Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dallana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dallana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Od Dallany c.d. Sunset: "Szczenięce Kryminały"

Ptaki nie miały przeszkód w postaci korzeni i chaszczy. Na nasze szczęście niespecjalnie się spieszyły, dzięki czemu dogoniłyśmy je i trzymałyśmy odległość na tyle niedużą, by nie tracić ich z oczu. Ćwierkały po swojemu, łamiąc ledwie widoczny przez ich harce szyk. Właściwie już i liczba winejek była duża jak na jedno stadko. Od czasu do czasu któraś odłączała się od chmary i znikała między drzewami, czasem wracając po chwili, a czasem wcale.
Szłyśmy tak przez co najmniej godzinę, gdy droga zaczęła się robić bardziej stroma, kępy trawy straciły swoją soczystą zieleń, drzewa się przerzedzały, a spod łap uciekały kamyki. Znów to ja jako pierwsza zaczęłam się męczyć. Bluzgając pod nosem na fanaberie podniebnych stworzeń, starałam się trzymać tempa - byłyśmy niemal na szczycie górki, nie chciałam w tym momencie gubić tropu. Chociaż właściwie, co nam szkodzi - pomyślałam, po czym sama siebie zganiłam. Przecież ani liścik, ani towarzysze podróży nie znaleźli się tu zbiegiem okoliczności. Może ktoś tu źle zaciera ślady a może sam Jasza chce pomóc nam zdobyć księgę, bo ta m u s i przedstawiać jakąś wartość.
Niespodziewanie szlak się urwał, a mali przewodnicy rozdzielili się, wszyscy kierując w dół. Pod naszymi łapami był stromy stok ze skalnymi półkami umieszczonymi o skok od siebie, na tyle regularnie, że przypominały schodki dla Olbrzyma. Lub Olbrzymiątka - nie miałam pewności, jak wielkie są te stwory i na pewno nie chciałam się o tym przekonać.
W dole, spośród mgły, majaczyły ciemne kształty.
- Zakładam, że to korony drzew.
- Głęboko. - stwierdziła tylko Sun. - Wygląda na to, że musimy tam zejść.
- Ile czasu pozostało nam do zachodu? Nie chcę skończyć w jakiejś ciemnej dziurze, otoczona mrokiem i mgłą.
- Jeśli boisz się ciemności, to ci poświecę, nie martw się - rzuciła przyjaciółka z fałszywie uprzejmym uśmieszkiem, podczas gdy ja przymierzyłam się i wykonałam skok na pierwszy stopień, zgrabnie lądując na przednich łapach, a następnie już mniej zgrabnie upadając i przetaczając się na skraj półki, gdy jedna z kończyn odmówiła mi posłuszeństwa i ugięła się pod ciężarem rozpędzonego ciała.
- Dall?! - Zakrzyknęła Sunset, dołączając do mnie.
- Żyję, żyję - poderwałam się na łapy. - Tylko gdzieś mi umknęło, że jak boli przy bieganiu, to nie będzie sprawna przy skoku - wyjaśniłam, przeciągając się i usiłując rozruszać łapę. Dałyśmy sobie chwilę postoju, po czym podeszłyśmy do krawędzi między kolejnymi stopniami. Sun uznała, że będzie skakać pierwsza i mnie w razie czego łapać, lecz ja widziałam to raczej jako zagrożenie zrzucenia mojej towarzyszki. Ostatecznie robiłyśmy to na zmianę.aGdy już pamiętałam o ostrożności, nie spowalniałam drogi aż tak, jak się tego spodziewałam po nieudnym początku. Droga niemiłosiernie mi się dłużyła, mimo iż z góry nie wyglądała tak żmudnie. Zagłębiłyśmy się w mlecznobiałą mgłę, gdzie faktycznie prześwitywały liściaste gałęzie i pnie. Musiałyśmy stąpać ostrożnie, ponieważ nie widziałyśmy wyraźnie naszego szlaku. Na szczęście drzewa oznaczały bliskość gruntu i już po niedługim czasie stanęłam pewnie na kobiercu z trawy. Kilka metrów nad naszymi głowami wciąż unosiła się mgła, można było rozpoznać, że Słońce gdzieś za tą skałą chyli się ku zachodowi.
- Rozejrzyjmy się. Jeśli będzie względnie bezpiecznie, zostaniemy tu na noc - zakomenderowała Sunset, na co ja skinęłam głową. Szybki rekonesans pomógł nam odnaleźć niewielkie źródełko, z którego obie piłyśmy łapczywie. Wzdrygnęłam się, gdyż woda była zimna. Usadowiłyśmy się przy grubym pniu majestatycznej rośliny.

Daniutka? 
Wybacz, że to tyle trwało :l

poniedziałek, 22 maja 2017

Od Dallany c.d. Sorki

Był już późny wieczór, lecz wiatr, który delikatnie mierzwił mi futro, był ciepły. Spędziłam cały dzień na podziwianiu natury i odzwierciedlaniu jej na kartkach. Zadziwiające, jak wiele nowych rzeczy można znaleźć w miejscu, które zna się od małego. Dotarłam do jaskini, która jak zwykle powitała mnie delikatnym blaskiem kryształów. Rozpaliłam ogień i zrobiłam sobie herbatę. Popijając gorący napar, porządkowałam rzeczy z torby, którą miałam ze sobą tego dnia, po czym zwinęłam się w kłębek na posłaniu, mrużąc oczy. Dobry dzień. Udało mi się nikogo nie spotkać, miałam wręcz wrażenie, że wszystkie wilki gdzieś sobie poszły. Postanowiłam jutro zająć się leżącymi na stole raportami. Powoli już odpływałam w sen, gdy...
- Dallana? - poderwałam się, nieco zaspana. Rail stała w wejściu i ewidentnie nie cieszyła ją wieść, którą miała przekazać. Mnie za to nie cieszyło, że we własnym legowisku nie miałam chwili spokoju.
- Witaj, Rail. Co masz mi do powiedzenia o tak późnej porze? - spytałam, nie kryjąc niezadowolenia.

***

Biegłam w miejsce, gdzie miała stacjonować Sorka. Wreszcie spotkałam jakąś waderę... Gretanne, jedna z ulubionych podwładnych Sorki.
- Ansuza? Nie jest bezpiecznie, chodzić po okolicy samotnie...
- Chrzanię twoje pojęcie bezpieczeństwa - rzuciłam i wyminęłam waderę. Wpadłam na polanę, gdzie w grupkach siedziały wilki. Ignorując wszelkie powitania i pytania, natychmiast znalazłam się przed laguzą, której na mój widok uśmiech spełzł z pyska.
- Co? Dobrze się bawisz? - rzuciłam, na co ta zmarszczyła nieznacznie brwi. Towarzyszący jej Monelixe już miał się odezwać, ale wystarczyło, że na niego spojrzałam, by stulił pysk i położył uszy po sobie.
- Coś się stało? - zapytała Sorka bezbarwnym tonem.
- Nie, nic się nie stało. - nie potrafiłam opanować jadu w głosie. - Znikam na jeden dzień, tylko jeden dzień. Gdy wracam, las jest sfajczony, w lecznicy leżą półżywe młodziki, po okolicy krążą jacyś idioci, twoja raido upomina mnie za chodzenie po lesie, a ty nie raczysz wysłać mi wieści wcześniej. Rozumiem, że takie problemy mnie nie dotyczą?
- Dallam, spokojnie, porozmawiajmy...
- Właśnie to robię. - powiedziałam głośniej, zagłuszając dalsze słowa wilczycy, po czym kontynuowałam. - Nie wtrącam się zwykle do zarządzania oddziałami. Ale wiesz dlaczego wilki Berkanan walczą z wilkami Berkanan? Bo im na to pozwoliłaś. Oczekujesz, że zyskasz lojalność bawiąc się w altruistkę i spóźniając na zebrania? Po kiego biesa wysłałaś othanal na przeszpiegi? Mówiłam ci, że mu nie ufam. Dlaczego oczekiwałaś, że dwa równie harde co Pomer i Ferguson basiory ot tak się pogodzą? Nie masz odwagi by palnąć ich w durne łby i pokazać, że żaden z nich nie jest ważniejszy? Nie potrafisz utrzymać karności? Czy ty w ogóle znasz swoich podwładnych?
- Znam, ale wiesz, że nie wszystko da się rozwiązać na już. Znalazłam się na miejscu, gdy tylko doszła do mnie wieść. Niestety, było już za późno.
- Sorka doskonale sobie poradziła, ograniczając straty i ogarniając sytuację - wtrącił się Menelixe. - Myślę, że zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy.
- Nie. - ucięłam ostro i warknęłam. Wbijałam w laguzę spojrzenie. - Dałaś władzę raido nad innymi raido, tym samym dzieląc jednolite wojsko na grupy. Czy zapanowanie nad całą grupą przekraczało twoje możliwości? Dlaczego z jednego laguza wojennego nagle powstało ich dziesięciu? Nie przypominam sobie, bym na to zezwalała. Od teraz jesteś jedynym dowódcą, a jakkolwiek możesz wymagać pomocy od podwładnych, tak Monelixe, Gretanne czy Takvo są takimi samymi raido co tamci na dole. I proszę o tym pamiętać. - spojrzałam na wspomniane wilki, które w międzyczasie zjawiły się i w ciszy przysłuchiwały moim słowom. - Przypominam wam, o panującej tu hierarchii, nie odbieram zasług. Nakazuję raportowanie waszych poczynań - zwróciłam się znów do Sorki - Nie życzę sobie zatajania informacji. - powiedziałam tonem nie cierpiącym sprzeciwu. - Jeśli przez twoje niekompetencje i ten cały konflikt ucierpią cywile, odpowiedzialność spada na ciebie. Ciekawe, czy raczyliście zawiadomić inne wilki, czy ich bezpieczeństwo jest sprawą mniej istotną, niż kąsanie wroga. Żegnam.

***

Odchodząc, usłyszałam jeszcze, jak Sorka prosi któregoś z obecnych, by nie szedł. Za mną. Parsknęłam, zastanawiając się, kto był takim idiotą. Jeszcze tego brakowało, by śledzili mnie "obrońcy". Zanurzyłam się w las i skierowałam tam, gdzie prawdopodobnie nie stacjonowali rebelianci. Kopnęłam szyszkę, która odbiła się od drzewa z cichym pacnięciem. Zamachnęłam się i uderzyłam w drzewo, pazurami orając korę. Przeszłam przez bajoro, nie zważając na zimną, bryzgającą wodę i chlapiący muł. Spłoszyłam siedzące tam perkozy. Rzuciłam się na jednego, rozszarpując mu gardło, wyszłam na brzeg i zaczęłam szarpać, odrywać mięśnie, odrywać skrzydła, wyrywać pióra. Zostawiłam strzępy. Ruszyłam dalej, zaczęłam biec i zwolniłam dopiero, gdy zmęczenie przesłoniło złość. Padłam na ziemię, ciężko dysząc. Miałam chęć zostać tu i podziwiać gwiazdy. Nie byłam jednak aż tak głupia, by zostawać w nieosłoniętym miejscu jak łąka, na której się znajdowałam. Znalazłam wielki głaz o płaskiej powierzchni, pięć minut drogi dalej. Wskoczyłam na niego i położyłam się, opierając ubabrany krwią pysk na wyprostowanych, równie czerwonych łapach.
W tej samej pozycji zastała mnie Sorka niedługo później. Nic nie powiedziała na ślady krwi. Wskoczyła na głaz i westchnęła.
- Możemy porozmawiać?
- Teraz tak. Przepraszam za to, że...
- Nie przepraszaj, Dall. Masz rację, powinnam była trzymać łapę na pulsie. Nawaliłam, ale wszystko naprawię. - powiedziała, zmęczonym, lecz pewnym siebie głosem.Leżałam dalej, z zamkniętymi oczami, gdy ona odpowiadała na postawione jej przeze mnie zarzuty, jednak nic na jej słowa nie odrzekłam. Leżałyśmy przez chwilę w ciszy, gdy moja towarzyszka ponownie ją przerwała - Rozumiem, że jesteś wściekła, ale nic nie wspomniałaś o Sunset. Czy wiesz, że ona... Zaginęła?
- Och, Sorko. Masz nieaktualne wieści. - skrzywiłam pysk w drwiącym grymasie. Nawet szpiegów nie ma dobrych.
- To znaczy, że się znalazła? Nic jej nie zrobili? - kąciki jej warg uniosły się w słabym uśmiechu ulgi, który zaraz zniknął.
- Tak, znalazła się i nie, nic jej nie zrobili. Bo widzisz, nasza dagaza zdecydowała się przyłączyć do zdrajców.

Sunset? Sorka?

niedziela, 14 maja 2017

Od Dallany c.d. Pierro: "Dobro jest względne 8"

Kompletnie nie wiedziałam, z kim mam do czynienia.
- Stoisz przed nią. - rzuciłam tylko, on zaś w odpowiedzi ukłonił się, przywołując na twarz nieprzyjemny grymas.
- Nazywam się Pierro, syn Abbada. Najmocniej przepraszam, jestem na Północy od niedawna. Jeszcze nie przyswoiłem wszystkich waszych zwyczajów.
Jakich zwyczajów, pomyślałam, czyżby w jego stronach nie znano słowa 'proszę'? Do każdego obcego jest taki?
Również się przedstawiłam, bacznie przyglądając osobnikowi. Był potężnej postury; moja pierwsza myśl była taka, że z pewnością ten basior nie lubi z nikim się cackać. Moją uwagę przykuły również oczy - były w dwóch różnych, wyrazistych kolorach. Piękne. Nie zarejestrowałam nikogo poza naszą dwójką, mimo to wolałam uważać.
- W jakiej sprawie mnie szukałeś, Pierro? - postanowiłam od razu przejść do rzeczy. Im szybciej załatwię tę sprawę, tym szybciej wrócę do swoich planów... Przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zdradził mi celu wizyty.
- Przywódco Wilków, chciałbym do was dołączyć. - powiedział, wciąż tonem nadętego posła lub innej 'osobistości'.
- Możesz mówić mi po imieniu, Pierro - co tym razem ci nie pasuje, że mrużysz brwi...- jak zwykle jesteśmy otwarci na nowe wilki, nie będzie więc problemu z twoim dołączeniem.
- Tak po prostu? - spytał, lekko zdziwiony.
- Cóż, tak. A jak inaczej?
- Nie sprawdzacie, czy obcy jest wystarczająco dobry, by móc zasilić wasze szeregi?
- Gdybyśmy mieli każdego testować, połowę populacji stanowiłyby wilki w okresie próbnym. Jeśli bogowie cię nie zabiją, to raczej nie ma problemu.
- Idziecie na łatwiznę.
- Ja to widzę nieco inaczej.
- Typowe dla wader - stwierdził kwaśno.
- Chodź zatem do jaskini. - rzuciłam oschle, ignorując jego słowa.
W kominku wciąż leżały rozżarzone węgielki. Kazałam basiorowi się rozgościć. Wzięłam do miski nieco wody i oblałam żar, który zgasł z sykiem.
Odwinęłam z łapy talizman i podeszłam do jednego z kryształów. Małe, niebieskie kamyczki rzuciły delikatną tęczę, która zmieniła się w nieco rozmazany fantom wilczej głowy.
- Ansuzo? - spytała nieco nieprzytomnie wadera. Gdzieś obok usłyszałam mruknięcie brzmiące trochę jak "kolejna", ale nie byłam pewna, czy to u mnie, czy u mojej rozmówczyni.
- A kto? Słuchaj, Rail. Zwołaj laguzów i Sunset do świątyni za dwie..
- Sunset udała się na...
- Wiem, gdzie się udała. - tym razem to ja jej przerwałam, przewracając oczami - Masz jej przekazać, że za trzy godziny oczekuję ją w świątyni, o resztę się nie martw.
- Tak jest! - dopowiedział cichutki głosik, gdy zerwałam połączenie. Talizman wrócił na swoje miejsce. Gość siedział sztywno, wbijając we mnie spojrzenie. Nie odwrócił wzroku, gdy napotkał moje.
- Czy ja jestem jedynym basiorem na tych ziemiach?
- Idziemy. Choć jest trochę czasu, może zbiorą się szybciej, to szybciej będziesz mógł udać się na poszukiwanie basiorów, skoro tak bardzo ich pragniesz.
Nie obejrzałam się za siebie, słysząc ciche warknięcie. Skrzywiłam się, myśląc o mojej kładce, zalanej przez rzekę. Nie minie nas przechadzka po błotnistych łąkach, skoro Matka tak wezbrała. W sumie miałam szczęście, że aż do wczoraj mogłam przejść tamtą drogą względnie suchą łapą.
Pierro zrównał ze mną krok. Szliśmy średnio szybkim marszem. Nie było to moje tempo - wolałabym pokonać większy odcinek biegnąc, a potem odpocząć, lub iść wolniej. Gdy dotarliśmy na podmokłe tereny, z ulgą zobaczyłam, że ścieżka jest niemal nienaruszona. Podeszłam do koryta, by złapać oddech pod pretekstem napicia się. Woda była nieprzyjemna i zimna. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Basiorowi ewidentnie nie spodobały się podmokłe tereny, coś więc nas łączyło.
Dotarliśmy na miejsce. Nowy rozejrzał się, ciekawy, gdy tymczasem ja przywitałam się z Laycatinem i Cedą. Wkrótce dołączyli pozostali, w tym Sunset, na widok której nowy wilk zastygł. Sun, widząc to, tylko zmarszczyła brwi i skrzyżowała ze mną spojrzenie. Zrozumiałam, że powie mi coś później. Czekaliśmy tylko na Sorkę, która wciąż się nie zjawiała. Nikt nic nie wiedział. Poczekaliśmy jakiś kwadrans od ustalonego czasu. Pierro rzucił mi krytyczne spojrzenie... Tak, spóźnienie się jednego z laguzów raczej nie dodało mi nic w jego oczach. Co mnie obchodzi jego opinia? Zdecydowałam wprowadzić go do społeczności w wybrakowanym składzie.
Weszłam lekkim krokiem do świątyni. W ciszy zbliżyłam się do figur. Zamknęłam oczy.
- Bogowie, przyjmijcie proszę basiora o imieniu Pierro do watahy Wilków Berkanan.
Spojrzałam w miejsce, gdzie w blasku z nicości zaczęła zbliżać się do mnie uśmiechnięta Berkanan. Pokłoniłam się, zapominając o złości i przyjęłam z jej łap misternie wykonany talizman. Bogini zniknęła, a ja ostrożnie położyłam dar na ołtarzyku, w myślach dziękując za niego. Wróciłam na zewnątrz, by zwołać resztę. Pierro omiótł wzrokiem świątynię. Zaraz też do wnętrza wślizgnął się szary cień. Czyli mamy komplet.
Stanęliśmy w kręgu dookoła wilka.
- Jak się nazywasz? - spytałam, aby przedstawił się wszystkim obecnym.
- Pierro, syn Abbada z Pustynnej Włóczni! - niemal krzyknął.
- Czy masz przyjazne zamiary? Będziesz wiernym członkiem watahy?
- Tak. - powiedział niewiele ciszej, niż wcześniej.
- Czy masz czyste sumienie?
- Tak.
Właściwie nie musiałam zadawać trzeciego pytania, ale chciałam zobaczyć, czy zawaha się przed odpowiedzią. Jego ton był jednak równie pewny co wcześniej. Wzięłam przeznaczony dla basiora talizman i zawiesiłam mu na szyi. Jak zawsze, na chwilę zniknął w białej poświacie, lecz niespodziewanie rozniosła się ona jak fala, omal mnie nie przewracając. Pierro przez chwilę leżał na ziemi, lecz natychmiast poderwał się na równe łapy.
- Jego talizman... - szepnął ktoś. Faktycznie zniknął, a przecież przed chwilą znajdował się na szyi. Zwróciłam uwagę na szary pył na ziemi i futrze wilka.
- Nie wiem, o co chodzi, ale właśnie straciłeś talizman.
- Ale przecież Berkanan przyniosła go, co znaczy, że akceptuje nowego wilka. - stwierdziła Sun.
- Co nie zmienia faktu, że Jasza niezbyt mu sprzyja. Nie uznał go jako pełnoprawnego wilka Berkanan. Bez tego talizmanu Pierro może być jedynie othanal - odparowałam.
- Nawet sam Jasza nie powstrzyma mnie przed misją. - powiedział uroczyście Pierro, zdejmując wisior z metalowym kółkiem i jakimś znakiem, następnie unosząc go w moim kierunku - To będzie mój talizman. Udowodnię, że jestem godzien bycia pełnoprawnym członkiem tej watahy.
Nie można zmienić w talizman wszystkiego, co się chce. Przyjęłam mimo to wisior, położyłam na ołtarzyku i bez większego przekonania poprosiłam Jaszę o odrobinę mocy. Nowy medalion błysnął delikatnie. Zaskoczona, podniosłam go i tak samo jak pierwszy, zawiesiłam na szyi basiora. Tym razem nic się nie zepsuło.
"Dzieci.." - Rozczarowanie? Przemknęło pomiędzy myślami i uleciało, tak że nie byłam pewna, czy sama tego nie 'powiedziałam'. Uczucie było zbyt odrealnione i nieadekwatne do sytuacji, bym mogła zwrócić na nie uwagę.
Laguzy przedstawiły się kolejno i powiedziały parę słów na temat swoich frakcji. Nie rozmawialiśmy długo, co przyjęłam z ulgą.
Rozeszliśmy się, witając na niebie ciemne chmury. Gdzieś nad górami niebo pojaśniało, nie dotarł tu jednak dźwięk grzmotu. Możliwe więc, że zdążę wrócić przed burzą. Wszyscy ruszyli w swoje strony, a ja zrównałam się z Sorką, która już kierowała kroki na szlak do mojego domu. Miałyśmy parę rzeczy do wyjaśnienia.

Pierro?

piątek, 5 maja 2017

Od Dallany c.d. Sorki: "Zima wilkowi wilkiem"

Gospodyni mruczała coś do siebie, prowadząc mnie mrocznym korytarzem. Pochodni chyba zbrakło, a blask tych w okrągłym pokoju tutaj nie docierał i przez chwilę ciemność nie pozwalała widzieć kompletnie niczego. Coś mi mówiło, że nie zachowuję się rozsądnie, tak po prostu idąc za dziwnym wilkiem-krasnalem po tunelach, gdzie można się było miejscami nabawić klaustrofobii a poza Sorką nie było znajomej duszy, ale zepchnęłam te jakże ograniczające myśli gdzieś na skraj świadomości.
Dotarłyśmy do wejścia. Brunchilda nakazała mi gestem milczenie i pokazała, bym szła przodem. Niepewnie przestąpiłam próg. W pierwszej chwili, oślepiona nagłą jasnością, nie do końca wiedziałam, co znajduje się przede mną. Gdy moja łapa zapadła się w szlam z głośnym, ohydnym tąpnięciem, a oczy przywykły do zmiany światła, zobaczyłam.. TO.
- Obudzisz go! Głupia - skarciła mnie półgłosem stojąca z tyłu postać. Było już jednak za późno - zobaczyłam otwierające się, jarzące na pomarańczowe oko o wąskiej źrenicy i wielkie cielsko uniosło się z gracją, szybko obracając całkowicie w naszym kierunku. Bestia otworzyła pysk, wysuwając pięć wężowych języków i z cichym sykiem łapała wonie, kierując spojrzenie prosto na mnie. Jaszczur wydał z siebie ni to skrzek, ni to pisk i zamachnął się na mnie jednym z kilku długich ogonów.
- SORKA RUSZ SIĘ TUTAJ! - wrzasnęłam. Uskoczyłam przed ciosem, przeturlałam i znalazłam się kilka kroków od jego tylnej, lewej łapy. Odruchowo skoczyłam i wgryzłam się w zimną skórę, czując ten obrzydliwy posmak szlamu. To był błąd. Nie miałam czasu na dłuższą degustację - rozjuszone bydle wykręciło się i zamachnęło w moim kierunku krótką łapą, obdarzoną zupełnie niepodobnymi do jaszczurczych pazurami. I tego ciosu uniknęłam, oddając się w piekielnie męczący taniec ataków i uników - nie mogłam się zatrzymać w jednym miejscu nawet na moment bo któraś z kończyn gada już tam była. Przeskoczyłam jeden z ogonów, przeturlałam się pod kolejnym, chwyciłam w zęby jeden, który chciał się owinąć wokół mnie; uniósł się z niespodziewaną szybkością, wyrzucając mnie kilka metrów dalej, tak iż znowu znalazłam się z przodu jaszczura. Ten obrócił się z zamachem i tym razem nie udało mi się zareagować odpowiednio szybko. Padłam na ziemię, rejestrując gdzieś w pobliżu Sorkę. Zadzwoniło mi w uszach i przed oczami pojawiły się mroczki. Dałam sobie dosłownie chwilę na powrót do przytomności - o dziwo gad nie wykorzystał okazji do pozbycia się mnie raz a dobrze. Co nie oznaczało, że mamy we dwie z Sorką jakiekolwiek szanse w tym starciu. Trzeba było sobie pomóc magią.
Zebrałam w sobie zapas sił, po czym podniosłam się na łapy z zamiarem wbiegnięcia bezpośrednio przed przeciwnika. Co dziwne, okazało się to nie być konieczne, bowiem wąskie źrenice wpatrywały się prosto we mnie. Złapałam go w sidła i niemal czułam przepływ energii, której przecież nie tracę przy tego rodzaju transakcji. Bestia znowu wydała z paszczy ten dziwny ryko-pisk. Miałam nadzieję, że uda mi się w ten sposób ją zmęczyć, ale wciąż miotała się jak głupia. Gdzieś głęboko w sobie czułam przyjemny dreszcz, jak zawsze, gdy zadawałam cierpienie swoją mocą. Usłyszałam zaniepokojone pytanie Sorki, kątem oka widziałam, jak w jej kierunku leci cios i jak ona uskakuje. Prawdopodobnie minęło mniej niż minuta; zwykle wtedy przestawałam, ponieważ traciłam rachubę czasu i byłam przekonana, że upłynęło kilka chwil. Postanowiłam przerzucić się na plan B, absorbujący sporo energii patrząc na gabaryty jaszczura, lecz mający go obezwładnić.
- Dallam uwa... - tylko tyle usłyszałam, bo z prawej strony głowy poczułam nagły, tępy ból... Świat zawirował... obraz zamazał... kolory nabrały ostrości a inne zbladły, urosłam, uniosłam się... zobaczyłam malutką Sorkę, patrzyłam w dół... prosto na łapy.. w lewo, na poskręcane ogon...y...
O bogowie, jestem jaszczurką...

Sorka?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Dallany c.d. Sorki: "Zima wilkowi wilkiem"

Spojrzenie, które widziałam, przez krótką chwilę było po prostu.. dziwne. Niewilcze. Stawało mi przed oczami mimo, że nie zdążyłam tak naprawdę nic konkretnego chwycić. Skupiłam się na rozglądaniu po pomieszczeniu, w którym się znalazłyśmy.
Wydawało się, że ściany są... zaokrąglone? Całe miejsce takie było, mimo to w rogach czaił się mrok. Rozmieszczone w równych odstępach od siebie pochodnie rozjaśniały miejsce, ale też pogłębiały cienie. Przy przeciwległej tunelowi ścianie buchało wielkie ognisko, na którym stał okopcony kocioł pełen parującej i bulgoczącej cieczy. Podłoga była i tutaj drewniana, całkiem czysta. Co jakiś czas przemykał po niej mały gad. Kilka zagraconych pułeczek i niski stolik bez siedzeń. W kącie po mojej prawej znajdowało się coś na kształt leża ze skór.
Sorka ewidentnie czuła się nieswojo. Też nie mogłam zaprzeczyć, że było tu conajmniej dziwnie. Postąpiłam niepewnie kilka kroków, starając się nie hałasować. Niestety, do rekonesansu dojść nie mogło, bowiem z jakiegoś kąta wynurzyła się postać. Chwilę patrzyłam na całkiem sporą, lecz przygarbioną starą wilczycę.
- Co wy tu robicie? - zmrużyła oczy - Witam, witam gości! - zaskrzeczała, czknęła, drgnęła i zmieniła się w pulchną, podobną do krasnala lecz większą, wyższą od nas istotę, o wciąż przymrużonych oczach. - Znowu mi magia wariuje, chwili spokoju z tymi zmianami... - mruknęła, podchodząc dziarsko do jednej z półek, zdejmując z niej trzy włożone w siebie miski. - Siadajcie przy stole, malutkie, dla każdego starczy! - wielką chochlą zaczerpnęła z gara i wlała do misek czegoś mętnego. Postawiła z rozmachem naczynia na stoliku i tym razem bez czkania, stała się spowrotem wilczycą. - No dalej! Co tak stoicie jak kołki? Brunchilda nie da nikomu głodnym chodzić!
Otrząsnęłam się i przestałam gapić. Spojrzałyśmy po sobie z Sorką i zasiadłyśmy przy stoliku. Zawartość miski nie wydała mi się zbytnio apetyczna, chociaż miała całkiem przyjemny zapach. Brunchilda chłeptała, jakby wywar wcale nie był gorący.
- Co to za miejsce? - spytała Sorka.
- Pani Brunchildo... Bo widzi pani.. - zaczęłam, chcąc dowiedzieć się czegoś odnośnie miejsca naszego pobytu i odwlec skosztowania nieznanej zupy. W tym samym czasie Sorka spytała, skąd w podziemiach tyle jaszczurek. Staruszka znów czknęła i zmieniła się.
- Jak się je, to się nie gada, malutkie - przerwała mi, klepiąc energicznie w łopatkę, aż ugięłam się pod jej ciężarem, po czym złapała za leżącą przy jej mise łyżkę, zaczerpnęła z mojej i wepchnęła mi ją do pyska. Zaskoczona wyszarpnęłam się i zaczęłam krztusić. - Widzisz mała? Dobra zupka. - skomentowała Brunchilda i jak gdyby nigdy nic zaczęła jeść swoje danie.
- Dall, ale w tym... To jest... - zaczęła Sorka, wytrzeszczając oczy i szybko się odwróciła, by zwymiotować tuż przy nodze stolika. - Skąd tu się wzięły te małe oślizgłe jaszczury? W podziemiu? - spytała ponownie, z dobrze mi już znaną odrazą na pysku. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co właśnie zjadłam. Czy starucha chce nas potruć?!
- Proszę natychmiast odpowiedzieć na pytanie koleżanki - powiedziałam stanowczym tonem, zrywając się na równe łapy.
- Ona je wszystkie przyciąga - powiedziała na to beztroskim tonem. - Chcesz skarbie to ci pokażę spiżarnię! - zakrzyknęła, jak gdyby dopiero sobie przypomniała o istnieniu takiego pomieszczenia. Złapała mnie za łapę i pociągnęła, wolałam jednak się uwolnić z uścisku i iść sama. Chciałam zobaczyć, co kryje się w samym końcu nieznanych dotychczas, podziemnych tuneli.

Sorka?

środa, 12 kwietnia 2017

Od Dallany c.d. Sunset: "Szczenięce kryminały"

Spadłam dokładnie w to samo miejsce co wcześniej i wraz z Sunset sturlałyśmy się na ziemię. Lisy doskoczyły do nas, lecz przed nami zjawiła się złota tarcza. Bardziej przypominała błysk i zaraz znikła, ale rudzielce idealnie w nią wbiegły a pęd odrzucił je nieco do tyłu. Jeden skoczył znienacka lecz i tym razem Sun wykazała się refleksem. Podniosłam się i oceniłam sytuację. Nas było dwie, ich ze dwadzieścia w zasięgu wzroku i więcej w każdym z korytarzy. Przyparły nas do muru, lub raczej do drewnianej ściany. Zaatakowałam najbliższych pięciu przeciwników i odebrałam im orientację, przez co zachwiali się i upadli na ziemię. Część położyła po sobie uszy i pokazała zęby, inni cofnęli się krok w tył. Złapałam jeszcze jednego czy dwóch, kiedy z tunelu rozległo się kilka krótkich szczeknięć i jak na zawołanie lisie komando zerwało się do biegu, łącznie z tymi znokautowanymi. Rozeszły się niczym mrówki do kolejnych wnęk, sprawnie, szybko. Zdezorientowana patrzyłam i miałam wrażenie, że część z nich znikała, nim pochłonął ją mrok... Moc niewidzialności, czy iluzja? Tak czy inaczej, trzeba było ruszać. Wbiegłyśmy do pierwszego lepszego korytarza. Po zbiegach nie było nawet śladu, nawet choćby echa, jakby faktycznie zniknęli. Po niedługim czasie wynurzyłyśmy się między nagimi zaroślami na powierzchnię. Zmrużyłam oczy, gdyż niebo było niemal bezchmurne a ostatni czas spędziłam w jakimś podziemiu. Co dziwne, nigdzie nie widać było drzewa-domu kapłana Doriala. Wydawało mi się, że jak tu przychodziłyśmy, wszędzie leżał śnieg. Teraz można było z pewnością powiedzieć, że jest wiosna. Już miałam podzielić się tym spostrzeżeniem z dagazą, kiedy ona zabrała głos.
- Nie możemy być daleko, przecież tunel był krótki. - stwierdziła, ale nigdzie nie było ani śladu lisów czy miejsca, do którego wybrałyśmy się na początku. Warknęłam zirytowana, obrzucając chmurnym spojrzeniem czerwono-zielonego ptaka, który właśnie przysiadł na zieleniącym się małym drzewku. Nic sobie z tego nie robiąc, stworzenie wydało z gardła całkiem miły dla ucha trel.
- Dallam..? - uciszyłam Sunset syknięciem. Winejka, bo tak się nazywał ten ptak, nie była widywana w tych okolicach. Kiedyś malowałam ją w ramach ćwiczeń i pamiętam, że musiałam wybrać się w
Ryfeje, żeby na nią trafić. Przynajmniej ten gatunek nie należał do płochliwych, wystarczyło być ostrożnym i spokojnym. Zrobiłam w jego stronę krok... Ptaszek przechylił łepek, patrząc na mnie czarnym paciorkiem oka. Drugi... Zaćwierkała raz jeszcze. Kolejny... Sani chyba zauważyła to, co ja, bo stała w zupełnym bezruchu gdy podchodziłam do drzewka. Stanęłam na dwóch łapach, przednimi opierając się o korę i delikatnie ujęłam wystający mu spod nóżki zwitek papieru.


Sunny? 

piątek, 17 marca 2017

Od Dallany c.d. Sorki: "Zima wilkowi wilkiem"

Chwilę wcześniej skręcało mnie w żołądku na myśl o zbliżeniu się do tego śluzu, teraz wbiegałam w ohydny tunel. Maź znajdowała się nie tylko na ścianach; biegnąc, musiałam pilnie uważać, by nie zaliczyć gleby prosto w obrzydliwą ciecz. Korytarz początkowo był koszmarnie ciemny. Co jakiś czas miałam wrażenie, że dotyka mnie śliska macka. Kiedy dotarł do mnie nikły blask naściennej świecy, doszłam do wniosku, że wolę jednak mrok. Od czasu do czasu, to znaczy przy każdej świeczce, do ogólnego wrażenia dochodził widok tego, po czym stąpałam. Starałam się mimo wszystko trzymać tępo, bo w końcu tunel kiedyś się skończy, a bez mapy nie wiedziałabym, jak chociażby zawrócić.
Znowu w mroku, znowu ohydne uczucie i nagle podłoże zaczęło gwałtownie opadać, a rozpędzona ja nie mogłam wyhamować, przez co upadłam i zjeżdżałam coraz szybciej, przy zakrętach uderzając o ściany i na chwilę wytracając prędkość. Trwało to dla mnie moment, gdy nagle zjechałam na prosty grunt, prosto w kierunku światła. Zatrzymałam się, ale rozpędzona Sorka uderzyła we mnie, przez co obie wyleciałyśmy z tunelu. Podniosłam się na łapy. Na gładkiej, do tej pory dosyć czystej podłodze widniały plamy galaretowatej substancji, w której byłyśmy całe skąpane. Zapach szlamu spowodował, że mnie zemdliło i najzwyczajniej w świecie - zwymiotowałam. Stałyśmy chwilę, kaszląc i otrząsając się.
- Co... To... Było. - rzuciła Sorka. Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam. Miejsce, gdzie się znalazłyśmy, było małym i kompletnie pustym pomieszczeniem, poza kotarą, prawdopodobnie zasłaniającą kolejny tunel. - Dallam, mapa i tak nie byłaby czytelna po kontakcie z... tym. - machnęła łapą w kierunku, skąd przyszłyśmy.
- Masz rację, ale nie możemy tu tkwić.
Byłyśmy kompletnie same w miejscu, o którego istnieniu nigdy nie słyszałam, mimo że jestem tu od urodzenia. Nie wyglądało to najlepiej. Nagle kotara się przesunęła, ukazując korytarz, niemal prosty, wydawał się niezbyt długi. Nie widać było osoby, która odsłoniła przejście. Ruszyłam w tym kierunku powoli, usiłując zorientować się, co jest dalej. Sorka zaś nie postąpiła nawet kroku. Spojrzałam na nią pytająco, na co ta wymamrotała coś pod nosem, wgapiając się w wejście.
- Co mówisz? - spytałam półgłosem.
- Jaszczurki. - Powiedziała równie cicho, nie ukrywając odrazy. Powędrowałam za jej wzrokiem. Faktycznie, dopiero wtedy zauważyłam dziesiątki małych gadzin obsiadających sklepienie tunelu i ruszających zasłonką.
- Jeśli nie są wilkożerne, to się jakoś dogadamy przecież. Patrz - przewracając oczami, weszłam na skraj tunelu. Szeleszcząco-syczący tłumek przeformował się, odsuwając w głąb i wciskając w dziury. Jedna, głupia i ciekawska, przeszła mi między łapami w kierunku wadery, wystawiając swój ruchliwy język, ale zdążyłam przygnieść ją łapą. Raczej już nie wstanie. - Widzisz? Zwykłe, nieszkodliwe gadziny. Prędzej ty zjesz je, niż one ciebie.

Sorka?

sobota, 11 marca 2017

Od Dallany c.d. Cedy

Rzeka już miała wyższy poziom, niż parę dni temu. Za tydzień lub dwa, roztopy i deszcze spowodują że łąka, którą właśnie szłyśmy, zamieni się w podmokły i błotnisty teren, nieprzyjemny do spacerów. Teraz jednak było całkiem ładnie, rzeka przyjemnie szumiała, a ptaki ćwierkały swoje melodie. Ceda podeszła do samego brzegu i napiła się lodowatej wody. Ja wolałam i tego sobie odmówić - zimna woda jest niezbyt dobra. Zbliżyłam się tylko trochę, spoglądając w niebo i otaczającą nas florę. Nie mogłam się doczekać, kiedy zniknie biały puch. Na niebie w tym momencie niemal nie było chmur, i chociaż słońce chowało się za widnokręgiem z drzew, odczuć można było, że dni są coraz dłuższe. Po drugiej stronie Matki, usytuowane blisko krzewy zdawały się mieć już drobne, zielone pączki lub zawiązki listków, pomiędzy zeszłorocznymi, żółtymi trawami przebijały się kiełki świeżej. Nigdzie nie zobaczyłam za to kwiatów; po drodze widziałam kilka wczesnych, młodych roślinek, ale tu nie było odpowiednich dla nich warunków.
Przerwałam swój drobny rekonesans, gdy spotkałam się ze spojrzeniem czerwonookiej wadery. Ta przyglądała mi się z lekko przekrzywionym łbem. Uśmiechnęłam się do niej lekko i podeszłam bliżej. Ceda otworzyła pysk, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie z naprzeciwka wyskoczył spory, czarny kształt, który następnie wskoczył do rzeki, posyłając w naszym kierunku falę wody. Odskoczyłam w tył, warcząc, ale nie udało mi się uniknąć ataku. Nim zdążyłam się otrząsnąć i przywrócić ostrość widzenia, zwierz zniknął gdzieś za zakrętem.
- Co to było? - Spytała wadera. Wyglądała trochę, jakby spacerowała w deszczu, ja więc również musiałam prezentować się w ten sposób.
- Nie zdążyłam się przyjrzeć, zaskoczył mnie. - odpowiedziałam, a po grzbiecie przeszedł mnie dreszcz. - Pogoda nie jest odpowiednia na kąpiele w rzece. Kawałek w górę biegu jest mostek. Jeśli się pospieszymy, zdążmy do mojej jaskini zanim mróz zmieni nas w dwa sople.
- Nie wydaje mi się, żeby to nam groziło. Nie bądź taka zrzędliwa - odpowiedziała, najwyraźniej rozbawiona wodnym atakiem, lecz pozwoliła się prowadzić. Starałam się ignorować nieprzyjemne uczucie, żeby nie było, że dramatyzuję, jednak nie lubię, gdy zimna i mokra sierść przykleja się w kosmykach do ciała, a wiatr powoduje gęsią skórkę.
- Ceda, jak wygląda miejsce, z którego pochodzisz? - zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
- To było niebezpieczne, ale piękne miejsce... - zaczęła - Ale czy to istotne? Porozmawiajmy o Berkanan - dodała po chwili, trochę głośniejszym, lecz również zmienionym głosem. Widocznie niezbyt dobrze wspominała swój dom. Byłam go ciekawa, ale przystałam na zmianę tematu. Odpowiedziałam na kilka drobnych pytań, a potem rozmowa zeszła znów na aurę. Ceda okazała się zwolenniczką zimy, a ja nie mogłam zrozumieć, jak można lubić mróz i śnieg, kiedy świat jest szary, a wszystko wymaga więcej wysiłku.
W końcu dotarłyśmy do mojej jaskini. Zaprosiłam towarzyszkę do środka i rozpaliłam ogień. W ciepłym wnętrzu położyłam się na jednej z kanap, kładąc głowę na łapach i pozwoliłam się sobie nieco rozluźnić. Odniosłam wrażenie, że wilczycy podoba się źródełko - pytała, jak osiągnęłam taki efekt, na co niestety nie mogłam odpowiedzieć, ponieważ było tu już wtedy, gdy obrałam sobie tę jaskinię za dom.
Nie minęło wiele czasu, gdy do środka weszła Sunset. Okazało się, że towarzysz nowej wadery miał mały wypadek, ale nic mu nie jest. Ten również postanowił dołączyć. Ceda w czasie naszej krótkiej rozmowy siedziała cicho, patrząc w ogień. Wyglądała na zatopioną w myślach. Cóż, nie mogę powiedzieć, że polubiłam ją od pierwszego wejrzenia, ale miałam nadzieję, że ona i jej towarzysz zaaklimatyzują się w nowym stadzie.
Sunny chciała jeszcze dzisiaj zorganizować ceremonię.
- Przecież już prawie noc. Gdzie ci się spieszy?
- Mamy sporo czasu do zmroku, a jutro mam parę rzeczy do zrobienia. - Odpowiedziała przyjaciółka. Wiedziała, że nie lubię, kiedy coś ustala się w ten sposób. Z drugiej strony, im szybciej to załatwimy, tym lepiej. Wkrótce zjawił się wspomniany nowy basior w towarzystwie Shakuy'i, która jednak zaraz się zmyła. Jako, że musiałam pobyć w świątyni sama, odprowadziłam wilki kawałek, po czym ruszyłam swoją skrótową ścieżką, wyostrzając wzrok jak tylko mogłam. Zyskałam tym samym półgodzinną przewagę nad trojgiem pozostałych wilków.
Udało mi się uniknąć kontaktu z wodospadem. Grota oświetlona była lampionami, które nadawały przyjemnego klimatu. Podeszłam do kamiennego ołtarza i przymknęłam oczy, w myślach przywołując boginię. Jak zwykle w tej sprawie, nie musiałam długo czekać, by przede mną pojawiło się światełko. Otworzyłam oczy i patrzyłam, jak zjawa rośnie. W blasku dostrzec można było wilcze rysy. Ukłoniłam się z szacunkiem, spuszczając na chwilę wzrok. Moja przodkini uśmiechnęła się i posłała w moim kierunku dwa talizmany, po czym podobnie jak się zjawiła, tak zniknęła, pozostawiając mnie w cichej samotności.

Ced?

czwartek, 9 marca 2017

Od Dallany c.d. Sunset: "Szczenięce kryminały"

Czy to możliwe, by upadek trwał jednocześnie wieczność i sekundę? Bo tak właśnie się czułam, kiedy podłoga zniknęła spod moich łap. Świat zawirował, otuliła mnie ciemność i echo wołania Sunny. Uderzyłam o coś, co niekoniecznie było podłogą, bowiem wbiło się w moje ciało twardymi kantami. Straciłam oddech, czując promieniujący od mostka ból.
- Mój Boże, Dall, jesteś tam?
Chwilę trwałam tak, z zaciśniętymi oczami, usiłując wziąć oddech, co powodowało tylko nieprzyjemne ukłucia klatki piersiowej. Wreszcie udało mi się to. Uchyliłam oczy, do których napłynęły łzy. Ledwie jednak uniosłam łeb, coś upadło na mnie. Stoczyliśmy się z niedużego stosu. Tym razem nie próbowałam się pozbierać. Ciche tupnięcie w podłogę - To pewnie Sunset.
- Wszystko w porządku..? - spytała niepewnie przyjaciółka, podchodząc do mnie. Otarłam łzy i jęcząc, dźwignęłam się na łapy. Dziura nie była AŻ tak głęboka, ale impet i sterta drewnianych... Stołków? Kolumienek? - na które spadłam wystarczyły, by wszystko mnie bolało. Potrząsnęłam łbem, próbując pozbyć się szumu.
- W jak najlepszym, nie widać? - rzuciłam do wpatrującej się we mnie troskliwie wadery. Jeszcze raz się otrząsnęłam i przeszłam w kółko, mimowolnie się krzywiąc, gdy wszystkie kości zapłakały, bym dała im zdechnąć. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Prawdopodobnie byłyśmy pod ziemią, ponieważ jedyne okienko znajdowało się wysoko nad nami i wpuszczało niewiele światła. Zauważyć można było mocno zakurzoną podłogę i stertę drewnianych szpargałów, z którymi zdążyłam się już poznać z bliska. Od pomieszczenia odchodziło kilka wnęk, które były tak ciemne, że nie wiedziałam, czy to wgłębienie w ścianie, czy korytarz. Sunset postąpiła do przodu, żeby zajrzeć do jednej z nich. Wtedy mój wzrok padł na rudy kształt, majaczący gdzieś poza zasięgiem światła z góry. - Ty... - warknęłam, lis również się podniósł. On upadł na mnie, nic mu więc nie było. Złapałam go za kark i rzuciłam w kierunku Sunset, która odwróciła się w naszą stronę. Jonasz zaskomlał i natychmiast poderwał się, gotowy zwiać. - Nie waż się ruszać, parszywa kupo futra. Zaraz sobie pogadamy. Albo raczej ty pogadasz, a my będziemy słuchać.
- Nic nie wiem! Nic nie powiem! - zawołał jękliwie rudzielec.
- Skoro nic nie wiesz, po co za nami poszedłeś? - spytała, jak zwykle spokojnie, Sunset.
Lis tylko uśmiechnął się krzywo i wbił we mnie spojrzenie. No nie... Nie będzie sobie pogrywać. Mina mu zrzedła, zmieniając się grymas i okrzyk zaskoczenia.
- Następnym razem będzie gorzej - powiedziałam lodowatym tonem.

Sunset?

środa, 8 marca 2017

Od Dallany c.d. Cedy

Bardzo wczesny ranek powitał mnie mrozem, mimo to postanowiłam rozruszać kończyny. Spacerując, patrzyłam, jak szary, czarny i granatowy świat zmienia się w... Cóż, niewiele się zmieniał. Niebo zbielało, ale dookoła nadal było buro i ponuro. Z początku żałowałam, że zapuściłam się dalej od jaskini - tu, gdzie dotarłam, najwidoczniej dawno nie było innych wilków. Ale za to zwierzyna mogła się pewniej pojawić. Pogoda była pokręcona, momentami się przejaśniało, zaraz potem śnieg wiał prosto w pysk. Zgodnie z przypuszczeniami, wytropiłam stadko saren. Zapowiadał się dobry obiad. Szłam niespiesznie, co jakiś czas przeklinając biały puch, który czynił drogę dwa razy cięższą. Zamierzałam zbliżyć się jeszcze trochę, jak najbliżej, po czym odpowiednio osłabić węch potencjalnych ofiar, by móc spokojnie się do nich podkraść. Gdy byłam zaledwie dwadzieścia metrów od celu, usłyszałam trzask gałęzi, skrzypiący śnieg pod kopytami. Stado spłoszone, tylko prze kogo? Podeszłam do miejsca zdarzenia.
Nieznajoma spięła się jak sarna, która wyczuwa zagrożenie. Nie znałam jej. Czyżby kolejny nowy wilk? Nigdzie nie widziałam talizmanu, chyba, że był nim ten czerwony pędzelek, który zwisał z prawego ucha. Postąpiłam kilka kroków, patrząc prosto w czerwone, czujne oczy.
- Nie znam cię.
- Ja... Przechodziłam tędy z przyjacielem. Nie chcę kłopotów. - Czyli obca. Jej głos był lekko schrypnięty. Popatrzyłam na zdobycz. Szłam za tym tropem dosyć długi czas, a w ostatniej chwili koziołka sprzątnęła mi sprzed nosa osoba, która...
- Bezczelna jesteś. - powiedziałam, zirytowana. - Skoro nie szukasz kłopotów, nie powinnaś polować tutaj, na terenach watahy. I tak nie jest łatwo o zwierzynę, do wiosny daleko. - powiedziałam sucho. Byłam pewna, że oczy mi przyciemniały.
- To by było na tyle, jeśli chodzi o przyjacielskie stosunki. - Rzuciła i jak gdyby nigdy nic zaczęła się oddalać.
- Jakbyś tu była przyjacielsko, najpierw spytałabyś się, czy możesz zapolować na moim terenie - powiedziałam na tyle głośno, by mnie usłyszała i ruszyłam z zamiarem zatrzymania jej. Odpowiedziała milczeniem, ale po chwili jakby jej się coś przypomniało, bo odwróciła się i spytała:
- Jeśli dołączymy do watahy, będziemy mogli swobodnie poruszać się i polować w okolicy?
- Tak. Z chęcią przyjmujemy nowe wilki, o ile nie przychodzą tu tylko, by podebrać zwierzynę. Jestem Dallana, ansuza watahy Berkanan. - zmarszczyła brwi, słysząc to słowo, ale zaraz wyraz zastanowienia minął. - Dlaczego mówisz "my"?
- Ceda, miło poznać. Asmodeus to mój przyjaciel, rozdzieliliśmy się, on poluje z powietrza.
- Faktycznie widziałam lecącą postać, ale nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, bo śnieg wystarczająco przeszkadza tu, przy ziemi.
Właściwie nie byłam pewna, co, zwłaszcza w zimie, gdy zwierzęta kryją się w lasach, może upolować wilk z powietrza. Wadera wyraziła chęć, by zostać w watasze, nie miałam więc ani podstaw, ani chęci żeby ją stąd wyganiać, zwłaszcza, że lasy zieją pustkami. Zaproponowała mi wspólny posiłek, ale postanowiłam się obejść. Jedząc jeszcze ciepłe mięso, pytała mnie o sprawy związane z życiem i innymi wilkami. Wydawała się zaciekawiona tym, co mówiłam. Nie zamierzałam zapominać, że nie zachowała się uczciwie. Tak naprawdę nie wiadomo, czy nie zostanie tu, póki śnieg nie stopnieje i nie zniknie razem z tym drugim, jak mu tam było. Na razie mogłam przyznać, że całkiem dobrze się z nią rozmawia.
Szczątki koziołka zostały tam, gdzie zwierzę padło. Nie chciało mi się dzisiaj latać i zwoływać laguzy oraz Sunset, postanowiłam umówić się z Cedą i innymi na ceremonię dopiero jutro. Spacer był o wiele ciekawszą opcją, zaproponowałam więc zajrzenie do najbliższych miejsc.

Ceda?

niedziela, 5 marca 2017

Od Dallany c.d. Sorki: "Zima wilkowi wilkiem"

O ile wiatr ucichł w idealnym momencie, bym usłyszała nadejście Sorki, o tyle wrócił do poprzedniej mocy, przerywając nam rozmowę i omal nie przewracając. Gdy zawieja ponownie uderzyła nam w pyski, obca wadera posłała mi spojrzenie pełne wyrzutu, jakbym była sprawczynią złej aury. Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się, rozglądając. Nie mogłyśmy czekać tu na zbawienie, czy może prędzej zamarznięcie, a na nowo poznaną raczej liczyć nie mogłam. Pamiętałam, że szukać zdobyczy zaczęłam blisko południowego brzegu Matki, oddalając się od rzeki. Przez utrudnioną widoczność nie mogłam jednak rozpoznać miejsca ani nawet obszaru, w którym obecnie się znajdowałyśmy. Ale czy zamierzałam o tym mówić Sorce? Nie, absolutnie. Wystarczająco podle się czułam przy kolejnym nieudanym polowaniu. I ja chciałam być łowcą...
- Gdzieś przecież musi być schronienie. - mruknęłam do siebie, po czym zwróciłam się do Sorki - Słuchaj, niespecjalnie cieszy mnie perspektywa pędzenia choćby dziesięciu minut dłużej w tych warunkach. - musiałam to niemal wykrzyczeć, ale przynajmniej dotarło, bo ta skinęła głową, stwierdzając równie głośno co niesłyszalnie, że się ze mną zgadza.
Ruszyłyśmy w kierunku, skąd najprawdopodobniej przyszłam. Próbowałam odtworzyć swoje ślady, ale zdać się mogłam jedynie na upośledzony zawieją trop. Wzmocniłam nieco węch, niechętnie acz uczciwie przyznając siwej wilczycy, że idzie jej bez żadnej pomocy lepiej, niż mi. Choć skąd miałam wiedzieć, czy nie ma żadnej zdolności, która ułatwiałaby jej życie w beznadziejnym zimnie, wietrze i śniegu? Nie mogłam wiedzieć.
Dosyć blisko nas dostrzegłam coś, co swoim kanciastym kształtem niezbyt wpisywało się w krajobraz. Przyspieszyłam, przebiegłam połowę odległości, zakładając, że Sorka podążyła za mną. Powiał wiatr, potknęłam się o własną łapę, wyłożyłam jak długa na lodzie i przekonałam o pochyłości terenu, resztę odcinka pokonując ślizgiem i finiszując z nosem w zaspie. Sapnęłam, wypuszczając z pyska obłok pary i mrużąc oczy w celu roztopienia wszechobecnych śnieżynek. Wstałam, uspokajając oddech. Chwilę później dotarła Sorka, również w poślizgu, lecz mniejszym. Zbliżyłyśmy się do drewnianego tunelu, który najwyraźniej prowadził do wnętrza jaskini, ponieważ konstrukcja znikała w stoku. Spojrzałyśmy po sobie. Korytarz, mimo, że bez zamknięcia, okazał się być świetnie odizolowany od wiatru.
- Szlag by tę zimę już... Pół miesiąca temu było lepiej, niż teraz. - Wzdrygnęłam się i otrząsnęłam ze śniegu.
- Przynajmniej da się rozmawiać. - stwierdziła błyskotliwie Sorka - Gdzie jesteśmy? - spytała, rozglądając się po oświetlonych niewielkimi lampkami oliwnymi, grubych belkach.
- Nigdy wcześniej mnie tu nie było, szczerze mówiąc, ale możemy się przekonać.
- Jeśli nie wiemy, kto lub co stworzyło to schronienie, chyba bezpieczniej będzie przeczekać tutaj do jutra i zmyć się jak najprędz...
W tym momencie coś głośno huknęło, trzasnęło, a wejście zawalił ciemny kształt drzewa, oraz przywiane z zewnątrz hałdy śniegu. Odruchowo postąpiłam krok w tył i podkuliłam uszy, ale nic nie dostało się do wnętrza zadaszenia, poza sporym kopcem śniegu, który chwilę później rozgartywałyśmy w poszukiwaniu odpowiednio dużej dziury, by się stamtąd wydostać.
- Wygląda na to, że jednak postąpimy wedle mojego planu. - stwierdziłam, nieznacznie się uśmiechając, mimo że sytuacja w ogóle nie była zabawna.
- Skoro nalegasz - odpowiedziała Sorka.

Sorku?

niedziela, 26 lutego 2017

Od Dallany c.d. Sunset

- Dallana i Sunset. Mamy tu coś do zrobienia. Powiedz... Jonas, dlaczego uważasz, że nie powinnyśmy tu przychodzić?
- Bo to jest zabronione. - Odpowiedział z pełnym przekonaniem.
Czyli Sunset miała rację, że się tu wybrałyśmy. Skoro zmarły znalazł sobie strażnika mimo, że jego życie i tak dobiegało końca. Chyba, że nie wrócił tu od pojawienia się objawów choroby i Jonas na niego czekał. Czemu jednak wilk zlecił pieczę nad okolicą lisowi, który jakkolwiek zmuszony do współpracy groźbą czy zapłatą, choćby chciał, nie ma szans w starciu z wilkami? Chyba, że jest ich więcej, lub droga do jaskini blokowana jest też na inne sposoby.
- A powiedział ci, dlaczego?
- Nie powiedział.
- Jak nie powiedział? Trudno mi w to uwierzyć, że sterczysz tutaj żeby warować nad czymś, o czym nie masz pojęcia. Lepiej mów, o co ci chodzi, albo... - Sunset szturchnęła mnie. Lis położył uszy po sobie i odruchowo postąpił krok do tyłu.
- Tak czy inaczej, musimy się tam wybrać - odezwała się moja towarzyszka. - Dorial nie żyje, nie musisz się bać nieprzyjemności z jego strony. Byłybyśmy wdzięczne, jakbyś nas zaprowadził.
Jonas patrzył to na mnie, to na nią. Uśmiechnął się nieznacznie. Sama nie wiedziałam, co miał ten uśmiech znaczyć.
- Skoro tak wam na tym zależy, proszę bardzo. Muszę jednak z wielkim żalem odmówić towarzyszenia wam w tym spacerze. Może innym razem? O ile taka okazja się nadarzy. Tymczasem żegnam! - I uskoczył gdzieś między drzewa. Skoczyłam w tym samym kierunku i przebiegłam kawałek, chcąc go dogonić, ale nigdzie nie było widać tak przecież wyrazistej na tle śniegu kity, ślady łap zaś urwały się w pewnym miejscu. Warknęłam i odwróciłam się. Sunset niewzruszona stała na szlaku i patrzyła się na mnie, jakby z góry zakładała wcześniej, że nie uda mi się złapać uciekiniera. Dołączyłam do niej, nie mogąc się powstrzymać od mruczenia pod nosem na temat tego, co myślę o osobnikach jego pokroju. Właściwie całkiem możliwe, że "strażnik" pełnił jedynie rolę "straszaka", lub też miał w jaskini schowane własne skarby i nie życzył sobie gości w nieswoim domu. Nie trzeba więc było martwić się na zapas.
Wróciłyśmy do niezobowiązującej rozmowy, ale mój wzrok cały czas wędrował dookoła, powoli przeczesując okolicę przed nami. Miałam dziwne wrażenie, że lisek nie odpuścił. Cóż, jak następnym razem przyciśnie się go odpowiednio, to nie będzie taki oporny w udzielaniu informacji.
Drzewa i krzewy rosły coraz gęściej, tak, że pomimo braku liści widok był ograniczony. Mimo to, nie dało się przeoczyć konstrukcji przypominającej drzewo, która niewątpliwie wyglądała naprawdę ciekawie w okresie zielonym, oraz niewątpliwie do kogoś należała. Okrążyłyśmy je wraz z przylegającym, niewielkim jeziorkiem. Nie znalazłyśmy żadnego wejścia, mimo że Sun pamiętała, że nie szła po żadnych schodach. Schody zaś tam były. Zaczynały się kawałek przed drzewem, prowadziły prosto, a następnie zakręcały za pień. Sunset skinęła w ich kierunku głową i zaczęłyśmy się wspinać. Droga wydawała się o wiele krótsza, gdy patrzyło się na to z dołu. Schodków nie było dużo, ale każdy równo i elegancko pokryty został lodem. Zaraz za zakrętem szlak się kończył wejściem, ale w środku prawie nic nie było.
- Nie wiem, o co tu chodzi - powiedziała niepewnie Sunset. - Przecież tutaj właśnie mieszkał. Pamiętam to drzewo, miało wejście przy samej ziemi, a we wnętrzu regały z książkami, figurki, inne takie.
- Musiało ci się coś pomylić. Przecież tu nic nie ma - kopnęłam w skupisko ze skóry i słomy, zła. Byłam naprawdę ciekawa księgi pełnej niebezpiecznej wiedzy, a trafiłyśmy na zaniedbane i byle jakie leże.
Wtem zarejestrowałam ciemniejszą linię i metalową krawędź... Odrzuciłam legowisko, przywołując studiującą niewielkie rysunki naścienne dagazę.

Sunny?

środa, 15 lutego 2017

Od Dallany c.d. Sunset: "Nowe Porządki"

Wodospad nie był skuty lodem, ale rzeka w górnym biegu musiała zostać częściowo zatamowana przez bryły lodu, skały lub zwalone drzewo. „Przynajmniej można dotrzeć na miejsce zebrania suchą łapą” - pomyślałam, zbliżając się do Świątyni. Szybko jednak się przekonałam, że to nieprawda, bowiem osłabiony prąd „wyrzucał” wodę o wiele bliżej skały, niż zwykle. Westchnęłam i powoli minęłam strumień, wzdrygając się, gdy poczułam lodowate krople na karku.
W Świątyni zbierały się już wilki. Nie było nas wiele. Idąc w stronę ołtarza ofiarnego, przy którym wyrzeźbiony został piękny wizerunek Berkanan i Jaszy, prawie nie słyszałam rozmów, pojedyncze wilki tylko szeptały między sobą. Mogłam się domyślać, że nie dyskutują o niczym wesołym. Tylko kiedy to wszystko wróci do życia..? Zorientowałam się, że moje myśli po raz kolejny schodzą na tor tego, co miałam powiedzieć za chwilę, oraz tego, co czekało mnie oficjalnie od dzisiejszego dnia. Nigdy dotąd nie czułam zdenerwowania przed wystąpieniem, zwłaszcza, że miało to być dosłownie parę słów z mojej strony, ale też nigdy nie zależało mi tak na akceptacji ze strony wilków.
Zbliżył się do mnie Ranec, wilk, z którym zawsze byłam w dobrych stosunkach. On nie miał tu rodziny ani nikogo bliskiego. Pokazał mi listę obecnych wilków i powiedział, kto nie dotrze. Nie odzywałam się. Basior chciał chyba powiedzieć coś jeszcze i miałam nadzieję, że nie będą to kolejne bezsensowne słowa otuchy. Nie zdążyłam się o tym przekonać, bo w tym momencie dostrzegłam żółtą postać, co znaczyło, że południowa strefa dotarła. Przeprosiłam więc rozmówcę i poczekałam parę sekund, po czym zabrałam głos.
- Zapewne wiecie, po co się tutaj zebraliśmy. Choroba zabrała trzy czwarte naszej społeczności. - starałam się nie mówić zbyt zwięźle, ale ile można powtarzać podobne słowa? Przeszłam więc do rzeczy. - Każdy z nas kogoś stracił i ma prawo za nim tęsknić... - zawiesiłam na chwilę głos, po czym kontynuowałam - Ale życie toczy się dalej, a my nie możemy rozpaczać w nieskończoność. Dlatego jeszcze dzisiaj dajmy sobie czas na żałobę, a jutro postarajmy się wrócić do codziennego życia. - Skończywszy zdanie, słyszałam oburzone parsknięcia, ale nie zwracałam na nie uwagi i mówiłam dalej. - Na pewno się wam to uda. Jako nowa ansuza, muszę omówić również pewne kwestie. Po pierwsze, wprowadzam zakaz na sprowadzanie tu czekolady, motywów tłumaczyć nie muszę, bo wszyscy je znacie. Po drugie, stanowisko dagaza naturalnie przejęła znana wszystkim Sunset. Po trzecie, przypominam o nieobjętych stanowiskach - niektóre z nich są potrzebne na bieżąco. Tyczy się to również stanowisk laguz. Ode mnie to tyle, jeśli ktoś chce się wypowiedzieć, o coś zapytać lub coś przekazać, oddaję mu głos.
Spodziewałam się, że to przeciągnie się dłużej, niż było konieczne, ale nie wiedziałam, że gdy opuszczę świątynię, będzie już późny wieczór. Moje plany na krótką wizytę u nowej dagazy porzuciłam, a nasze drogi rozeszły się w przeciwnych kierunkach przy samym wyjściu, więc poza przelotnym „cześć” nie rozmawiałyśmy już tego dnia.
Kiedy znalazłam się w jaskini, ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Ziewnęłam i zwinęłam się w kłębek na swoim posłaniu.
Zeskakując ze stopni na zimny piasek znajomej plaży zaledwie kilka dni temu, nie spodziewałam się, że czeka mnie ciąg wyczerpujących dni i niewiele lżejszych nocy. Miałam w tym czasie wystarczająco czasu, by wspominać, tęsknić i godzić się z odejściem rodziny i przyjaciół, z którymi nie miałam okazji się pożegnać. Zmęczona, zmrużyłam oczy. Senność rozproszyła myśli, a ja nie próbowałam z nią walczyć.

Koniec serii.

sobota, 11 lutego 2017

Dallana


"Pros­ty­mi słowa­mi po­wiedz to, co skom­pli­kowa­ne, a nie kom­pli­kujesz to, co proste."

Areot (DeviantArt)

Imię: Dallana.
Pseudonim: Większość pseudonimów nadają inne wilki, nie my sami. Dallana zaś często posługuje się skrótem "Dallam", który, chociaż niewiele się różni, wydaje jej się mniej wydumany, niż samo imię.
Urodziny: 8 sierpnia.
Płeć:
Wadera.

Wiek: 4 lata.
Stanowisko: Ansuza. (Wcześniej: Artysta)
Żywioł: Zmysły.

Moce:
 Wadera potrafi zintensyfikować lub osłabić zmysły. W pierwszym przypadku oznacza to wrażenie, że zapach jest mocniejszy, widok ma mocniejsze barwy etc. Druga opcja działa w przeciwnym kierunku i potrafi nawet obezwładnić. Jest to przydatne do chwilowego powstrzymania lub skołowania przeciwnika. Oczywiście długie i intensywne wykorzystanie tej mocy, lub wykorzystywanie jej na przeciwniku o znacznie większych gabarytach absorbuje sporo energii...
Wilczyca może patrzeć oczami wilka, który znajduje się w zasięgu jej wzroku. Widzi wtedy wszystko to, co on. Nie jest to wtargnięcie do umysłu i nie pozbawia 'ofiary' wzroku na czas działania. Jej 'obecność' nie jest odczuwalna, chyba, że ma się zdolności telepatyczne. Dall w tym czasie w ogóle nie mruga, można więc sobie wyobrazić to uczucie zawsze po "powrocie do siebie".
Kiedy Dallana spojrzy prosto w oczy, może wysłać falę energii wywołującej niewyobrażalny ból przeciwnikowi, nie prowadzący jednak do śmierci. Cierpienie utrzymuje się dopóki Dall nie odwróci wzroku od ofiary. 

Talizman Reprezentacji:
Jest dość prosty i praktyczny - wprawione w skórzany rzemień niewielkie Kryształy o błękitnym kolorze, które potrafią stworzyć niewielką tęczę przy pomocy światła. Dallana nosi go owiniętego wokół swojej lewej łapy i czasem wykorzystuje we wspomnianym wcześniej celu. Jej reprezentacją jest tęcza. Wadera potrafi stworzyć z niej "portal" i skontaktować się z innym wilkiem. Przed rozmówcą zjawia się jej projekcja, tak samo jak przed Dallaną - postać jego. Wadera może umożliwić dostrzeżenie i kontakt z kilkoma osobami towarzyszącymi sobie i rozmówcy, lub ograniczyć go do siebie i konkretnej osoby. Należy pamiętać, że nawet przy kontakcie w cztery oczy, przebywające w pobliżu ansuzy wilki słyszą to, co mówi ona, a te w pobliżu wilka, z którym się kontaktuje - mogą usłyszeć jego część konwersacji.

Aparycja:
Należy do szczupłych, ale nie chudych wilków, o łapach długości proporcjonalnej do tułowia. Krótki, bo sięgający zaledwie do połowy długości łap ogon jest puszysty, owinięty cienkim rzemykiem, do którego przywiązane są dwa czarno-białe pióra. Podobnie owinięty jest talizman wokół lewej łapy wadery. 
Migdałowe oczy o czarnym obramowaniu naturalnie mają bardzo ciemny, brązowy kolor, ale od momentu otrzymania reprezentacji zdarza im się zmienić w siedmiobarwne na nieokreślony czas - równie dobrze może to być kilka godzin, jak i kilka sekund. Ansuza nie odkryła przyczyny takiego stanu rzeczy. Na barwę oczu wpływa też nastrój - kiedy wadera wpada w furię, lub korzysta ze swojej mocy zadawania bólu, stają się czarne lub prawie czarne, demoniczne.
 Na pysku wadery niemal zawsze widnieje delikatny, nieodgadniony uśmiech. Dallam potrafi żywo okazać emocje, ale gdy wymaga tego sytuacja, stara się je powściągać. Uwagę zwracają również uszy, gwałtownie zwężające się od połowy ku górze.
Całe ciało pokrywa średniej gęstości futro, trochę grubsze na szyi, piersi i ogonie. Umaszczenie ciała to odcienie jasnego i ciemnoszarego brązu, przy czym najciemniejszy jest nos, czoło, uszy, grzbiet od przednich łopatek po nasadę ogona, oraz łapy, zaś najjaśniejsze - końce futra na policzkach, szyi, brzuchu i ogonie. Na żebrach i jasnej części puchatego ogona dostrzec można ciemne cętki. Kiedy Dallana używa swoich mocy, zarówno tej pochodzącej od talizmanu, jak i od żywiołu, na obu jej bokach, nad łokciami pojawiają się paski sierści w kolorach odwróconej tęczy.

Głos:
Jej aksamitny, dźwięczny głos jest opanowany. Wadera nie krzyczy i nie podnosi głosu za bardzo, ponieważ potrafi mówić wystarczająco dobitnie i wyraźnie, by zostać zrozumiała. Wściekłej Dall głos zaczyna nieopanowanie drżeć, mówi szybciej niż normalnie. Śpiewając, dobrze operuje głosem, wydobywając gładkie, melodyjne dźwięki. Ma dość szeroką skalę.

Cechy Fizyczne:
Alfa od małego stara się zachować formę, dzięki czemu całkiem dobra z niej biegaczka. Szczupła wadera ma dobry refleks i zmysł równowagi, ale z powodu krótkich pazurów cechuje się słabą przyczepnością, co szczególnie uciążliwe bywa w zimie. Jest silna na tyle, by skacząc, powalić kogoś jej rozmiaru. Dall ma również czuły zmysł dotyku, nie masz szans musnąć ją czy trącić koniuszek ogona niespostrzeżenie. Niewielu wie, że wadera ma łaskotki.

Charakter:
Najbardziej swobodna jest w nieoficjalnej atmosferze codziennego życia. Ciekawa, chętnie poznaje nowe wilki. Dall lubi otaczać się osobami, na które może liczyć. Ceni sobie lojalność i odwzajemnia tym samym. Jeśli ktoś ją wystawi, niech nie liczy na ciepłe powitanie przy najbliższym spotkaniu. Lepiej, by miał solidne wytłumaczenie.
Czasem humor potrafi jej zepsuć nawet zwykłe poślizgnięcie się na lodzie. Wytrącona z równowagi, staje się uszczypliwa nie tylko dla sprawców gniewu. Nie stara się każdemu przypodobać i potrafi powiedzieć, co sądzi o osobie, która ją mocno zirytuje.
Niekoniecznie jest obrażalska, raczej gniewna. Stara się podejmować mądre decyzje, chociaż gdy jest zła, może zrobić coś, czego potem żałuje. Gdy wpadnie w prawdziwą furię, lepiej zabrać sprawcę z zasięgu jej wzroku i kłów, bo traci nad sobą panowanie. Wtedy rzadko lub na chwilę podnosi głos, nie krzyczy. Mówi z pozornym spokojem, jej głos drży, cała potrafi drżeć, a oczy alfy stają się zimne i niemal czarne. Potrzebuje chwili by ochłonąć lub się na czymś wyżyć, po czym można kontynuować rozmowę. Nie lubi, gdy ustala się coś ważnego bez jej udziału, dlatego nawet chora, stara się przychodzić na spotkania.
Dallam usłyszała kiedyś, że jest małomówna, ale tak powiedzieć może tylko osoba, która rzadko ją widuje w towarzystwie. Ansuza faktycznie nie czuje potrzeby pustej gadki dla samego gadania, lecz nie ma nic dziwnego, kiedy w trakcie rozmowy w grupie milczy przez cały czas i nagle zabierze głos, nie oszczędzając w słowach; podsumowując, co powiedzieli przedmówcy lub wyrażając swoją opinię na dany temat. Jest dobrym słuchaczem, a kiedy już zabiera głos w trakcie dyskusji to wtedy, gdy dysponuje odpowiednią argumentacją. Potrafi przedstawić swoją sprawę w logiczny sposób. Jest zdania, że nie zrozumie, kto nie chce zrozumieć - takie przypadki ją drażnią.
Z natury niecierpliwa, Dallam stara się opanować tę cechę, z różnym skutkiem, zależnie od jej humoru. Jest z natury aktywna, żywa - męczy się, będąc w jakikolwiek sposób zmuszana do bierności i nudy. Jeśli chodzi o własne obrażenia, tu również nie należy do cierpliwych, w czym nie pomaga wyczulony zmysł dotyku. Kiedy jest w opałach, niezbyt entuzjastycznie podejdzie do pomocy ze strony obcego lub darzonego niechęcią wilka, ale jeśli innego wyjścia nie ma, cóż poradzić.
Pełniąc rolę ansuzy, sprawy stara się rozwiązać rzeczowo i konkretnie, denerwuje ją owijanie w bawełnę i niezrozumiała mowa. Nie znosi lekceważenia w stosunku do tego co mówi.
Nie nadużywa, ale też nie czuje specjalnych oporów przed zadaniem ran czy wykorzystaniem swoich zdolności w razie potrzeby. 
Dallana nie ukrywa swoich uczuć, chyba że sytuacja wymaga robienia dobrej miny do złej gry. Jest śmiała w kontaktach. Nie stroni od basiorów, ani nie zgrywa płochej sarenki w ich towarzystwie. Chce czerpać przyjemność z życia, którym została obdarzona, ceni sobie nawet drobne przyjemności. Gdy jest zmęczona fizycznie lub psychicznie, udaje się w spokojne, piękne miejsce. Wycisza się, ciesząc zmysły wszystkim, co ją otacza. Nie zawsze jest to kontemplacja ciszy; wadera lubi wsłuchiwać się w odgłosy natury lub śpiewać.

Lubi:
| drobne przyjemności | kwiaty | gorące kąpiele | górskie widoki | suszone owoce | miętę | maliny | tulipany | muzykę i śpiew |

Nie lubi:
| Nieprzyrządzonego mięsa - woli poświęcić dodatkowe parę chwil i je upiec | jedzenia w pośpiechu | deszczu | zimnej wody | śniegu | lodu | zimy | papierkowej roboty | 

Historia:
Urodziła się i wychowała tutaj, w Berkanan. Druga z miotu, więc jej przeznaczeniem nie było zostanie ansuzą. Jako, że dwie młodsze siostry zostały odesłane na wychowanie do wujka, wadera znalazła towarzystwo wśród różnych wilków, w tym o rok młodszej, młodej dagaz. Jej mentorką została lokalna artystka, po niej miała odbyć drugi termin - u myśliwego. Dallana czuła się wolną dusza w watasze, rzadko kiedy odczuwając bycie dzieckiem alf.
Zdarzyło się, że wraz z bratem i przyjaciółką wybrali się w rejs. Po powrocie, zastali watahę zdziesiątkowaną. Wadery natychmiast zostały oddzielone od Saaina, zastępującego zmarłych rodziców. Brat wadery odszedł niedługo po nich, jako jedna z ostatnich ofiar choroby. Czasu na żałobę nie było wiele. Dallana musiała zrezygnować z dotychczasowego życia i zostać ansuzą. Postanowiła nie rozpaczać z powodu przeszłości, mysleć o tym, co jest, nie o tym, co było.

Rodzina:
Matka - Teneti, 
Ojciec - Brun, 
Brat - Sain. Dla Saina rodzice byli bardziej krytyczni, wymagano od niego więcej, jako od młodego ansuza. Dallanie poświęcano mniej uwagi, ale też więcej rzeczy uchodziło jej płazem. Mimo wszystko, między rodzeństwem panowała zgoda, Dallam zawsze mogła liczyć na pomoc brata, który przekomarzał się z nią, nazywając Jelonkiem. Wszyscy troje umarli w wyniku epidemii, tak jak dwóch wujów i kilkoro kuzynostwa. Pomijając daleką rodzinę oraz dwie siostry gdzieś w innych watahach, Dall nie ma już żadnej rodziny.
Siostry - Nicea i Sansa. To pozostałe szczenięta z miotu. W wieku sześciu miesięcy zostały oddane pod opiekę pary alfa odległej watahy, gdzie rządy sprawuje kuzyn Bruna i tam już zostały.

Partner:
Jeszcze nikt nie zdobył jej serca na tyle, by wiązać się na stałe.

Relacje:
Sunset - przyjaciółka. Dallam darzy ją zaufaniem. Wiele razy pomagały sobie w kłopotach i przeżyły razem sporo radosnych i smutnych chwil.

Lokum:
Jaskinia Dallam mieści się w północno-wschodniej części watahy. Okoliczne tereny tylko nieznacznie się wznoszą lub opadają, spacer tam nie jest więc wyczerpujący. Prowadzi do niej kamienista ścieżka, grota otoczona jest dębami, bukami oraz wysokimi sosnami. W przestronnym wnętrzu, z jasnoszarej ściany naprzeciw wejścia, bije źródełko pełne drobnych cząsteczek, świecących perłowo-złotym blaskiem. Woda spływa strumykiem, przecina jaskinię na pół i w tajemniczy sposób nigdy ani kropla nie prysnęła poza koryto. Nawet ta ściekająca po ścianie, płynie gładkim, spokojnym torem, jakby była w niewidzialnej i niewykrywalnej rurze. Zaczerpnięta w naczynie staje się najzwyklejszą, czystą wodą. W pobliżu wejścia woda spływa w wyżłobionym, podziemnym tunelu, co w połączeniu z wczepionymi w ściany  białymi kryształami, błyszczącymi wewnętrznym blaskiem i w świetle zawieszonych wysoko lampionów, daje ciekawy efekt i sprawia, że nigdy nie bywa tam ciemno.
Po lewej stronie jest wykuty ze skały piec z podobną metodą stworzonym kominem oraz licznymi półkami. Podłoga na prawej połowie jaskini przykryta jest fioletowym dywanem. W niedużej wnęce znajduje się miękkie posłanie, a na nim czarna skóra z niegdyś zabitej bestii o miękkim, gęstym futrze. Pomiędzy piecem a źródłem, oraz źródłem a wejściem do "sypialni" Dallam znajdują się dwie kanapy, różnie przestawiana jest też wielka, zbita, okrągła poducha, służąca również za siedzisko. Pośrodku stoi stół na czterech nogach, między którymi przepływa magiczna woda, przy nim dwa krzesła. Wnętrze jest przestronne i jasne, strop wysoki. 

Sprawności:
Szybkość | 48
Refleks | 21
Siła | 36
Wytrzymałość | 19


Jery: 260
Rzeczy z targu: brak.

Upomnienia: 0/3
Kontakt: liwana.zoe@gmail.com