek, 9 marca 2017

Od Shakuy'i c.d Asmodeusa

Pierwsze co mi przyszło na myśl, to zabranie rannego do medyka, albo chociaż do jakiegoś szamana czy kapłana. Niestety tak musiało być, że w watasze na czas obecny nikt nie zajmował się żadnych z wymienionych stanowisk, przez co byłam zmuszona zaprowadzić go do bety... znaczy Dagaz'a. Wojownik, szpieg i obrońca - znam te wilki jedynie z widoku, oraz imienia. Żadnych więcej informacji na ich temat nie posiadałam, a łażenie od jaskini do jaskini w poszukiwaniu kogokolwiek, aby zapytać, czy zna się na leczeniu, było by tylko kłopotliwe i głupie. Równie dobrze mogłam sama się nim zająć, gdyby nie fakt, że się na tym nie znam. Wszelkie wykłady na temat leczenia zawsze mnie nudziły, a Sunset była jak na razie jedyną lepiej poznaną przeze mnie waderą, a raczej jakimkolwiek osobnikiem. Po za tym była miła i byłam pewna, że nam pomoże. Nawet jeśli nie ona, to kogoś znajdzie. A może właśnie ktoś doszedł i postanowił zająć się leczeniem? Może zna się na złamanych skrzydłach i takich tam? Ja wręcz przeciwnie, ale mieć nadzieję zawsze mogę. Nawet, jeśli w nią nie wierzę, to jednak czasem lubię sobie coś wmawiać. Lepiej się czuję, nawet, jeśli to fałszywa radość, albo ulga.
Szliśmy w ciszy, praktycznie cała drogę. Co jakiś czas odwracałam łeb, aby sprawdzić, czy basior dalej podążał za mną, czy może już zrezygnował. Droga nie była długa, ale nie wiem jak czuł się ranny. Nie miał szczęśliwej miny, wręcz przeciwnie. Skrzydła miał lekko uniesione do góry, aby nie zahaczały o ziemię, po której czasem się ciągnęły. Nie szłam szybkim tempem, raczej spokojnym, aby wilk nie musiał za mną gonić, a tym bardziej wykonywać jakichkolwiek gwałtownych ruchów, które w tym przypadku były nie potrzebne pod każdym względem.
Pod jaskinią Sunset zatrzymałam się i spojrzałam na niego.
- Jak się nazywasz? - zapytałam w kocu. To pytanie nasunęło mi się podczas drogi, ale dopiero teraz je zadałam, bo wcześniej nie widziałam takiej potrzeby. Spojrzał na mnie jakby nieco otępiały, po czym otworzył pysk.
- Asmodeus - przedstawił się. Skinęłam głową.
- Poczekaj tu - weszłam do środka i rozejrzałam się po grocie, po czym zawołałam waderę, która akurat się obudziła. Przedstawiłam jej mniej więcej jak wygląda sytuacja, nie zapominając o tym, że to była moja wina. Podałam imię ofiary, informację o jego obolałych skrzydłach i o tym, jak się ślimaczyliśmy idąc z lasu. Wadera wyszła, a przed jaskinią posłusznie siedział wilk.
- To ty jesteś Asmodeus? - pokiwał głową. Odeszłam od nich i usiadłam na jakimś głazie, obserwując morze, które znajdowało się kawał drogi na północ. Południe, nie było tak pięknie jak podczas zachodu, wschodu, albo w nocy. Dzień, to dzień. Nic nadzwyczajnego. Położyłam łeb na łapach i przyglądałam się krajobrazowi, czekając na basiora. Dlaczego na niego czekałam? To raczej była ta powinność, że skoro przeze mnie wylądował w takim stanie, jakim był, to powinnam mu to wynagrodzić, lub coś podobnego. Po za tym jeśli Sunset zaproponuje mu dołączenie, co jest w stu procentach pewne, być może będę mogła go oprowadzić po terenach, dzięki czemu spłacę swój błąd. Błąd? Raczej przypadek. Nie pomyślałam, że może zdarzyć się coś takiego. W watasze jak na razie nikogo nie widziałam ze skrzydłami, dlatego nawet nie brałam takie opcji pod uwagę.



<Asmodeus?>