Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceda i Dallana 1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceda i Dallana 1. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 marca 2017

Od Cedy c.d. Dallany

Spojrzałam na żółtą nieznajomą, ale kątem oka ujrzałam, jak Asmodeus podnosi pytająco brwi.
- Chcemy przeprowadzić Ceremonię i wręczyć wam talizmany reprezentacji. - wyjaśniła szybko, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedziałam czy Asmo już jest poinformowany o sprawach wewnętrznych watahy, ale nie miałam czasu o tym z nim porozmawiać; wilczyca ruszyła sprawnym truchtem na zewnątrz. Dogoniłam ją, spoglądając przez ramię na przyjaciela.
- Nie przedstawiłam się wam. - zaczęła nieznajoma, przeskakując zwinnie przez powalony pień – Jestem Sunset, Dagaza tej watahy.
- Ceda. - kiwnęłam jej głową w geście grzecznościowym.
- Asmodeus. Miło mi.
- Cieszę się, że zdecydowaliście się dołączyć do nas. Mam nadzieję, że znajdziecie tu swój kąt.
- Cóż, ja też. - mruknęłam, zatapiając się w rozmyślaniach na temat tego, co czeka mnie dosłownie za chwilę. Czy to może boleć? I jak będzie wyglądać to wyglądać? W końcu to jest coś bardzo ważnego dla osób, które zamieszkują te tereny, dodatkowo wierzą, że specjalne moce nadaje bogini, której imię nosi wataha oraz tereny, na których leży.
- Jak to wygląda? - Asmo przerwał milczenie, wachlując powietrze obolałym skrzydłem.
- Cóż, nie wiem jak wyglądają wasze talizmany, ale w chwili wręczania ciało wilka emanuje poświatą i nowa osoba związuje się na zawsze z reprezentacją. Pamiętajcie jednak, żeby nigdy ich nie zdejmować, a już absolutnie nie możecie dawać im komuś innemu. Jeśli to zrobicie, to talizman zmieni się w pył, a wy już na zawsze stracicie w oczach Jaszy i reszty watahy.
- Jasne. - przełknęłam ślinę w zdenerwowaniu. Znów zapadła mdląca cisza, a moje serce odczuwało coraz większy niepokój. Nie pokazałam tego jednak po sobie, starając się ze wszystkich sił powstrzymać drżenie głosu. Nie lubiłam w sobie tego, że ciężko mi panować nad emocjami. Po kilkunastu minutach marszu i dłużących się chwil oczekiwania usłyszałam niewyraźny szum wodospadu, żeby po kolejnych kilku momentach ujrzeć ścianę wody, podświetloną od tyłu przez pochodnie. Sunset zatrzymała się tuż przy wejściu, na które padały rozbryzgi lodowatej wody. Obróciła się do nas z poważną miną.
- Musicie przejść Ceremonię pojedynczo. - mruknęła, patrząc na nas po kolei, a płomień z wnętrza Świątyni tańczył blaskiem na jej grzbiecie.
- Ja mogę poczekać. - zaoferował się Asmodeus, po czym rzucił mi ukradkowe spojrzenie i oddalił się poza krąg pomarańczowej poświaty. Kiwnęłam mu głową na pożegnanie tak, jakbyśmy mieli się już więcej nie zobaczyć, po czym ruszyłam za Sun. Żółta wadera zgrabnie przeskoczyła do jaskini, a jej czarna końcówka ogona zniknęła za rogiem, nie zmącona nawet jedną kroplą wody. Ruszyłam za nią raźnie, zbierając się na odwagę. Chciałam zrobić dobre wrażenie podczas tej ważnej chwili, ale kiedy jedna z cząstek zimnego płynu dotknęła mojej skóry rozgrzanej przez zwinny trucht wzdrygnęłam się, odskakując. Syknęłam w myślach i przytuliłam się do kamiennej ściany, chcąc jak najbardziej oddalić się od nieprzyjemnego bodźca. Wykonałam dwa szybkie skoki i znalazłam się za ścianą wody. Moim oczom ukazało się duże pomieszczenie, zalane jasnym światłem. Na jego końcu ujrzałam piękne rzeźby, pod którymi stała Dallana, uważnie śledząc obecne wilki wzrokiem. Nie znałam ani jednej osoby, które stały pod oszlifowaną ścianą, ale podejrzewałam, że są kimś ważnym. Kiwnęłam im lekko głową, kiedy Sunset odeszła ode mnie i stanęła przy Dallanie.
- Cedo! - usłyszałam jej donośny głos. Pewnie zbliżyłam się do końca sali, maskując swoje zdenerwowanie brakiem wahania. Stanęłam na wyprostowanych łapach z dumnie uniesioną głową i postawionymi uszami. Czy chcę zostać jednym z nich i porzucić koczownicze życie?
- Czy naprawdę chcesz się stać jednym z wilków Berkanan i przyjąć talizman reprezentacji? - zaczęła Ansuza, jakby odgadując moje własne myśli.
- Tak. Chcę. - odparłam po kilku chwilach milczenia, a struny głosowe wyraźnie mi zadrżały.
- Zbliż się proszę. - Sunset uważnie obserwowała mnie, kiedy powoli przysunęłam się bliżej. Zobaczyłam, że na kamieniu ułożone są dwa talizmany; jeden przedstawiał niewielką kulę z gałęzi, w której znajdował się szary, okrągły kamień, a koło niego leżał łapacz snów, połyskując srebrnym blaskiem. Dallana wskazała łapą na pierwszy talizman, powieszony na rzemieniu ze słowami:
- On jest twój, Cedo. Szanuj go i nigdy, przenigdy nie pozwalaj nikomu go zabrać. Jest on symbolem przynależności do watahy Berkanan, od teraz jesteś jedną z nas.
Z bijącym sercem chwyciłam pasek skóry i zarzuciłam go sobie na szyję, a medalion opadł zadziwiająco powoli na moją sierść. Kiedy dotknął mojej skóry poczułam nagły impuls, biegnący od piersi aż przez całe ciało, ale było to dziwnie przyjemne. Ujrzałam, jak wokół mnie powietrze przeszywa biały blask, a kula z gałęzi lekko drży. Jak przez mgłę zdałam sobie sprawę z tego, że coraz mocniej przyciskam talizman do ciała, a uczucie szczęścia gwałtownie mnie wypełnia. Nagle to wszystko ustało, zupełnie tak, jakby ktoś przeciął taśmę filmu. Cofnęłam się gwałtownie, czując, jak opadają emocje, a skóra, której dotknęła kula emanuje przyjemnym ciepłem. Oszołomiona dyszałam lekko, nieświadoma jeszcze tego, co się stało po czym odjęłam łapę od swojej piersi. Podniosłam spojrzenie na Dallanę, która serdecznie uśmiechała się w moją stronę.
- Od teraz oficjalnie jesteś wilczycą Berkanan. Chroń naszego honoru i strzeż swojej reprezentacji, Cedo.
- Dziękuję. - odparłam po chwili, kiwając głową z szacunkiem ku Ansuzie.
- Naciesz się swoją reprezentacją i zawołaj proszę Asmodeusa.
Jeszcze raz skinęłam łbem, żeby po chwili odwrócić się i zniknąć za ścianą wody. Przeskoczyłam ją zwinnie, zdając sobie sprawę, że wreszcie mam gdzie żyć. Stanęłam na żółtej trawie, szczerząc się do samej siebie.
- Ced? Jak było? - usłyszałam przy sobie znajomy głos. Podniosłam wzrok na twarz towarzysza, a uśmiech nadal nie znikał z moich źrenic.
- Wspaniałe uczucie. - szepnęłam, odgarniając sierść na piersi, by pokazać mu medalion.
- Ładny. - skomentował cicho, ale nie odważył się wyciągnąć łapy, by uważniej go obejrzeć. - Jak mniemam, teraz moja kolej?
Kiwnęłam głową, szturchając go przyjacielsko.
- Powodzenia, Asmo. To naprawdę przyjemne.
- Dzięki. - mruknął, znikając po chwili za wodospadem. Chwilę jeszcze tak stałam, żeby potem oddalić się i poszukać jakiegoś miejsca, w którym spokojnie mogłabym spędzić noc.

Koniec serii

sobota, 11 marca 2017

Od Dallany c.d. Cedy

Rzeka już miała wyższy poziom, niż parę dni temu. Za tydzień lub dwa, roztopy i deszcze spowodują że łąka, którą właśnie szłyśmy, zamieni się w podmokły i błotnisty teren, nieprzyjemny do spacerów. Teraz jednak było całkiem ładnie, rzeka przyjemnie szumiała, a ptaki ćwierkały swoje melodie. Ceda podeszła do samego brzegu i napiła się lodowatej wody. Ja wolałam i tego sobie odmówić - zimna woda jest niezbyt dobra. Zbliżyłam się tylko trochę, spoglądając w niebo i otaczającą nas florę. Nie mogłam się doczekać, kiedy zniknie biały puch. Na niebie w tym momencie niemal nie było chmur, i chociaż słońce chowało się za widnokręgiem z drzew, odczuć można było, że dni są coraz dłuższe. Po drugiej stronie Matki, usytuowane blisko krzewy zdawały się mieć już drobne, zielone pączki lub zawiązki listków, pomiędzy zeszłorocznymi, żółtymi trawami przebijały się kiełki świeżej. Nigdzie nie zobaczyłam za to kwiatów; po drodze widziałam kilka wczesnych, młodych roślinek, ale tu nie było odpowiednich dla nich warunków.
Przerwałam swój drobny rekonesans, gdy spotkałam się ze spojrzeniem czerwonookiej wadery. Ta przyglądała mi się z lekko przekrzywionym łbem. Uśmiechnęłam się do niej lekko i podeszłam bliżej. Ceda otworzyła pysk, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie z naprzeciwka wyskoczył spory, czarny kształt, który następnie wskoczył do rzeki, posyłając w naszym kierunku falę wody. Odskoczyłam w tył, warcząc, ale nie udało mi się uniknąć ataku. Nim zdążyłam się otrząsnąć i przywrócić ostrość widzenia, zwierz zniknął gdzieś za zakrętem.
- Co to było? - Spytała wadera. Wyglądała trochę, jakby spacerowała w deszczu, ja więc również musiałam prezentować się w ten sposób.
- Nie zdążyłam się przyjrzeć, zaskoczył mnie. - odpowiedziałam, a po grzbiecie przeszedł mnie dreszcz. - Pogoda nie jest odpowiednia na kąpiele w rzece. Kawałek w górę biegu jest mostek. Jeśli się pospieszymy, zdążmy do mojej jaskini zanim mróz zmieni nas w dwa sople.
- Nie wydaje mi się, żeby to nam groziło. Nie bądź taka zrzędliwa - odpowiedziała, najwyraźniej rozbawiona wodnym atakiem, lecz pozwoliła się prowadzić. Starałam się ignorować nieprzyjemne uczucie, żeby nie było, że dramatyzuję, jednak nie lubię, gdy zimna i mokra sierść przykleja się w kosmykach do ciała, a wiatr powoduje gęsią skórkę.
- Ceda, jak wygląda miejsce, z którego pochodzisz? - zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
- To było niebezpieczne, ale piękne miejsce... - zaczęła - Ale czy to istotne? Porozmawiajmy o Berkanan - dodała po chwili, trochę głośniejszym, lecz również zmienionym głosem. Widocznie niezbyt dobrze wspominała swój dom. Byłam go ciekawa, ale przystałam na zmianę tematu. Odpowiedziałam na kilka drobnych pytań, a potem rozmowa zeszła znów na aurę. Ceda okazała się zwolenniczką zimy, a ja nie mogłam zrozumieć, jak można lubić mróz i śnieg, kiedy świat jest szary, a wszystko wymaga więcej wysiłku.
W końcu dotarłyśmy do mojej jaskini. Zaprosiłam towarzyszkę do środka i rozpaliłam ogień. W ciepłym wnętrzu położyłam się na jednej z kanap, kładąc głowę na łapach i pozwoliłam się sobie nieco rozluźnić. Odniosłam wrażenie, że wilczycy podoba się źródełko - pytała, jak osiągnęłam taki efekt, na co niestety nie mogłam odpowiedzieć, ponieważ było tu już wtedy, gdy obrałam sobie tę jaskinię za dom.
Nie minęło wiele czasu, gdy do środka weszła Sunset. Okazało się, że towarzysz nowej wadery miał mały wypadek, ale nic mu nie jest. Ten również postanowił dołączyć. Ceda w czasie naszej krótkiej rozmowy siedziała cicho, patrząc w ogień. Wyglądała na zatopioną w myślach. Cóż, nie mogę powiedzieć, że polubiłam ją od pierwszego wejrzenia, ale miałam nadzieję, że ona i jej towarzysz zaaklimatyzują się w nowym stadzie.
Sunny chciała jeszcze dzisiaj zorganizować ceremonię.
- Przecież już prawie noc. Gdzie ci się spieszy?
- Mamy sporo czasu do zmroku, a jutro mam parę rzeczy do zrobienia. - Odpowiedziała przyjaciółka. Wiedziała, że nie lubię, kiedy coś ustala się w ten sposób. Z drugiej strony, im szybciej to załatwimy, tym lepiej. Wkrótce zjawił się wspomniany nowy basior w towarzystwie Shakuy'i, która jednak zaraz się zmyła. Jako, że musiałam pobyć w świątyni sama, odprowadziłam wilki kawałek, po czym ruszyłam swoją skrótową ścieżką, wyostrzając wzrok jak tylko mogłam. Zyskałam tym samym półgodzinną przewagę nad trojgiem pozostałych wilków.
Udało mi się uniknąć kontaktu z wodospadem. Grota oświetlona była lampionami, które nadawały przyjemnego klimatu. Podeszłam do kamiennego ołtarza i przymknęłam oczy, w myślach przywołując boginię. Jak zwykle w tej sprawie, nie musiałam długo czekać, by przede mną pojawiło się światełko. Otworzyłam oczy i patrzyłam, jak zjawa rośnie. W blasku dostrzec można było wilcze rysy. Ukłoniłam się z szacunkiem, spuszczając na chwilę wzrok. Moja przodkini uśmiechnęła się i posłała w moim kierunku dwa talizmany, po czym podobnie jak się zjawiła, tak zniknęła, pozostawiając mnie w cichej samotności.

Ced?

Od Cedy c.d Dallany

Nie mogę powiedzieć, że owa wadera przypadła mi do gustu; przeciwnie, początkowo chciałam odejść i nie mieć z nią już więcej do czynienia. Miałam wrażenie, że robiła awanturę o nic; w końcu gdyby naprawdę potrzebowała pożywienia to skorzystałaby z mojej propozycji i zjadła razem ze mną. Sama i tak nie byłam w stanie zjeść całej sarny, mimo, że głodowałam od dłuższego czasu. Z drugiej strony, rozumiałam ją; też nie byłabym zachwycona, gdyby ktoś wtargnął na moje tereny i upolował upatrzoną przeze mnie zdobycz.
Dallana zaproponowała mi spacer, no co przystałam z chęcią, mimo, że nadal niechętnie rozmawiałam z waderą.
- Myślę, że możemy zacząć od Matki. - mruknęła wilczyca, oceniając porę dnia po położeniu ognistej kuli gazu na niebie. - Oczywiście nie pokażę ci wszystkiego za jednym zamachem, po prostu nie jestem w stanie.
- Domyślam się. - odparłam, omijając szeroką zaspę kilkoma długi krokami – Chyba tereny żadnej watahy nie są małe. Czym jest ta ,,Matka"?
- Matka to największa rzeka Berkanan, wypływa z Gór Ryferyjskich. - widząc moje pytające spojrzenie kontynuowała cierpliwie, starannie ukrywając lekkie zirytowanie moją niewiedzą – To ten masyw górski na południu. Właśnie tam ma ona swoje źródła, a potem płynie na zachód, żeby skręcić znów na wschód. Wpada do Szarego Morza na północy i przecina całe nasze tereny.
Przysłuchiwałam się jej słowom uważnie, a do mojego umysłu powoli dochodziła świadomość, że być może właśnie znalazłam nowe miejsce zamieszkania dla mnie i dla Asmodeusa, a moja towarzyszka jest prawdopodobnie Alfą watahy, na której tereny weszłam... Alfą? Ona użyła innego określenia... Ansuza, czy jakoś tak. Nie spotkałam się jeszcze z innym nazewnictwem stanowisk; zawsze, nawet u mnie było tak samo; Alfa, Beta, Gamma, Delta, Omega... Owszem, czasem zdarzały się różnice, na przykład w moich rodzinnych stronach wyróżnia się jeszcze dwa klany, które stoją wyżej nad resztą społeczeństwa. Niemniej martwił mnie fakt, że nie przypadłyśmy sobie do gustu. Chciałabym, żeby przyjęła mnie i Asmo do siebie; w końcu lepiej się stanie, jeśli wokół nas będzie więcej wilków, które będą stanowić wsparcie dla nas obojga. Lepiej polować w grupie, dodatkowo watahę trudniej zaatakować niż dwa pojedyncze wilki, więc bezpieczeństwo również jest większe.
Szłyśmy dosyć długo, czasem wymieniając kilka słów, jednak większość czasu truchtałyśmy w milczeniu, a ja syciłam zmysły pięknem zimowej puszczy. Byłam bardzo ciekawa jak to wszystko wygląda kiedy lód topnieje. Chciałam jednak zatrzeć nieco negatywne początkowe wrażenie, więc przerwałam monotonną ciszę.
- Właściwie... - zaczęłam – Dlaczego zamiast Alfy mówisz o sobie... Ansuza? Tak, to tak się nazywa?
- Owszem, dobrze mówisz. To długa historia. - odparła, klucząc sprawnie między drzewami – Mamy Ansuzę, Dagaza, potem jest Laguz, następni w hierarchii są zwykli członkowie czyli Raido. Szczenięta noszą miano Sowilo, a Othanal zastępują omegi. Najistotniejsze są jednak dwie pierwsze nazwy, ponieważ wzięły się od pierwszych dwóch basiorów na naszych terenach, którzy założyli naszą watahę. Byli to bracia, ale mieli oni również siostrę; jak możesz się domyśleć, owa wadera zwała się Berkanan. Ansuz oraz Dagaz zdecydowali, że najwyższym członkiem hierarchii będzie pierwszy wilk, natomiast drugi brat będzie mu pomagać. Jednakże ich siostra została zauważona przez jednego z bogów; Jaszę, który zakochał się w śmiertelniczce. Dzięki niemu stała się boginią, otrzymała nieśmiertelność oraz siłę przewyższającą zwykłe wilki. Jej bracia jednak spotkali się z ogromnym zagrożeniem; Bestią, na której tereny wtargnęli. Wywiązała się walka, w efekcie której potwór zginął, a sama Berkanan została śmiertelnie ranna. Wróciła w zaświaty, do swojego partnera i od tego czasu czasem pojawia się na Ziemi. Każdy z członków naszej społeczności ma jednak coś, co wyróżnia nas spośród innych wilków; talizman reprezentacji, który otrzymaliśmy na Ceremonii. Jest on najcenniejszą rzeczą, jaką posiadamy. Ciebie też to czeka, jeśli zdecydujesz się do nas dołączyć. W wielkim skrócie tak to wygląda.
Patrzyłam na nią z lekko zmarszczonymi brwiami. Owszem, słyszałam kiedyś o krainie noszącej właśnie takie miano, ba, nawet w moich rodzinnych stronach niektórzy ją znali, ale nigdy nie wiedziałam gdzie ona konkretnie jest ani na czym polega system, w którym żyją członkowie. Nigdy nie wierzyłam w żadne bóstwo, więc słowa Dallany wydawały mi się... absurdalne?
- Cóż... - zaczęłam ostrożnie, widząc, że wadera oczekuje odpowiedzi – Słyszałam już kiedyś tę historię... W nieco innej wersji, ale sens jest ten sam.
- Naprawdę? - zdziwiła się Dallana.
- Owszem - kiwnęłam głową, ale nim zdążyłam cokolwiek dodać zza pnia ogromnej sosny wyłoniła się srebrzysta wstęga rzeki, która była naszym celem.


Dallana?

środa, 8 marca 2017

Od Dallany c.d. Cedy

Bardzo wczesny ranek powitał mnie mrozem, mimo to postanowiłam rozruszać kończyny. Spacerując, patrzyłam, jak szary, czarny i granatowy świat zmienia się w... Cóż, niewiele się zmieniał. Niebo zbielało, ale dookoła nadal było buro i ponuro. Z początku żałowałam, że zapuściłam się dalej od jaskini - tu, gdzie dotarłam, najwidoczniej dawno nie było innych wilków. Ale za to zwierzyna mogła się pewniej pojawić. Pogoda była pokręcona, momentami się przejaśniało, zaraz potem śnieg wiał prosto w pysk. Zgodnie z przypuszczeniami, wytropiłam stadko saren. Zapowiadał się dobry obiad. Szłam niespiesznie, co jakiś czas przeklinając biały puch, który czynił drogę dwa razy cięższą. Zamierzałam zbliżyć się jeszcze trochę, jak najbliżej, po czym odpowiednio osłabić węch potencjalnych ofiar, by móc spokojnie się do nich podkraść. Gdy byłam zaledwie dwadzieścia metrów od celu, usłyszałam trzask gałęzi, skrzypiący śnieg pod kopytami. Stado spłoszone, tylko prze kogo? Podeszłam do miejsca zdarzenia.
Nieznajoma spięła się jak sarna, która wyczuwa zagrożenie. Nie znałam jej. Czyżby kolejny nowy wilk? Nigdzie nie widziałam talizmanu, chyba, że był nim ten czerwony pędzelek, który zwisał z prawego ucha. Postąpiłam kilka kroków, patrząc prosto w czerwone, czujne oczy.
- Nie znam cię.
- Ja... Przechodziłam tędy z przyjacielem. Nie chcę kłopotów. - Czyli obca. Jej głos był lekko schrypnięty. Popatrzyłam na zdobycz. Szłam za tym tropem dosyć długi czas, a w ostatniej chwili koziołka sprzątnęła mi sprzed nosa osoba, która...
- Bezczelna jesteś. - powiedziałam, zirytowana. - Skoro nie szukasz kłopotów, nie powinnaś polować tutaj, na terenach watahy. I tak nie jest łatwo o zwierzynę, do wiosny daleko. - powiedziałam sucho. Byłam pewna, że oczy mi przyciemniały.
- To by było na tyle, jeśli chodzi o przyjacielskie stosunki. - Rzuciła i jak gdyby nigdy nic zaczęła się oddalać.
- Jakbyś tu była przyjacielsko, najpierw spytałabyś się, czy możesz zapolować na moim terenie - powiedziałam na tyle głośno, by mnie usłyszała i ruszyłam z zamiarem zatrzymania jej. Odpowiedziała milczeniem, ale po chwili jakby jej się coś przypomniało, bo odwróciła się i spytała:
- Jeśli dołączymy do watahy, będziemy mogli swobodnie poruszać się i polować w okolicy?
- Tak. Z chęcią przyjmujemy nowe wilki, o ile nie przychodzą tu tylko, by podebrać zwierzynę. Jestem Dallana, ansuza watahy Berkanan. - zmarszczyła brwi, słysząc to słowo, ale zaraz wyraz zastanowienia minął. - Dlaczego mówisz "my"?
- Ceda, miło poznać. Asmodeus to mój przyjaciel, rozdzieliliśmy się, on poluje z powietrza.
- Faktycznie widziałam lecącą postać, ale nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, bo śnieg wystarczająco przeszkadza tu, przy ziemi.
Właściwie nie byłam pewna, co, zwłaszcza w zimie, gdy zwierzęta kryją się w lasach, może upolować wilk z powietrza. Wadera wyraziła chęć, by zostać w watasze, nie miałam więc ani podstaw, ani chęci żeby ją stąd wyganiać, zwłaszcza, że lasy zieją pustkami. Zaproponowała mi wspólny posiłek, ale postanowiłam się obejść. Jedząc jeszcze ciepłe mięso, pytała mnie o sprawy związane z życiem i innymi wilkami. Wydawała się zaciekawiona tym, co mówiłam. Nie zamierzałam zapominać, że nie zachowała się uczciwie. Tak naprawdę nie wiadomo, czy nie zostanie tu, póki śnieg nie stopnieje i nie zniknie razem z tym drugim, jak mu tam było. Na razie mogłam przyznać, że całkiem dobrze się z nią rozmawia.
Szczątki koziołka zostały tam, gdzie zwierzę padło. Nie chciało mi się dzisiaj latać i zwoływać laguzy oraz Sunset, postanowiłam umówić się z Cedą i innymi na ceremonię dopiero jutro. Spacer był o wiele ciekawszą opcją, zaproponowałam więc zajrzenie do najbliższych miejsc.

Ceda?

poniedziałek, 6 marca 2017

Od Cedy do Dallany

Patrzyłam chwilę jak czarne lotki basiora przecinają powietrze, a ich białe końcówki kontrastują z szarym odcieniem chmur. Po chwili Asmo zmienił się w czarną plamkę, żeby po kilku kolejnych sekundach zniknąć zupełnie w oddali, zostawiając mnie samą. Zaczęłam brnąć niezdarnie w wysokim śniegu, mając nadzieję, że pod zupełną osłoną gęstych drzew łatwiej będzie mi się przemieszczać. Długie włosie na moim ogonie przemokło, przylegając do ostatnich kręgów w moim ciele i ciągnęło się za mną jak czarny wąż. Drążyło w białym puchu zawijasy, lawirując między śladami moich łap, które starałam się unosić wysoko, tak, żeby w jak największym stopniu ułatwić sobie przejcie przez śnieg. Na szczęście po paru metrach otrzymałam potwierdzenie moich podejrzeń; warstwa upierdliwego osadu zmniejszyła się, dzięki rozłożystym gałęziom sosen i świerków. Owszem, bardzo lubię śnieg i zimę, ale nie w momencie kiedy jestem głodna i zmęczona, a uroki tej pory roku utrudniają mi zdobycie pożywienia. Odetchnęłam z ulgą, po czym stanęłam w pełni w cieniu drzew i otrzepałam swoje futro, które pozmieniało się w mokre strąki. Miałam świadomość, że to niewiele da, ale wilgotna sierść bardzo szybko stawała się lodowata, więc im jest jej mniej tym lepiej. Westchnęłam niechętnie, po czym odrzuciłam głowę w tył, chcąc wyczuć jakikolwiek zapach zwierzyny. Czerwony pędzel przy moim prawym uchu podskoczył, przecinając spokojny, biały krajobraz. Wiatr zawiał, przynosząc ze sobą kuszącą woń sarniego stada. Poczułam, jak ślina napływa mi do pyska na myśl o soczystym udźcu zwierzęcia, po czym skoczyłam w dal, podążając ufnie za zapachem. Niestety o tej porze roku moje futro niezbyt nadawało się do polowania, kontrastując ze śniegiem. Może uda mi się zakraść do ofiary wykorzystując pnie drzew i nagie krzewy.
Przeszłam do truchtu, co jakiś czas przystając by upewnić się, że idę w prawidłowym kierunku i odsapnąć chwilkę. Woń zaczęła się stopniowo wzmagać, obiecując sowity posiłek. Wizja zbliżającego się polowania coraz bardziej mnie motywowała, wypełniając umysł lekką obawą, jak to zawsze czyniła. Poza tym niepokoiło mnie również coś innego; zbliżyliśmy się do terenów obcej watahy. Ja i Asmodeus pragnęliśmy ją ominąć, ale śnieżyca nas zaskoczyła, a planowane polowanie, miało odbyć się kilka kilometrów dalej niż to miejsce, w którym się teraz znajdujemy. Byłoby bezpiecznie; tereny zostałyby daleko, a my nie musielibyśmy się narażać.
- Już niedaleko. - mruknęłam cicho do siebie, obserwując jak z mojego pyska unosi się chmurka pary. Stado saren zbliżało się nieuchronnie; zostało mi do niego może pół kilometra. Zaczęłam poruszać się ostrożniej, pilnując, żeby nie iść z wiatrem i nie dać się wyczuć zwierzętom. Nosem niemal omiatałam śnieg, martwiąc się jak zwykle o moją pamiątkę po rodzinnych stronach; raczej nie pasowała do zimowego otoczenia. Nigdy jednak nie odważyłam się go zdjąć na polowanie; kilka razy musiałam przebijać ucho ponownie, ponieważ dziurka zarosła. Zdarzało się, że żyłka pękała i to właśnie wtedy orientowałam się, że muszę znów zrobić miejsce na nitkę kolczyka.
Wiatr nagle poderwał lodowate okruchy i cisnął je prosto w moje otwarte, czujne oczy. Odskoczyłam, zaskoczona nagłą zmianą pogody, żeby dopiero po chwili zdać sobie sprawę, że z nieba zaczęły sypać się śnieżynki. Osłoniłam źrenice rzęsami, tuląc uszy tak, żeby nie dostał się tam mroźny wicher. Mimo tego nie zatrzymałam się, brnąc dalej w stronę saren. Może i było to karkołomne wyzwanie, ale pusty, obkurczony żołądek nie pozwalał mi się poddać. W pewnym momencie miałam już pewność, że za następnymi drzewami mój przyszły posiłek chroni się przed śnieżycą. Powoli minęłam kilka pni, zauważając w przestrzeni między nimi brązowe skóry i cienkie nogi. Zlustrowałam uważnie korony pobliskiego, nagiego klonu. Zdarzało mi się mordować, skacząc na ofiarę z góry, ale raczej dziś nie było warunków na takie metody. Ba, to mało powiedziane! Ten cholerny śnieg uniemożliwiał mi nawet zwykłe chodzenie po lesie! Skuliłam się za kłodą, spinając się na tylnych łapach. Uważnie oceniłam każdego osobnika po kolei, szczególnie ich chód. Nie ruszały się zbytnio, a dodatkowo ich kroki osłaniał lodowaty śnieg. Dostrzegłam, że jeden z młodych koziołków utyka. Możliwe, że jedynie mi się to wydawało, aczkolwiek nie miałam w sumie nic do stracenia, szczególnie, że owy samiec zatrzymał się zaledwie pięć metrów od mojej kryjówki. Niezgrabnie wyciągnął sztywną racicę przed siebie.
Wtedy skoczyłam.
W jednym momencie kilkanaście par oczu uniosło się, ale nie miały nawet czasu ocenić co wyskoczyło na nie znienacka. Rzuciły się w bok, każda w swoją stronę, żeby po chwili znów zlać się w jedno stado, znikając w zaśnieżonym lesie. Za resztą nie ruszył tylko jeden osobnik; moja upatrzona ofiara. Koziołek zerwał się od razu, chcąc wykonać szaleńczy skok, ale najwyraźniej zapomniał o zapuchniętym stawie. Najpewniej nabawił się go niedawno, przez co rana nie zdążyła się zagoić, a stworzenie nie nauczyło się unikać opierania się na chorej kończynie. Ryknął z bólu, a ja ujrzałam, jak noga wykrzywia mu się w najniższym punkcie nogi i wypatrzyłam swoją szansę. W dwóch susach znalazłam się koło niego, żeby po chwili przegryźć oszołomionemu zwierzęciu tętnicę. Samiec jednak, dostrzegając mnie kątem oka, odrzucił głowę w tył, unosząc ranną nogę. Opadłam na łapy, zniżając łeb z wyszczerzonymi zębami. Po raz kolejny napięłam mięśnie, a szkarłatny pędzel zafurkotał na wietrze śnieżycy. Znów celowałam w krtań, czując, jak bije mi serce w piersi, tak, jakby miało połamać mi żebra. Poczułam między zębami ciepłą skórę i metaliczny smak szkarłatnego płynu. Dopiero po chwili usłyszałam bolesny jęk i zdałam sobie sprawę, że w chwili skoku zamknęłam oczy. Szarpnęłam głową do tyłu, czując, jak krew pryska mi na twarz. Dyszałam ciężko, jak w transie patrząc na coraz bardziej szklane oczy koziołka. Przednie nogi ugięły się pod nim, a zgrabne, kruche ciało upadło, wzbijając tumany szkarłatnego śniegu. Jego pysk ruszał się tak, jakby chciał coś wyszeptać w ostatnich momentach swojego życia, ale powietrze uchodziło przez rozdartą tchawicę. Po chwili zamarł, uprzednio drążąc w zaspie koleiny w ostatnim akcie rozpaczy. Zbliżyłam się do niego, beznamiętnie obserwując powiększającą się kałużę krwi, która swoim ciepłem rozpuszczała biały śnieg. Okrążyłam ją, siadając przy boku parującego ciała.
- Żegnaj, przyjacielu. - szepnęłam – Miłych snów.
Zawsze czułam, że na samym zabiciu się nie kończy, że jakoś to na mnie ciąży pewien... obowiązek co do duszy, której dawne ciało miało posłużyć mi do utrzymania swojego życia. Nie potrafiłam po prostu zamordować, a potem z zimną krwią zabrać się do jedzenia.
Zatopiłam kły w soczystym mięsie, rozrywając futro sarny. Nasyciłam się tym upragnionym smakiem, ale im dłużej jadłam, tym bardziej zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak radzi sobie Asmodeus. Miałam nadzieję, że wichura nie pokrzyżowała mu planów i uda mu się coś upolować. W końcu to nie ja mam skrzydła i nie opieram się na podmuchach powietrza.
Nagle uniosłam głowę, słysząc alarmujący trzask. Spojrzałam w tamtą stronę, dostrzegając jednie obcy mi turkus oczu, których czarne źrenice były przesłanianie przez płatki śniegu,. Napięłam mięśnie, gotowa zareagować na nawet najmniejszy ruch.

Dallana?