Idąc przez lasy, zastanawiałam się, czy aby na pewno nie zgubiłam szlaku. Nie chciałam się jednak do tego przyznać, więc szłam prosto, jakby nigdy nic. Maluch, jak on to zwykle robił, gadał. Ciągle coś paplał, zmieniając co chwilę tematy. Tak po nich skakał, że mimo szczerych chęci wysłuchania go, nie rozumiałam, o czym mówi. Co jakiś czas przytakiwałam głową lub odpowiadałam, jeśli akurat złapałam wątek. W pewnym momencie, gdy mój wzrok ze skupieniem został skierowany na szczyt góry, usłyszałam pisk. Gwałtownie odwróciłam się w stronę małego towarzysza. Ten szlochał i zwił się w kulkę, trzymając się za prawą, tylną łapkę, ciągle się kołysząc z bólu.
- Roby! – Zawołałam, jakby miało to coś dać. – Co się stało? – Podbiegłam jak najszybciej do dziecka.
Mimo że jęczał, zdołałam usłyszeć, jak mówi, że nic mu nie jest. Oczywiście mu nie wierzyłam. Położyłam się na brzuchu, żeby być jego wysokości. Przysunęłam go do siebie, lekko się podnosząc, po czym zaczęłam go dyskretnie uciszać. Płacz nie ustawał, więc delikatnie zaczęłam go uciszać, pocieszając, że wszystko będzie dobrze. Ten jeszcze chwile szlochał, lecz po chwili się uspokoił. Postanowiłam, że to dobry moment:
- Mogę zobaczyć? – Spytałam łagodnie, lecz ten nie odpowiedział.
Nie odpowiedział. Byłam więc zmuszona zrobić to bez jednogłośnego pozwolenia. Wsunęłam pazury, po czym skierowałam prawą łapę do malucha. Powoli i delikatnie zaczęłam wyjmować ranną łapę, żeby zobaczyć, co się stało. Nie opierał się, więc uznałam to za otwartą furtkę. Nagle, gdy zobaczyłam lekkie skaleczenie i krew, obudził się u mnie instynkt drapieżnika. Próbując go opanować, zaproponowałam małemu, żebyśmy poszli nad jakieś źródło ją przemyć, wcześniej uprzedzając, iż medykiem nie jestem. Do watahy było daleko, a nie mogłam pozwolić, by małe skaleczenie było winne tragedii myśliwego. Nie pokazywałam jednak tego, że uważał małą ryskę za błahostkę.
- Jak to się stało?
Ten przetarł łapą oczy z łez, po czym odpowiedział:
- Stanąłem na jakiś ostry kamień. Strasznie boli.
- Rozumiem, ale nie martw się. Do wesela się zagoi. – Na moim pyszczku pojawił się uśmiech, który został odwzajemniony.
- A teraz trzeba rannego jakoś przenieść.
- Może będę chodził na trzech łapkach?
- Może wejdziesz na tych trzech łapkach na moje plecy? No, chyba że jesteś ciężki.
- Jeżeli nie pochłonąłem masy tego kamienia i jego kolegów, to raczej nie. – Zaśmiał się.
Następnie się położyłam na brzuchu, aby króliczek mógł wejść. Ten natomiast wybił się na tylnych łapach, upadając później w poprzek na brzuch. Przekręcił się tak, żeby widzieć, co jest przed nami, po czym jęknął:
- Ale mnie nie upuścisz?
- Nie upuszczę.
- No to ruszajmy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Krew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarna Krew. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 kwietnia 2017
czwartek, 30 marca 2017
Od Sunset: "Czarna krew i maluch (III Historia)"
- Twój brat? A gdzie on teraz jest?
- Mówiłem przecież. – Przekręcił oczami. – Zgubiłem ich.
Tak, faktycznie. Mówił już. Chciałam tylko nie zadręczać się myślą zabójcy.
- Pomogę Ci. – Należało się odwdzięczyć.
- Super! – krzyknął entuzjastycznie, po czym skoczył, robiąc półobrót.
Myśl o byciu mordercy dawała o sobie znać. Nie miałam jednak zamiaru jej zatrzymywać. Tak, byłam mordercą i to naturalne. Byłam w końcu drapieżnikiem, a zwierzęta od czasu do czasu jadłam. Nie to mnie jednak najbardziej zabolało. Mama tego maluszka uważała, że nie każdy drapieżnik jest zły.
- Najpierw powiedz, mały… Gdzie ostatnio widziałeś swoją rodzinę?
- Nie wiem… - Od razu na jego słodkiej buźce pojawił się smutek.
- Może jednak coś sobie przypominasz? Może wiesz, gdzie Twoja rodzina ma norę bądź co tam innego?
- Nie… - Westchnął. – Ale czekaj! Tak, przypominam sobie.
- Tak? I gdzie?
- Ale to daleko.
- Trudno. Zdradzisz mi w końcu, gdzie?
- Tak. – Kiwnął głową. – Za górami.
- Górami? - Zastanowiłam się chwilę. - Tamtymi? – wskazałam łapą za zwierzaka na Góry Ryferyjskie.
- Tak, chyba tak. Niedaleko lasu grzybów.
- Las grzybów? Istnieje coś takiego?
- Tak. – Przytaknął. – Takie ogromne, kolorowe grzybki. Jak mi pomożesz, to Cię po tym lasku oprowadzę.
- Z wielką chęcią obejrzę wielkie grzybki. – Uśmiechnęłam się, co chwilę później odwzajemnił maluch.
Poszukiwanie jego rodziny może i nie było mi na łapę, ale chociaż w tym samym kierunku się znajdywała, w który ja chciałam się udać. Skoro króliczek mieszka w tamtejszych terenach, może mi pomoże w znalezieniu lekarstwa? W pewnym momencie nawet straciłam ten cel. Cel, w którym miał mi pomóc. Rozmowa z nim była niezwykle przyjemna. Z łatwością można było dostrzec u niego dojrzałość, lecz zarazem dziecięcy wiek. Idąc przez las, nie było cicho. Był strasznie gadatliwy, co sprawiało, że pustą przestrzeń wypełniał jego entuzjastyczny głos. Im lepiej go poznawałam, tym wyrzuty stawały się większe i coraz mniej znośne.
Nie zauważyłam nawet, jak dzień szybko minął. Kiedy już Słońce dawno zasnęło, na jego miejscu pojawił się księżyc. Mały zaczął coraz mniej gadać, a podczas przerw ziewać. Wiedząc, że jest zmęczony, zaproponowałam:
- Już jest późno. Może pójdziemy spać? Jutro z samego świtu ruszymy szukać Twojej rodziny.
- Nie trzeba. – Powiedział, po czym ziewnął.
- Na pewno? Widzę, że chcesz odpocząć.
- No dobra… Ale jutro od razu po pobudce szukamy mamy, taty, sióstr, braci, wujków, cioć, dziadków…
- Zrozumiałam. – Przerwałam mu, uśmiechając się przyjaźnie. W tym samym czasie maluch wybuchnął śmiechem. Był tak pozytywny… Zazdrościłam mu tego.
- Może tu się położymy? – Wskazał małym paluszkiem pod drzewo, które znajdowało się parę metrów od nas.
- Jasne. W sumie nie jest teraz aż tak zimno.
Poszliśmy w wyznaczone miejsce, wymieniając się jeszcze paroma zdaniami, by wkrótce potem położyć się niedaleko siebie i zapaść w nieubłagany sen.
- Mówiłem przecież. – Przekręcił oczami. – Zgubiłem ich.
Tak, faktycznie. Mówił już. Chciałam tylko nie zadręczać się myślą zabójcy.
- Pomogę Ci. – Należało się odwdzięczyć.
- Super! – krzyknął entuzjastycznie, po czym skoczył, robiąc półobrót.
Myśl o byciu mordercy dawała o sobie znać. Nie miałam jednak zamiaru jej zatrzymywać. Tak, byłam mordercą i to naturalne. Byłam w końcu drapieżnikiem, a zwierzęta od czasu do czasu jadłam. Nie to mnie jednak najbardziej zabolało. Mama tego maluszka uważała, że nie każdy drapieżnik jest zły.
- Najpierw powiedz, mały… Gdzie ostatnio widziałeś swoją rodzinę?
- Nie wiem… - Od razu na jego słodkiej buźce pojawił się smutek.
- Może jednak coś sobie przypominasz? Może wiesz, gdzie Twoja rodzina ma norę bądź co tam innego?
- Nie… - Westchnął. – Ale czekaj! Tak, przypominam sobie.
- Tak? I gdzie?
- Ale to daleko.
- Trudno. Zdradzisz mi w końcu, gdzie?
- Tak. – Kiwnął głową. – Za górami.
- Górami? - Zastanowiłam się chwilę. - Tamtymi? – wskazałam łapą za zwierzaka na Góry Ryferyjskie.
- Tak, chyba tak. Niedaleko lasu grzybów.
- Las grzybów? Istnieje coś takiego?
- Tak. – Przytaknął. – Takie ogromne, kolorowe grzybki. Jak mi pomożesz, to Cię po tym lasku oprowadzę.
- Z wielką chęcią obejrzę wielkie grzybki. – Uśmiechnęłam się, co chwilę później odwzajemnił maluch.
Poszukiwanie jego rodziny może i nie było mi na łapę, ale chociaż w tym samym kierunku się znajdywała, w który ja chciałam się udać. Skoro króliczek mieszka w tamtejszych terenach, może mi pomoże w znalezieniu lekarstwa? W pewnym momencie nawet straciłam ten cel. Cel, w którym miał mi pomóc. Rozmowa z nim była niezwykle przyjemna. Z łatwością można było dostrzec u niego dojrzałość, lecz zarazem dziecięcy wiek. Idąc przez las, nie było cicho. Był strasznie gadatliwy, co sprawiało, że pustą przestrzeń wypełniał jego entuzjastyczny głos. Im lepiej go poznawałam, tym wyrzuty stawały się większe i coraz mniej znośne.
Nie zauważyłam nawet, jak dzień szybko minął. Kiedy już Słońce dawno zasnęło, na jego miejscu pojawił się księżyc. Mały zaczął coraz mniej gadać, a podczas przerw ziewać. Wiedząc, że jest zmęczony, zaproponowałam:
- Już jest późno. Może pójdziemy spać? Jutro z samego świtu ruszymy szukać Twojej rodziny.
- Nie trzeba. – Powiedział, po czym ziewnął.
- Na pewno? Widzę, że chcesz odpocząć.
- No dobra… Ale jutro od razu po pobudce szukamy mamy, taty, sióstr, braci, wujków, cioć, dziadków…
- Zrozumiałam. – Przerwałam mu, uśmiechając się przyjaźnie. W tym samym czasie maluch wybuchnął śmiechem. Był tak pozytywny… Zazdrościłam mu tego.
- Może tu się położymy? – Wskazał małym paluszkiem pod drzewo, które znajdowało się parę metrów od nas.
- Jasne. W sumie nie jest teraz aż tak zimno.
Poszliśmy w wyznaczone miejsce, wymieniając się jeszcze paroma zdaniami, by wkrótce potem położyć się niedaleko siebie i zapaść w nieubłagany sen.
piątek, 24 marca 2017
Od Sunset: "Czarna krew i niewinny maluch (Historia III)"
Mrok jak zwykle gości w moim otoczeniu. Pochłania całe światło, które niewinnie przed nim ucieka, stając się coraz bledsze. Chwilę potem nie ma już nic. Gwałtownie obracam się wokół własnej osi, powiewając swoją grzywką, która nieraz spada mi przed oczy. Mimo że nic za nimi nie widać, zdezorientowana i pełna przerażenia miałam nadzieję, że w końcu jasność wygra. Serce zaczęło mi być szybciej niż kiedykolwiek. W pewnym momencie stanęłam ze zwisającym łbem i szeroko otworzonymi oczami. Dysząc, przekręciłam lekko łebkiem w lewo. W tym samym momencie przez ułamek sekundy było jasno. Nie było widać mroku. Zauważyłam pewną odchodzącą postać. Ze zdziwieniem wyprostowałam się, po czym zaczęłam podążać w tamtym kierunku. W pewnym momencie, gdy podążałam w ciemności, zaczęłam się chwiać, tracąc równowagę. Ze strachem w oczach próbowałam ją jednak utrzymać. Znowu na chwilę pojawiło się światło, a wraz z nią sylwetka oddalającego się wilka. Im częściej się to powtarzało, tym gorzej się czułam. Jakbym się nagle przybliżała, a następnie oddalała. Ciszę zagłuszało mocne i szybkie bicie mojego serca. Coraz intensywniej zaczęłam mrugać, tracąc resztki energii. Po pewnym przechyleniu upadłam. Któryś raz z kolei pojawiła mi się postać wilka. Stała wiele metrów ode mnie. Próbowałam wyciągnąć w jej stronę łapę, gdy ta zaczęła się odwracać.
- Ej! – Usłyszałam czyiś młody głos. – Wstaniesz?
Kolejny sen. Nawet nie wiem, czy mogłam to nazywać snem. Może to był po prostu koszmar. Ktoś mnie wołał, więc przetarłam oczy łapami, po czym przekręciłam się na lewy bok. Rozmazany obraz zaczął mi się stopniowo wyostrzać. Przed moimi oczami ujrzałam niewyraźną, białą kulkę. Gdy już mój wzrok wrócił do normy, ku moim oczom ukazał się mały królik, patrzący na mnie, jak na zjawę.
- No, wstawaj! – Skoczył, robiąc obrót wokół własnej osi.
Mruknęłam, co brzmiało jak zdziwienie, po czym podpierając się przednimi łapami, usiadłam.
- Kim jesteś? – Spytałam.
- Jestem Roby. – Uśmiechnął się szeroko. – A Ty?
- Sunset. – Wiedziałam, że rozmawiam ze swoją ofiarą, lecz nie byłam głodna. Nie chciałam odbierać mu życia. – Ale co tu robisz? Czemu ze mną, drapieżnikiem rozmawiasz?
- Bo wiesz – zaczął – zgubiłem swoją mamę i rodzinę. Mama zawsze mówiła, że nie wszystkie drapieżniki są złe.
Nie chcąc doprowadzić do siebie myśli, że zabiłam mamę tego bezbronnego malucha, spytałam:
- Kiedy ostatni raz widziałeś mamę?
- Po tym, jak zaszło Słońce i wstał księżyc. Mój brat mówi na to wieczór.
sobota, 18 marca 2017
Od Sunset: "Czarna krew królika? (Historia III)"
Wzięłam ze sobą najważniejsze rzeczy. W sumie nic nie wzięłam… bo co miałoby być potrzebne do tej wędrówki? Błądziłam myślami, lecz nadal byłam świadoma swojego celu. Zastanawiałam się nad życiem, przeszłością. Niby temat, o którym się myśleć, a co dopiero mówić nie powinno, ale zazwyczaj nie zostaje Ci nic innego, jeśli od długiego czasu wędrujesz bez wiedzy, czy faktycznie to, co robisz, jest potrzebne. Zadeklarowałam się, więc poszłam. Im dłużej szłam, tym ciężej stawiałam kroki ze zmęczenia. Czekała mnie długa droga, a zdawałam sobie sprawę, że to, co przeszłam, jest niczym w porównaniu do odległości. Mimo swoich błędnych myśli wiedziałam, że pomagam myśliwemu z dobrej woli, nie obowiązku, jak to mógłby ktoś inny pomyśleć.
Zaczęło burczeć mi w brzuchu. Dźwięk był głośny i niezwykle irytujący. Najwyższa pora zapolować, bo nigdzie w okolicy owoców ani warzyw nie widziałam. Skręciłam za jednym z tysiąca drzew w poszukiwaniu ofiary. Nie zbaczałam jednak z trasy, żeby nie zgubić kierunku, mimo że umiałam je rozpoznać. Machając w tę w we w tę ogonem, mój nos był prawie przy ziemi, aby lepiej poznać zapach. Niewygodnie się szło, ale chociaż się opłaciło. W pewnym momencie poczułam króliczą woń. Podniosłam łeb i nastawiłam uszy, zdając się na słuch, który miałam o wiele lepszy. Słysząc szmer, odruchowo spojrzałam na miejsce, z którego on dochodził. Był to krzak. Powoli i bezszelestnie zaczęłam do niego podchodzić w pozycji walczącej. Kiedy wyjrzałam zza rośliny, zobaczyłam kicające zwierzę. Nie widziało mnie, więc ugięłam kończyny. Dziwne było, że królik się tu pałęta. Spodziewałabym się prędzej zająca. Nie narzekałam jednak. Bezbronny nie zdawał sobie sprawy, co za chwilę go spotka. W pewnym momencie wybiłam się, skacząc zza krzaka. Skierowałam przednie łapy na stworzenie. Ułamek sekundy później, moje przednie łapy zetknęły się z szyją zwierzaka. Przez rozpęd wraz z nim poleciałam do przodu, ocierając brzuchem o ziemię. Pył, który zrobiłam, zasłaniał mi widok oraz drażnił oczy. Mimo brązowej zasłony, dostrzegłam, jak królik próbuje uciec z moich uniesionych nad ziemią łap, szarpiąc się na lewo i prawo. Zamknęłam oczy, przekręcając łbem w prawą stronę, po czym zaczęłam go dusić, zaciskając łapy. Nie był wielkich rozmiarów, więc nie potrzebowałam do tego kłów. Próbowałam zrobić to delikatnie, więc schowałam pazury w ciągłej gotowości do ich wystawienia. Słysząc jęki, krzywiłam pysk. Nigdy nie lubiłam zabijać. W uszach zaczęło mi bębnić, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego. Nagle nastała cisza. Martwa cisza. Otworzyłam powoli oczy wolne od pyłu, po czym odwróciłam się w stronę ofiary. Łeb zwisał jej na moich łapach. Deliktanie odłożyłam ją na ziemię, po czym zabrałam się za robienie ogniska, żeby chociaż jej smak się nie zmarnował.
Zaczęło burczeć mi w brzuchu. Dźwięk był głośny i niezwykle irytujący. Najwyższa pora zapolować, bo nigdzie w okolicy owoców ani warzyw nie widziałam. Skręciłam za jednym z tysiąca drzew w poszukiwaniu ofiary. Nie zbaczałam jednak z trasy, żeby nie zgubić kierunku, mimo że umiałam je rozpoznać. Machając w tę w we w tę ogonem, mój nos był prawie przy ziemi, aby lepiej poznać zapach. Niewygodnie się szło, ale chociaż się opłaciło. W pewnym momencie poczułam króliczą woń. Podniosłam łeb i nastawiłam uszy, zdając się na słuch, który miałam o wiele lepszy. Słysząc szmer, odruchowo spojrzałam na miejsce, z którego on dochodził. Był to krzak. Powoli i bezszelestnie zaczęłam do niego podchodzić w pozycji walczącej. Kiedy wyjrzałam zza rośliny, zobaczyłam kicające zwierzę. Nie widziało mnie, więc ugięłam kończyny. Dziwne było, że królik się tu pałęta. Spodziewałabym się prędzej zająca. Nie narzekałam jednak. Bezbronny nie zdawał sobie sprawy, co za chwilę go spotka. W pewnym momencie wybiłam się, skacząc zza krzaka. Skierowałam przednie łapy na stworzenie. Ułamek sekundy później, moje przednie łapy zetknęły się z szyją zwierzaka. Przez rozpęd wraz z nim poleciałam do przodu, ocierając brzuchem o ziemię. Pył, który zrobiłam, zasłaniał mi widok oraz drażnił oczy. Mimo brązowej zasłony, dostrzegłam, jak królik próbuje uciec z moich uniesionych nad ziemią łap, szarpiąc się na lewo i prawo. Zamknęłam oczy, przekręcając łbem w prawą stronę, po czym zaczęłam go dusić, zaciskając łapy. Nie był wielkich rozmiarów, więc nie potrzebowałam do tego kłów. Próbowałam zrobić to delikatnie, więc schowałam pazury w ciągłej gotowości do ich wystawienia. Słysząc jęki, krzywiłam pysk. Nigdy nie lubiłam zabijać. W uszach zaczęło mi bębnić, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego. Nagle nastała cisza. Martwa cisza. Otworzyłam powoli oczy wolne od pyłu, po czym odwróciłam się w stronę ofiary. Łeb zwisał jej na moich łapach. Deliktanie odłożyłam ją na ziemię, po czym zabrałam się za robienie ogniska, żeby chociaż jej smak się nie zmarnował.
niedziela, 12 marca 2017
Od Sunset: "Czarna krew zaraża? (III Historia)"
Zadawałam sobie pytanie, o jaką maskę i fartuch chodziło. Ciemność panująca obok mnie, nie sprawiła, iż nie przestałam ich szukać. Łapą szurałam po ścianie w nadziei, że jednak tam się znajdują poszukiwane przeze mnie rzeczy. Mogłam normalnie spytać, gdzie są, ale jedynie odpowiedziałam „jasne". Nagle zamiast twardego materiału, poczułam coś, co jest elastyczne. Nie było wątpliwości, to było to, co od najbliższej chwili szukałam. Światło z pomieszczenia stawało się coraz jaśniejsze, więc obrys kształtu postaci widziałam. Zdjęłam z metalowego pręta wbitego w ścianę początkowo maskę, ponieważ była na wierzchu. Dwa, rozciągające się kawałki materiału zaciągnęłam za łeb w okolicach szyi, a przód, gdzie znajdował się front błękitnej maseczki, na czubek mojego pyszczka. Następnie sięgnęłam po fartuch z podobnego materiału. Nie wiem, w czym miał mi pomóc. W końcu była to tylko narzutka na plecy, którą zawiązywało się od spodu, żeby nie spadała. Po jej założeniu wróciłam do maszerowania w stronę medyka. Nie aż tak łatwo się oddychało, jak się można było spodziewać. Za to wzrok nie miał oporów, aby chwilę później dostrzec wyraźnie wilka i przyzwyczajać się do rażącej jasności. Dostrzegłam, że na samym środku znajduję się łóżko z burym basiorem, przywiązanym kończynami do jego krawędzi. Mimo tego tułowiem co chwilę podskakiwał do góry, szarpiąc skórzane paski, przykręcone do drewnianych belek. Nic oprócz tego w sumie się nie znajdowało w kwadratowym pomieszczeniu średniej wielkości. Jedynie Tor próbował go uspokoić, co jakiś czas wstrzykując coś pod skórę oraz wlewając siłą jakieś zioła do pyska, które pewnie miały myśliwego uspokoić. Gdy już dotarłam, z przerażeniem w oczach spytałam:
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i króliku. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnpyszczka. Następnie sięgnęłam po fartuch z podobnego materiału. Nie wiem, w czym miał mi pomóc. W końcu była to tylko narzutka na plecy, którą zawiązywało się od spodu, żeby nie spadała. Po jej założeniu wróciłam do maszerowania w stronę medyka. Nie aż tak łatwo się oddychało, jak się można było spodziewać. Za to wzrok nie miał oporów, aby chwilę później dostrzec wyraźnie wilka i przyzwyczajać się do rażącej jasności. Dostrzegłam, że na samym środku znajduję się łóżko z burym basiorem, przywiązanym kończynami do jego krawędzi. Mimo tego tułowiem co chwilę podskakiwał do góry, szarpiąc skórzane paski, przykręcone do drewnianych belek. Nic oprócz tego w sumie się nie znajdowało w kwadratowym omieszczeniu średniej wielkości. Jedynie Tor próbował go uspokoić, co jakiś zas wstrzymując coś pod skórę oraz wlewając siłą jakieś zioła, które pewnie miały myśliwego uspokoić. Gdy już dotarłam, z przerażeniem w oczah spytałam:
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i królikiu. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnie, wiedząc, że to obowiązek, jeżeli ktoś zginął i nie może pomóc.
- Nie chcę Cię wyganiać, ale jednak trzeba je jak najszybciej znaleźć.
- Oczywiście . - lekko się zaśmiałam, poczym odwróciłam i udałam się ku wyjściu.
- Dzięki. - powiedział, po czym mogłam stwierdzić, że znowu mu coś wstrzyknął, ponieważ krzyk był większy niż zwykle.
- Przykro mi z powodu asystenta. - powiedziałam, znikając wśród pochłoniętego ciemnością tunelu.
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i króliku. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnpyszczka. Następnie sięgnęłam po fartuch z podobnego materiału. Nie wiem, w czym miał mi pomóc. W końcu była to tylko narzutka na plecy, którą zawiązywało się od spodu, żeby nie spadała. Po jej założeniu wróciłam do maszerowania w stronę medyka. Nie aż tak łatwo się oddychało, jak się można było spodziewać. Za to wzrok nie miał oporów, aby chwilę później dostrzec wyraźnie wilka i przyzwyczajać się do rażącej jasności. Dostrzegłam, że na samym środku znajduję się łóżko z burym basiorem, przywiązanym kończynami do jego krawędzi. Mimo tego tułowiem co chwilę podskakiwał do góry, szarpiąc skórzane paski, przykręcone do drewnianych belek. Nic oprócz tego w sumie się nie znajdowało w kwadratowym omieszczeniu średniej wielkości. Jedynie Tor próbował go uspokoić, co jakiś zas wstrzymując coś pod skórę oraz wlewając siłą jakieś zioła, które pewnie miały myśliwego uspokoić. Gdy już dotarłam, z przerażeniem w oczah spytałam:
- Co mu jest?
- Trudno powiedzieć. - zaczął, chodząc w te i nazad po pokoju, po to, żeby robić mieszkankę ziołową. - Bełkocze o czarnej krwi i królikiu. Nigdy czegoś takiego nie spotkałem, więc nie mogę mu inaczej pomóc, jak wstrzykując leki, które mają obniżyć mu adrenalinę i podawać mu napoje na uspokojenie. To coś, coś... Nie umiem nawet tego zwięźle opisać, a pomoc jest jak najszybciej wskazana, bo biedaczek się wykończy.
- Rozumiem. - odpowiedziałam ze spokojem, gdy fioletowo-pomarańczowy robił preparaty. - Czyli nie można mu pomóc?
- Sam nie wiem... Ostatnią nadzieją jest znachorka poza terenami watahy, ale to kawał stąd. Przez epidemię nie mam asystenta, więc również nie mam, kogo wysłać po antidotum do niej.
- Ja mogę pójść. - oznajmiłam, gdy basior przyjrzał mi się uważnie.
- Dobrze, więc udaj się do Gór Ryferyjskich bardziej po ich północnej stronie. Ona w nich mieszka, podobno w grzybowym lesie, lecz nie na naszych terenach. To długa podróż, na pewno się na nią decydujesz?
- Tak. - odparłam pewnie, wiedząc, że to obowiązek, jeżeli ktoś zginął i nie może pomóc.
- Nie chcę Cię wyganiać, ale jednak trzeba je jak najszybciej znaleźć.
- Oczywiście . - lekko się zaśmiałam, poczym odwróciłam i udałam się ku wyjściu.
- Dzięki. - powiedział, po czym mogłam stwierdzić, że znowu mu coś wstrzyknął, ponieważ krzyk był większy niż zwykle.
- Przykro mi z powodu asystenta. - powiedziałam, znikając wśród pochłoniętego ciemnością tunelu.
sobota, 11 marca 2017
Od Sunset: "Czarna krew (III Historia)"
„Czarna krew” była czymś dziwnym, przerażającym, a zarazem intrygującym. Wiadomość o chorym myśliwym dotarła do mnie w miarę szybko. Wiedząc, że mogę się zarazić, ruszyłam w stronę medyka, aby całe zajście zobaczyć na własne oczy, a nie wierzyć plotkom, które często są mylne. Lepiąca się do łap ziemia nie była przyjemna, wręcz przeciwnie. Brudziła moje żółte futro, co było prawie że niewidoczne. Ogon miałam trochę nad ziemią, z tego powodu, z którego miałam brudne poduszeczki u łap. Mgła, która jeszcze panowała na terenach watahy, parę dni temu minęła, a szare, smutne niebo nabrało ciepłych barw, dzięki przebijającemu się przez białe chmury Słońcu. Był ranek, więc rosa rozprowadzała się po całych terenach, dając niewinny, przyjemny zapach. Drzewa w obecnym stanie nie mogły narzekać na brak wody, ponieważ topniejący się lód dawał jej aż nadto. Dobrze, że mchy cześć z wody pochłaniały- w końcu powodzie nie są miłe. Pełne barw ptaki szybowały w przestworzach bądź śpiewały śliczne melodię na gałęziach już powoli budzących się do życia drzew. Podczas lekkiego marszu mogłam zauważyć gdzieniegdzie na morenowych wzgórzach króliczki, sarny i te piękne, majestatyczne zwierzęta, jakimi są jelenie. Bardzo lubiłam napawać się wzrokiem w ich poroże. Wyglądały, jakby ktoś wybitny zrobił artystyczne kreski, pomiatając pędzlem w jedną i w drugą, a następnie dokładnie tak sama zdublował to po drugiej stronie. Zachwyt nad nimi sprawiał, że momentami sama chciałabym je posiadać, choć wiem, że one nawet do wilków nie pasują i żałowałabym tego. Po tym, jak ostatni z nich uciekł mi z pola widzenia, mogłam skupić się na drodze. Nawet nie dostrzegłam wtedy, że jestem na miejscu. Podchodząc coraz bliżej jaskini, słyszałam głośniejsze krzyki i jęki. Czasem nawet w moim umyśle gościła myśl, czy czasem nie zwariował i dlatego wygaduje bzdury, takie jak czarna krew. Westchnęłam, po czym nabierając większy oddech, wstąpiłam na próg siedziby medyka.
- Tor?- spytałam, wiedząc, że tutejsze echo doprowadzi moje słowa do basiora.
- Sunset? To Ty? Wejdź. - usłyszałam nieco drgający głos, powtarzający końcówkę parę razy, za każdym kolejnym coraz bardziej niewyraźne. Bardziej jednak zdziwiło mnie to, że po jednym, trzyliterowym słowie, który zagłusza jęk i krzyk, mnie rozpoznał. Faktycznie, wspominał kiedyś o tym, że umie bez problemu rozpoznawać dźwięki, ale mu nie wierzyłam do tego stopnia. Może to z zazdrości? Nie wiem.
Wiedziałam, że rzuciłam kostki i teraz tak sobie nie mogę wyjść. Dlatego też lekkim krokiem zaczęłam wchodzić w głąb coraz węższego, czarnego korytarza. W pewnym momencie wręcz nic nie widziałam. Ciemność opanowała moje oczy. Idąc prosto, obawiałam się, że trafię na ścianę i zaliczę z nią nieprzyjemne zbliżenie. Powoli jednak zaczęłam dostrzegać światło w pochłoniętym mrokiem tunelu. W głowie zadawałam sobie retoryczne pytania, znając odpowiedzi: „Czy to niebo mnie wzywa?”, „A może mam halucynacje?". Im bliżej się zbliżałam, tym mocniej światło dawało po oczach, odzwyczajonych już od niego. Zmuszając, do mrużenia ich, dostrzegłam powoli sylwetki wilków- leżącego i stojącego, który próbuje pacjenta uspokoić. Krzyki budziły przerażenie, co mnie niepokoiło. Nagle czarna, rozmazana jeszcze postać krzyknęła w moją stronę:
- Weź maseczkę oraz fartuch, żebyś się nie zaraziła. - po czym wrócił do uspokojenia myśliwego.
- Tor?- spytałam, wiedząc, że tutejsze echo doprowadzi moje słowa do basiora.
- Sunset? To Ty? Wejdź. - usłyszałam nieco drgający głos, powtarzający końcówkę parę razy, za każdym kolejnym coraz bardziej niewyraźne. Bardziej jednak zdziwiło mnie to, że po jednym, trzyliterowym słowie, który zagłusza jęk i krzyk, mnie rozpoznał. Faktycznie, wspominał kiedyś o tym, że umie bez problemu rozpoznawać dźwięki, ale mu nie wierzyłam do tego stopnia. Może to z zazdrości? Nie wiem.
Wiedziałam, że rzuciłam kostki i teraz tak sobie nie mogę wyjść. Dlatego też lekkim krokiem zaczęłam wchodzić w głąb coraz węższego, czarnego korytarza. W pewnym momencie wręcz nic nie widziałam. Ciemność opanowała moje oczy. Idąc prosto, obawiałam się, że trafię na ścianę i zaliczę z nią nieprzyjemne zbliżenie. Powoli jednak zaczęłam dostrzegać światło w pochłoniętym mrokiem tunelu. W głowie zadawałam sobie retoryczne pytania, znając odpowiedzi: „Czy to niebo mnie wzywa?”, „A może mam halucynacje?". Im bliżej się zbliżałam, tym mocniej światło dawało po oczach, odzwyczajonych już od niego. Zmuszając, do mrużenia ich, dostrzegłam powoli sylwetki wilków- leżącego i stojącego, który próbuje pacjenta uspokoić. Krzyki budziły przerażenie, co mnie niepokoiło. Nagle czarna, rozmazana jeszcze postać krzyknęła w moją stronę:
- Weź maseczkę oraz fartuch, żebyś się nie zaraziła. - po czym wrócił do uspokojenia myśliwego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)