Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobro jest względne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dobro jest względne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2017

Od Pierra c.d Dallany: "Dobro jest względne 9"

Jaszo. Dziękuję Ci.
Nie zaprzeczę, że nieraz modliłem się do Ciebie i wątpiłem czy naprawdę istniejesz.
Moje słowa wydawały się wtedy takie puste. Jak listy wysłane w świat bez określonego adresata. Wiele razy patrzyłem w niebo i sądziłem, że jesteś wielkim zegarmistrzem, który raz nakręcił świat i pozostawił go samemu sobie.
Teraz jednak, wszystko się zmieniło. Wyraźnie na ceremonii udowodniłeś, że jesteś. Teraz już wiem, że istniejesz. I wiem, że zamierzam Cię zwalczać.
Wypowiedziałem wojnę bogu...


***

Podczas ceremonii dołączenia poznałem wiele wpływowych osobowości.
Arcykapłana - Laycatina, wyglądającego jak niedożywiony, stary basior, jedna w jego oczach widziałem mądrość i doświadczenie.
Przywódcę stanowisk zwiadowczych - Cedę, o popielatej sierści i czerwonym pędzlu zwisającym z ucha.
Przywódcę stanowisk wojennych - Sorkę, z nią miałem już przyjemność się zapoznać.
To ich wpływy będę musiał zdobyć, aby najpierw stać się pełnoprawnym członkiem watahy, a później ich przywódcą. Zostaje jeszcze tzw. 'dagaza' - Sunset, której wzrok wystarczy, aby mnie obezwładnić... Tak, będzie z tym trochę zachodu, ale po to tu jestem. Pierwszy Wojownik do takich misji wybiera tylko najlepszych. A właśnie, czas napisać do niego list i wyjaśnić całą zaistniałą sytuację.


***


'Pierwszy Wojowniku,
Zadanie, które mi powierzyłeś stało się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Może zabrzmi to dziwnie, ale poczułem się tak, jakby sam Jasza rzucił mi kłodę pod łapy. Nie jest jednak awykonalne. Potrzebuję czasu. Obiecuję Ci jednak, że dopóki w moich żyłach pływa krew, a moje serce bije to wykonam powierzoną mi misję. Północ się ukorzy, takie jest jej przeznaczenie.
Mentor Wichru Pustyni - Pierro'


***


Postanowiłem wrócić do Przystani i znaleźć szpiega, o którym mówił Pierwszy przed moim wypłynięciem. Tylko jest jeden problem.
Nie wiem kompletnie jak on wygląda, czy nawet jak go znaleźć. Może zostałem wystawiony do wiatru? Nie, to niemożliwe. Słowa mojego Dowódcy zawsze są prawdziwe i bezsprzeczne.
Może poznam go po karnacji. Tu w Berkanan wilki są bardziej blade. Ale to i tak mało.
Znam jeszcze jeden sposób jak choćby zbliżyć się do informacji o owym szpiegu. Porozmawiam z Marcellem, oczywiście o ile jeszcze nie wypłynął.


***


Jego statek jeszcze nie odpłynął.
Stałem przed drzwiami tawerny, tuż przy dokach. Nagle z jej wnętrza zaczęły dochodzić jakieś krzyki.
Drzwi tawerny otworzyły się z impetem i wyleciało z nich kilka pijanych basiorów. Za nimi pojawiła się dobrze znana mi postać.
- Następnym razem łapy z dupy powyrywam i wsadzę w rzyć, aż wam gębą wyjdą! - krzyknął wilk z irokezem.
Gdy mnie zauważył przywitaliśmy się serdecznie i zaprosił mnie do środka. Warknął jeszcze na wyrzuconych wilków podczas zamykania drzwi.
- Pierro! - krzyknął Marcello przy ladzie - Szybki jesteś! Zabrać Cię tym razem w drugą stronę? - buchnął śmiechem.
Podszedłem do niego bliżej, aby żaden z jego kompanów nie słyszał o czym mówimy.
- Marcello, czy możemy pomówić na osobności?
- Mam dziwne przeczucie, że zaraz się zrobi nieprzyjemnie - skomentował wilk i powoli przeszedł do małego, zamykanego pokoiku na zapleczu.
- A więc, o co chodzi? - spytał
- Dużo podróżujesz po świecie, to może wiesz kto stąd jest w kontakcie z Dowódcami i Pierwszym Wojownikiem z Pustynnej Włóczni?
Westchnął mówiąc:
- Czyli kto tu jest szpiegiem, ta?
- Użyłem trochę łagodniejszego określenia, ale tak. - potwierdziłem.
- Szczerze mówiąc? Stoisz przed jednym z nich.
Hmm, jakbym to już słyszał.
- Znaczy, owszem jestem, ale tylko wtedy, gdy kursuję na tych wodach. Nie lubię być przywiązany do jednego miejsca.
Wyciągnąłem list.
- Czy mogę liczyć na twoją dyskrecję? - spytałem.
- Oczywiście. A tak z czystej ciekawości. Co się stanie, jak ten list nie trafi do właściwego adresata?
- Wtedy cię znajdę i zabiję. - odpowiedziałem bez namysłu.
- No cóż, ryzyko zawodowe... A co z zapłatą?
- Dowództwo pokryje wszelkie koszty twojej wyprawy.
- No, to rozumiem.
Otworzył drzwi i krzyknął:
- Chłopcy zbierać się! Jutro odpływamy!
- Bywaj Marcello. - pożegnałem się.
Gdy wychodziłem z karczmy miałem dziwne wrażenie, że kelnerka patrzyła się na mnie podejrzliwym wzrokiem. Mam nadzieję, że nie podsłuchiwała, bo zrobi się nieprzyjemnie.
To teraz muszę zacząć pozyskiwać wpływy laguzów.


cdn.

niedziela, 14 maja 2017

Od Dallany c.d. Pierro: "Dobro jest względne 8"

Kompletnie nie wiedziałam, z kim mam do czynienia.
- Stoisz przed nią. - rzuciłam tylko, on zaś w odpowiedzi ukłonił się, przywołując na twarz nieprzyjemny grymas.
- Nazywam się Pierro, syn Abbada. Najmocniej przepraszam, jestem na Północy od niedawna. Jeszcze nie przyswoiłem wszystkich waszych zwyczajów.
Jakich zwyczajów, pomyślałam, czyżby w jego stronach nie znano słowa 'proszę'? Do każdego obcego jest taki?
Również się przedstawiłam, bacznie przyglądając osobnikowi. Był potężnej postury; moja pierwsza myśl była taka, że z pewnością ten basior nie lubi z nikim się cackać. Moją uwagę przykuły również oczy - były w dwóch różnych, wyrazistych kolorach. Piękne. Nie zarejestrowałam nikogo poza naszą dwójką, mimo to wolałam uważać.
- W jakiej sprawie mnie szukałeś, Pierro? - postanowiłam od razu przejść do rzeczy. Im szybciej załatwię tę sprawę, tym szybciej wrócę do swoich planów... Przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zdradził mi celu wizyty.
- Przywódco Wilków, chciałbym do was dołączyć. - powiedział, wciąż tonem nadętego posła lub innej 'osobistości'.
- Możesz mówić mi po imieniu, Pierro - co tym razem ci nie pasuje, że mrużysz brwi...- jak zwykle jesteśmy otwarci na nowe wilki, nie będzie więc problemu z twoim dołączeniem.
- Tak po prostu? - spytał, lekko zdziwiony.
- Cóż, tak. A jak inaczej?
- Nie sprawdzacie, czy obcy jest wystarczająco dobry, by móc zasilić wasze szeregi?
- Gdybyśmy mieli każdego testować, połowę populacji stanowiłyby wilki w okresie próbnym. Jeśli bogowie cię nie zabiją, to raczej nie ma problemu.
- Idziecie na łatwiznę.
- Ja to widzę nieco inaczej.
- Typowe dla wader - stwierdził kwaśno.
- Chodź zatem do jaskini. - rzuciłam oschle, ignorując jego słowa.
W kominku wciąż leżały rozżarzone węgielki. Kazałam basiorowi się rozgościć. Wzięłam do miski nieco wody i oblałam żar, który zgasł z sykiem.
Odwinęłam z łapy talizman i podeszłam do jednego z kryształów. Małe, niebieskie kamyczki rzuciły delikatną tęczę, która zmieniła się w nieco rozmazany fantom wilczej głowy.
- Ansuzo? - spytała nieco nieprzytomnie wadera. Gdzieś obok usłyszałam mruknięcie brzmiące trochę jak "kolejna", ale nie byłam pewna, czy to u mnie, czy u mojej rozmówczyni.
- A kto? Słuchaj, Rail. Zwołaj laguzów i Sunset do świątyni za dwie..
- Sunset udała się na...
- Wiem, gdzie się udała. - tym razem to ja jej przerwałam, przewracając oczami - Masz jej przekazać, że za trzy godziny oczekuję ją w świątyni, o resztę się nie martw.
- Tak jest! - dopowiedział cichutki głosik, gdy zerwałam połączenie. Talizman wrócił na swoje miejsce. Gość siedział sztywno, wbijając we mnie spojrzenie. Nie odwrócił wzroku, gdy napotkał moje.
- Czy ja jestem jedynym basiorem na tych ziemiach?
- Idziemy. Choć jest trochę czasu, może zbiorą się szybciej, to szybciej będziesz mógł udać się na poszukiwanie basiorów, skoro tak bardzo ich pragniesz.
Nie obejrzałam się za siebie, słysząc ciche warknięcie. Skrzywiłam się, myśląc o mojej kładce, zalanej przez rzekę. Nie minie nas przechadzka po błotnistych łąkach, skoro Matka tak wezbrała. W sumie miałam szczęście, że aż do wczoraj mogłam przejść tamtą drogą względnie suchą łapą.
Pierro zrównał ze mną krok. Szliśmy średnio szybkim marszem. Nie było to moje tempo - wolałabym pokonać większy odcinek biegnąc, a potem odpocząć, lub iść wolniej. Gdy dotarliśmy na podmokłe tereny, z ulgą zobaczyłam, że ścieżka jest niemal nienaruszona. Podeszłam do koryta, by złapać oddech pod pretekstem napicia się. Woda była nieprzyjemna i zimna. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Basiorowi ewidentnie nie spodobały się podmokłe tereny, coś więc nas łączyło.
Dotarliśmy na miejsce. Nowy rozejrzał się, ciekawy, gdy tymczasem ja przywitałam się z Laycatinem i Cedą. Wkrótce dołączyli pozostali, w tym Sunset, na widok której nowy wilk zastygł. Sun, widząc to, tylko zmarszczyła brwi i skrzyżowała ze mną spojrzenie. Zrozumiałam, że powie mi coś później. Czekaliśmy tylko na Sorkę, która wciąż się nie zjawiała. Nikt nic nie wiedział. Poczekaliśmy jakiś kwadrans od ustalonego czasu. Pierro rzucił mi krytyczne spojrzenie... Tak, spóźnienie się jednego z laguzów raczej nie dodało mi nic w jego oczach. Co mnie obchodzi jego opinia? Zdecydowałam wprowadzić go do społeczności w wybrakowanym składzie.
Weszłam lekkim krokiem do świątyni. W ciszy zbliżyłam się do figur. Zamknęłam oczy.
- Bogowie, przyjmijcie proszę basiora o imieniu Pierro do watahy Wilków Berkanan.
Spojrzałam w miejsce, gdzie w blasku z nicości zaczęła zbliżać się do mnie uśmiechnięta Berkanan. Pokłoniłam się, zapominając o złości i przyjęłam z jej łap misternie wykonany talizman. Bogini zniknęła, a ja ostrożnie położyłam dar na ołtarzyku, w myślach dziękując za niego. Wróciłam na zewnątrz, by zwołać resztę. Pierro omiótł wzrokiem świątynię. Zaraz też do wnętrza wślizgnął się szary cień. Czyli mamy komplet.
Stanęliśmy w kręgu dookoła wilka.
- Jak się nazywasz? - spytałam, aby przedstawił się wszystkim obecnym.
- Pierro, syn Abbada z Pustynnej Włóczni! - niemal krzyknął.
- Czy masz przyjazne zamiary? Będziesz wiernym członkiem watahy?
- Tak. - powiedział niewiele ciszej, niż wcześniej.
- Czy masz czyste sumienie?
- Tak.
Właściwie nie musiałam zadawać trzeciego pytania, ale chciałam zobaczyć, czy zawaha się przed odpowiedzią. Jego ton był jednak równie pewny co wcześniej. Wzięłam przeznaczony dla basiora talizman i zawiesiłam mu na szyi. Jak zawsze, na chwilę zniknął w białej poświacie, lecz niespodziewanie rozniosła się ona jak fala, omal mnie nie przewracając. Pierro przez chwilę leżał na ziemi, lecz natychmiast poderwał się na równe łapy.
- Jego talizman... - szepnął ktoś. Faktycznie zniknął, a przecież przed chwilą znajdował się na szyi. Zwróciłam uwagę na szary pył na ziemi i futrze wilka.
- Nie wiem, o co chodzi, ale właśnie straciłeś talizman.
- Ale przecież Berkanan przyniosła go, co znaczy, że akceptuje nowego wilka. - stwierdziła Sun.
- Co nie zmienia faktu, że Jasza niezbyt mu sprzyja. Nie uznał go jako pełnoprawnego wilka Berkanan. Bez tego talizmanu Pierro może być jedynie othanal - odparowałam.
- Nawet sam Jasza nie powstrzyma mnie przed misją. - powiedział uroczyście Pierro, zdejmując wisior z metalowym kółkiem i jakimś znakiem, następnie unosząc go w moim kierunku - To będzie mój talizman. Udowodnię, że jestem godzien bycia pełnoprawnym członkiem tej watahy.
Nie można zmienić w talizman wszystkiego, co się chce. Przyjęłam mimo to wisior, położyłam na ołtarzyku i bez większego przekonania poprosiłam Jaszę o odrobinę mocy. Nowy medalion błysnął delikatnie. Zaskoczona, podniosłam go i tak samo jak pierwszy, zawiesiłam na szyi basiora. Tym razem nic się nie zepsuło.
"Dzieci.." - Rozczarowanie? Przemknęło pomiędzy myślami i uleciało, tak że nie byłam pewna, czy sama tego nie 'powiedziałam'. Uczucie było zbyt odrealnione i nieadekwatne do sytuacji, bym mogła zwrócić na nie uwagę.
Laguzy przedstawiły się kolejno i powiedziały parę słów na temat swoich frakcji. Nie rozmawialiśmy długo, co przyjęłam z ulgą.
Rozeszliśmy się, witając na niebie ciemne chmury. Gdzieś nad górami niebo pojaśniało, nie dotarł tu jednak dźwięk grzmotu. Możliwe więc, że zdążę wrócić przed burzą. Wszyscy ruszyli w swoje strony, a ja zrównałam się z Sorką, która już kierowała kroki na szlak do mojego domu. Miałyśmy parę rzeczy do wyjaśnienia.

Pierro?

wtorek, 2 maja 2017

Od Pierro c.d. Sorki: "Dobro jest względne 7"

- Nie frasuj się. Ja tu jestem, co oczywiście oznacza, że nic złego nam się nie przytrafi. - zapewniłem.
- Skoro tak uważasz.
Piękne i zarazem niepokojące. Dopiero co się poznaliśmy a już się tak dogadujemy. Czy wszystkie samice z północy są takie? Mam nadzieję.
A może jest szpiegiem? A może się o mnie dowiedzieli? Muszę na nią uważać. Na nią i na wszystkie inne. Ponętne kształty i melodyjny głos nie mogą być w stanie zakłócić jasności mego umysłu.
Po pasjonującej rozmowie zapadła niezręczna cisza. Leżałem i patrzyłem w gwiazdy. Ona zapewne też.
Jak ja uwielbiam się na nie patrzeć. To takie nieziemskie, jakby ktoś od początku miał pomysł jak je rozmieścić. Jaszo... Tyle już rzeczy widziałem na tym świecie, a Ty dalej mnie zaskakujesz. Po chwili wszystko zaczęło się robić takie... mgliste...

***

Coś zaszeleściło w krzakach. Otworzyłem oczy. Jako wojownik muszę być czujny o każdej porze dnia i nocy.
Wstałem i zacząłem się rozglądać. Nic. Znowu. Tym razem było jednak inaczej. Czułem w kiszkach, że coś jest nie tak. Spojrzałem w górę na gwiazdy. Akurat jedna z nich zaczęła spadać.
Życzenie. Spadające gwiazdy to podarunek od Jaszy. Wtedy nasze życzenia zostają wysłuchane. Uklęknąłem:
- Jaszo, obdarz mnie siłą, której nie posiadł dotąd żaden inny wilk - powiedziałem cicho jak do modlitwy.
W krzakach znów coś zaszeleściło. Tym razem się nie mylę. Jestem pewien. Ziemia zaczęła się trząść. Spojrzałem na nieboskłon.
O nie. Gwiazdy spadają. Wszystkie!
Coś w buszu szykuje się do wyskoku. Przyjąłem postawę obronną. Wyskoczyło.
- Ahmman?

***

Obudziłem się. A więc to tylko był sen...
Podniosłem się. Nie mam czasu na sen. Nie mam czasu na odpoczynek. Nie boję się zmęczenia.
Ognisko już prawie wygasło. Dookoła było ciemno, lecz robiło się coraz jaśniej. Zaraz świt.
Obszedłem wokół ogniska i sprawdziłem co z moją towarzyszką. Spała. Miała piękny zapach. Pachniała bazylią, miętą oraz różnymi innymi ziołami. Wszystko w tej krainie jest takie... egzotyczne. Przysunąłem łapę, by ją pogłaskać. Miała taką miękką sierść. Po chwili zauważyłem, jakby zaczęła się do mnie dosuwać. Wtedy coś sobie przypomniałem:
- Wybacz, rozkazy wzywają. - mruknąłem.
Odszedłem w mrok. Nie mam czasu na sentymenty. Nie boję się nocy. Nie boję się zmęczenia.

***

Przyśpieszyłem kroku i kierowałem się na północny wschód. Czemu północny wschód? Metoda prób i błędów. Najwyżej kogoś schwytam i przesłucham.

***

Był późny ranek. Zauważyłem kogoś kierującego się w tę samą stronę co ja. Schowałem się za drzewami i czekałem. Jak drapieżnik czeka na swoją ofiarę.
Wychyliłem się lekko i wtedy ją zobaczyłem. Chyba najpiękniejszą waderę na świecie (moim skromnym zdaniem). Przeszyło mnie uczucie porównywalne do promieni słońca pustyni ogrzewających piasek o świcie. Kolor jej sierści był w barwach delikatnej żółci, który pod światłem mienił się w kolor zbliżony do złotego. Taka piękna...
Postanowiłem ją śledzić. Kto wie, może należy do Wilków. A z drugiej strony każda chwila patrzenia na nią to rozkosz.

***

Zorientowała się, że ją śledzę. Przyśpieszyła kroku.

***

Zgubiłem ją.
- Cholera! - krzyknąłem
Nie powinien był bawić się podchody, powinien był podejść prosto z mostu. A może, nie umiałem?
Nic straconego, zauważyłem nieopodal kamienistą ścieżkę. Skierowałem się nią i moim oczom ukazała się grota otoczona dębami, bukami oraz wysokimi sosnami. Stała przed nimi wadera o umaszczeniu ciała odcieniami jasnego i ciemnoszarego brązu. Do jej puszystego ogona owiniętego cienkim rzemykiem, przywiązane był dwa czarno-białe pióra.
Podbiegłem, stanąłem na dwóch łapach, napiąłem się.
- Wadero! Prowadź mnie do swojego przywódcy. - powiedziałem, a raczej wydałem rozkaz.
Po chwili konsternacji powiedziała do mnie:
- Stoisz przed nią.

Dallana?

sobota, 29 kwietnia 2017

Od Sorki c.d Pierro: "Dobro jest względne 6"

Przyglądałam się basiorowi ze skrywanym zainteresowaniem. Zawsze interesowały mnie nowe znajomości. Wilk był postawny i umięśniony. Czyli albo wojownik, albo laluś, który tylko podrywa wadery swoją muskulaturą. Albo to i to.
Nie byłam pewna, czy basior po swoim występie oczekiwał, że zacznę się przed nim płaszczyć, ale zachowałam zimną krew. Chyba nie był zagrożeniem. Skinęłam mu głową.
- Należę. Jestem Sorka - uśmiechnęłam się ciepło, cieplutko. Na jego pysku pojawił się grymas zdziwienia pomieszanego z obrzydzeniem. Ciekawy typ.
- Pierro - nie odwzajemnił uśmiechu, nie podał łapy na przywitanie, tylko mierzył mnie wyczekującym spojrzeniem.
- Jeśli chcesz dołączyć, to masz szczęście, że mnie spotkałeś - oznajmiłam bez chwili zwłoki - jesteśmy dosyć daleko od uczęszczanych szlaków. Trzeba cię zgłosić do ansuzy.
- Ansuzy? - Głos miał głęboki i dosyć przyjemny. Dyskretnie powęszyłam i poczułam... morze. Słona woń drewna, alkoholu i ryb, oraz innych charakterystycznych zapachów pomieszana z zapachami jeziora. Szedł znad przystani? Ostatni statek, który odpłynął dokował, z tego co wiedziałam, w kilku różnych miejscach. Coraz ciekawiej.
- Mam dla ciebie propozycję. Pójdziemy razem. Ja cię poprowadzę i po drodze opowiem ci co nieco o watasze, cobyś się nie wygłupił. Zgoda?
- Niech będzie - odparł bez dłuższego zastanowienia.
Ruszyliśmy szlakiem. Nie wiedziałam, czy mojemu nowemu towarzyszowi się spieszyło, czy nie. Mimo to narzuciłam szybkie tempo, bo spieszyło się mnie.
- Do celu mamy około doby piechotą. Jest południe, więc będziemy iść do wieczora, a potem zatrzymamy się na nocleg i wyruszymy skoro świt.
Na pysk Pierra wpełzł dziwny uśmiech, jakby wywołany satysfakcją.
- Nie dałabyś rady iść całą dobę?
- Dałabym - odparłam, lekko obrażona jego uwagą - chyba nie spieszy nam się aż tak?
- Chyba nie.
- Mamy trochę czasu na opowieści - ukradkiem zerknęłam w jego stronę. Stara ostrożność nie pozwoliła mi na zaufanie. Nie potrafiłam ocenić jego intencji, więc postanowiłam nie mówić na razie zbyt wiele. Przynajmniej do chwili, gdy Jasza go uzna. - Ansuz jest przywódcą watahy. Dagaz to jego zastępca. Za nimi jest czterech laguzów odpowiadających za cztery dziedziny życia watahy. Potem jest raido, czyli zwykli członkowie, wykonujący określone stanowiska. Sowilo to szczeniak. I... Jest jeszcze Othalan, ale raczej cię to nie zainteresuje.
- Mów wszystko.
- Nie chcesz mieć braków w wiedzy, co? Ha... Othalan to ranga niczego. Nie zajmuje konkretnych stanowisk. Większość wilków traktuje othalan z lekceważeniem i dobrze. Kto jest w stanie pracować dla watahy, ten powinien to robić.
- Patriotycznie.
- Oczywiście, że patriotycznie. Za swoją watahę powinno się walczyć, ale też dla niej powinno się pracować . A ja mogłabym oddać za przyjaciół też życie.
Zamilkłam, czując się trochę niezręcznie. Myślałam, że porzuciłam już zwyczaj używania wielkich słów. Pierro kopnął kamień leżący na drodze. Odchrząknęłam.
- Opiszę ci geografię, to może się nie zgubisz. Niedaleko stąd, czyli na południowym wschodzie, znajduje się przystań. Stamtąd kursują statki po morzu Szarym, ale... Myślę, że ty o tym wiesz. My zmierzamy na północny wschód, do lokum ansuzy imieniem Dallana.
- Wadera? - Pierro skrzywił się.
- Przeszkadza ci to? Tutaj większość wysokich stanowisk zajmują wadery.
- Kontynuuj.
- Po całym terenie płynie rzeka Matka, która ma źródło w górach na południowym wschodzie i uchodzi do morza. Góry, o których mówię, to góry Ryferyjskie. Poza tym jest jeszcze świątynia, na którą będziesz miał okazję natknąć się później i Dolina Opadających Smoków, w której jeszcze nie byłam. Jest w centrum. I targ. Oprócz tych charakterystycznych miejsc mamy jeszcze mnóstwo innych krajobrazów, w większości lasów, siedziby innych wilków i miejsca spotkań. Terytorium watahy jest ogromne.
- A ty? Gdzie mieszkasz?
- Czemu pytasz?
- Chciałbym wiedzieć. Na wszelki wypadek.
- Ja nie mam stałego lokum. Życie spędziłam w podróży, a od kiedy dołączyłam i zajęłam stanowisko pracy, zaczęłam częściej siedzieć w jednym miejscu. Ale i tak często wyrywam się na szlak, na tydzień albo dwa. Teraz jestem bardzo daleko od swoich zwykłych miejsc bytowania, ale czasem trzeba.
Pierro wymamrotał coś pod nosem. Wydawało mi się, że brzmiało to jak "ja też", ale wątpiłam w to.
- A co samotna waderka robi tak daleko od domu?
- A co może robić samotny basiorek? - Odrzekłam z przekąsem - w sprawach służbowych.
- Jakich sprawach?
- Tajemnica wojskowa - mój głos oziębł, chociaż w duszy radowałam się melodyjnym współgraniem tych dwóch słów. Chyba miałam jeszcze minimalną część dziecka w sobie - a ty zadajesz trochę dużo pytań.
- Jestem nowy i ciekawy świata. Nie miej mi za złe.
- Masz rację, wybacz... Na czym to ja...
Szliśmy kilka godzin, przez które albo milczeliśmy, albo opowiadałam mu, jak wygląda życie w Berkanan. Miałam wrażenie, że pierwszy raz był w takiej watasze, bo dziwiło go wiele elementów. Natomiast zaniepokoiła mnie jego reakcja na wiadomość, że w watasze nie posiadamy haremu ani żadnych innych placówek wątpliwej uciechy.
- To co tutaj robią basiory w wolnych chwilach?
- Chyba raczej to ja powinnam zadać ci pytanie, co ty robisz w wolnych chwilach.
- Trenuję.
Rozmowa byłaby nawet przyjemna i mogłabym uznać, że polubiłam Pierra, gdyby nie jego seksistowskie teksty i lekceważenie, z jakim mnie traktował.
Kiedy usłyszałam burczenie naszych brzuchów, wiedziałam, że mam okazję mu udowodnić, że wadery w tej watasze nie są takie słabe, jak myśli.
- Jestem głodna. Upoluję coś, a ty tu poczekaj.
- Ubrudzisz się, ja upoluję, a ty poczekasz.
- Czy kiedykolwiek polowałeś w lasach?
- Radzę sobie w każdych warunkach.
- W takim razie proponuję zawody.
- Czemu nie? Spotykamy się tutaj przed zmrokiem.
Poszło mi dosyć szybko, bo polowałam całe życie. Wróciłam na miejsce z dużym, tłustym jeleniem i rozpaliłam ognisko. Pierro wrócił równo z pojawieniem się pierwszej gwiazdki.
- Rozumiem, że ty to zjesz? - Spojrzałam wymownie na taszczonego przez niego niedźwiedzia. W duszy poczułam podziw dla jego siły, ja w życiu nie dałabym rady nawet ruszyć tego bydlęcia.
- Bez problemu.
Usiadł obok ogniska i zaczęliśmy się posilać w milczeniu. Czerń okryła drzewa i polany. Niebo przybrało fioletowy odcień.
- Nie wiem, czy ten teren jest bezpieczny - mruknęłam - jestem tutaj pierwszy raz.
- Nie frasuj się. Ja tu jestem, co oczywiście oznacza, że nic złego nam się nie przytrafi.
- Skoro tak uważasz.

Pierro?

wtorek, 25 kwietnia 2017

Od Pierra: "Dobro jest względne 5"

Stałem na pustynnej wydmie wraz z 99 wilkami Pustynnej Włóczni. Po wyczerpującym marszu przez pustynię kazali nam się przygotować do natarcia. Niektórym z nas - w tym mnie - zaczął się obraz przed oczami rozmazywać. Widziałem jednak jak się rozkłada stosunek sił. 10:1 dla nich. Samobójstwo - powiedzieli niektórzy. Traciliśmy ducha walki jak i jasność umysłu.
I wtedy pojawił się on. Teraz jest znany pod tą nazwą - Pierwszy Wojownik. Ja natomiast pamiętam, jak mówiłem na niego Ahmman.
- Wstawać leniwe skurwysyny! Do klinu! - zagrzmiał
Zabawne jest to, że wszyscy wstali. Praktycznie nikt nie stawiał oporu. Może potrzebowali dowódcy, który nada im wartość, zwrot i kierunek? A może po prostu nie mieli już sił, by ten opór stawiać...
Gdy już wszyscy się ustawili w kształt klinu, Ahmman dalej grzmiał:
- Dzisiaj żołnierze będzie największy test naszego życia. Test naszej determinacji. Siły! I wiary w to, że nam się uda! Idąc tu Słońce paliło, niczym ognie piekielne, a z łap zaczęła schodzić skóra. Ale powiem wam jedno! Nie po to tyle wycierpiałem, by się teraz poddać. Po to tyle wycierpiałem, by teraz odebrać nagrodę! Aby uczynić nasz kraj wielkim! Kto do kurwy jest ze mną?!
Wszyscy. Dosłownie wszyscy krzyknęli. A ja? Ja krzyczałem najgłośniej.
- W końcu nas zabiją - powiedział głosem jak dzwon. - Ale wpierw zaczną się nas bać!

***

Z każdym kolejnym tąpnięciem szarży widziałem to w oczach wrogów. Narastający strach. Wtedy już wiedziałem, że nam się uda. Po chwili zaczęli uciekać w popłochu.

*** ***

- Podróżowanie z Tobą to czysta przyjemność Pierro, szkoda że ten rejs dobiegł już końca. - powiedział Marcello, gdy stałem na kładce prowadzącej na ląd
- Nawet jeśli po alkoholu nie jesteś sobą - dodał z uśmiechem
Przewróciłem oczami.
- Nie lubię ckliwych pożegnań. Bywaj Marcello, kto wie, może nasze drogi się jeszcze kiedyś skrzyżują. - podsumowałem
- Na pewno. A! I kazano mi to Tobie przekazać.
Był to zapieczętowany woskiem list. Wziąłem list, skinąłem wilkowi na pożegnanie i odszedłem.
Otworzyłem go. Było w nim napisane: 'Cel: Wilki Berkanan'

***

- Ciekawe, czy ta zieleń na dłuższą metę im nie przeszkadza? - mruknąłem pod nosem, gdy kierowałem się leśną ścieżką przed siebie
Po krótkim czasie natknąłem się na jeziorko. Idealny by się w nim wykąpać. W końcu po tak długim rejsie należy mi się chwila wytchnienia. Stanąłem na dwie łapy i zacząłem się rozciągać. Po rozciąganiu nastała kolej na postawy ataku i obrony. Następnie zrobiłem kilka serii pompek i brzuszków. Gdy mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa, zdałem sobie sprawę, że to idealna chwila na to, by się wykąpać. Zanurzyłem się w lodowatej wodzie.
Na pustyni bardzo rzadkie były takie sadzawki, przeważnie znajdowały się w oazach, a tam woda była mulista.
Unosiłem się kilka chwil na powierzchni jeziorka, gdy coś zwróciło moją uwagę. Poczułem czyiś wzrok na sobie. Wyskoczyłem błyskawicznie na brzeg i zacząłem się gorączkowo rozglądać. Pusto. No cóż, najwidoczniej mi się przewidziało.

***

Szedłem dalej leśną ścieżką, gdy nagle z zakrętu wyłoniła się jakaś postać. Po chwili mogłem określić jej wygląd. Była to wilczyca o futrze w kolorze mieszaniny wszystkich odcieni szarości. Coś jednak w niej zwróciło moją uwagę. Były to jej zielone oczy, oraz zielony medalion. Tak, z pewnością musi należeć do Wilków.
Zagrodziłem jej drogę, stanąłem na dwie łapy, napiąłem klatkę. Po co? Aby wyglądać groźnie. Z groźnymi wilkami się nie dyskutuje, groźnych wilków się słucha.
- Witaj! Należysz do pobliskiej watahy? - powiedziałem grubym głosem
Ona jednak nic nie odpowiedziała. Widziałem w jej oczach... nic...
- Chodzi mi o Wilki Berkanan.
Coś poszło źle, nie boi się mnie. No dobra to robimy to po staroświecku.
- Chcę się dołączyć. - powiedziałem z cynicznym uśmiechem na pysku.

Sorka?
(Jak masz jakieś pytania to priv)

środa, 19 kwietnia 2017

Od Pierro: "Dobro jest względne 4"

Oczy. Tylko tyle mi trzeba, aby wiedzieć, że to ona..., żeby znaleźć ją w tłumie. Wszystko inne jest nieważne, gdyż jest skryte pod kolorową szatą tajemniczości.
Teraz stałem przed drzwiami jej domu i nie umiałem zapukać. Nie, nie mieszkaliśmy razem. Ten związek od początku miał być tylko formalny. Wszystko dla mojej matki.
To zabawne, 'jesteśmy' już ze sobą pół roku, a ja dalej nie widziałem jej bez szat. Nawet jej nagiej kostki nie mogłem zobaczyć.
Czasami przed snem zastanawiam się, czy tak w ogóle można. Być sobie bliskim, a jednocześnie sobie dalekim. Moim zdaniem nie. Jestem basiorem i jak każdy basior mam swoje potrzeby. Może powinienem postąpić jak każdy inny basior z mojego plemienia i siłą wziąć ją choćby na kamieniu? Nie, nie chcę w taki sposób. Może jestem jakiś inny...

***

Nie pożegnałem się z nią. Nie umiałem...

***

W porcie przywitało mnie 13 znanych mi basiorów. Pamiętali. Na ich widok na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
Mówią, że prawdziwe basiory nie płaczą, lecz z kącika prawego oka spłynęła mi pojedyncza łza. Starłem ją szybko łapą. Z roku na rok jestem coraz bardziej sentymentalny...

*** ***

- Jaszo Przenajświętrzy... - skacowany podsumowałem wczorajszy wieczór, czy może dzisiejszy ranek?
Obudziłem się, gdy pierwsze promienie słońca zaczęły ogrzewać moją twarz. W gardle miałem dosłownie pustynie i kręciło mi się w głowie. Wstałem, oparłem się o barierkę po to, aby się nie przewrócić. Patrzyłem jak statek płynie i rozstępuje się przed nami woda.
- Cholera, szkoda że jest słona - mruknąłem pod nosem patrząc na wodę poniżej.
- Ty! - krzyknął, któryś z żeglarzy wskazując na mnie
Zmarszczyłem czoło i czekałem aż wykona jakich ruch. Może jestem skacowany. Ale skacowana maszyna do zabijania też potrafi zabijać.
Podszedł do mnie trzymając jakiś metalowy przedmiot.
- Poprzysiągłem kiedyś na ten krążek, że nie przepije mnie żaden wilk. - powiedział po chwili podając mi krążek.
Był to atom wyryty na metalowym krążku. Czułem jak wytwarza jakieś dziwne pole. Silna magia. Ten metal... Nie pasuje do żadnych znanych mi metali...
- To silny magicznie przedmiot i nie mogę go przyjąć.
To zbyt wielki dar jak na byle zawody w piciu.
- Bierz, kurwa! To sprawa honoru. - po tym jak wcisnął mi ten krążek do łapy, odpuściłem.
Dziwny był to wilk. Dziwnie odstający od normy. Mały, z irokezem i  z pijackim głosem. Od razu go polubiłem.

***

- Oho! Mamy bohatera! - krzyknął Marcello, gdy mnie ujrzał.
Odczuwałem takie wiercenie w głowie, że musiałem przejść od razu do konkretów.
- Bohatera? - spytałem
- Tak żartobliwie nazwaliśmy Cię w nocy. Gdybyś ty się widział... - skończył zdanie i zaczął się śmiać.
- Co żem uczynił? - moje oczy otwarły się niczym dwa białe spodeczki, gdy zacząłem przypominać sobie ową noc.
Powstrzymał się od śmiechu z wielkim trudem.
- Nie będę Ci psuł zabawy z przypomnienia sobie tego wszystkie, wyrażę Twoje zachowanie za pomocą tych słów - zaczął się kołysać i o mało się nie przewrócił - Panowie! - głos mu się zmienił, na bardziej... mój? - Pod moim dowodzeniem, na kurwich dupach przepłyniemy morze!
Pamiętam... I nie jestem z tego dumny.
- Chciałem Cię nawet wyjebać ze statku - powiedział swoim normalnym głosem - ale doszedłem do wniosku, że bez Ciebie byłoby smutno. - kończąc uśmiechnął się cynicznie
Oparłem głowę na moich łapach, gdy wszystkie wspomnienia uderzyły we mnie jak grom z jasnego nieba.
- A to - podłożył mi wiadro z wodą - to na kaca.

***

W końcu go ujrzałem, piaszczysty brzeg ze stocznią tzw. - Przystań. Majestatyczny to widok. Morze przypływem i odpływem omywające piasek. Prawie jak w domu.
Lecz coś znajduje się za nim. To coś zielonego!
- Niemożliwe! - krzyknąłem widząc zieleń.
Po chwili jednak ogarnął mnie strach. A ze strachem idzie w parze dreszczyk emocje. A z dreszczykiem podniecenie.
- Mam tu dużo rzeczy do zrobienia. - powiedziałem z szaleńczym uśmiechem.
- Zaczynam się siebie bać, kurwa... - powiedział były właściciel krążka słysząc moją wypowiedź.

Cdn.
(Jak będziecie grzeczni, to napiszę o moich pijackich przygodach w 'Dobro jest względne: Epizod na morzu', a jeżeli nie to nawet lepiej. Im mniej osób o tym wie, tym lepiej ^^)

sobota, 15 kwietnia 2017

Od Pierro: "Dobro jest względne 3"

Wreszcie nadszedł ten moment. Stałem przed drzwiami sklepu mojej matki - ogromnego budynku z szyldem w kształcie wyplatanego kosza. Ściskało mnie w żołądku, brakowało mi tchu. Gdy szkoliłem młodzików zawsze miałem pewność, że gdyby stało się coś złego z kobietą mojego, mógłbym rzucić wszystko i do niej pobiec. Teraz wyruszam w długą podróż i za cholerę nie wiem jak mam jej to powiedzieć…

***

- Na jak długo? - spytała mnie surowo.
- Tyle ile tego będzie wymagała ode mnie sytuacja... i ani chwili dłużej…
Patrzyliśmy po sobie jak dziecko, które coś przeskrobało i matka, która właśnie wygłasza mu reprymendę.
- Skoro wymaga od Ciebie tego państwo… Tylko musisz mi coś obiecać.
- Obiecuję.
- Przecież nawet nie wiesz o co Cię poproszę… - zdziwiła się.
- To mi w tym nie przeszkadza. - powiedziałem twardo.
Popatrzyła na mnie z niesmakiem:
- Po prostu wróć żywy… Będę miała Ci wtedy coś ważnego do powiedzenia.
- Dlaczego nie powiesz mi tego teraz? - zmarszczyłem brwi
-Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli to znajdę rozwiązanie na wszystkie nasze problemy. No, a teraz zmykaj, robisz mi przestój w produkcji!

*** ***
Była noc.
- Dam sobię drugą nogę uciąć, że najgroźniejszy na morzu jest kraken! - powiedział żeglarz.
- Bzdury! Każdy wie, że najgroźniejsza jest Scylla! - krzyknął drugi
Ach, ci żeglarze i ich zainteresowania w wolnym czasie… Albo chleją albo rozprawiają o niestworzonych rzeczach.
- Ja natomiast wiem swoje. - powiedział siedzący w kącie żeglarz z brodą długą, aż do desek pokładu
Wszyscy zamilkli.
- Najgroźniejszy jest Statek Trzech Demonów - kontynuował, a wszystkie pochodnie i sztuczne źródła światła zgasły. Wszyscy westchnęli. - Dowodzony on jest, jak sama nazwa wskazuje przez 3 czarty. Pierwszy z nich - psychol uwodziciel, za pomocą swych ostrz w łapach rozrywa swoją ofiarę, zanim ona zdąży go zauważyć. Drugi - postać o lodowatym obyciu, co potrafi zamrozić ocean tylko swoim spojrzeniem. No i trzeci, powszechnie nazywany Suką.
- To nie jest czasem samica od naszych kuzynów psów? - wymsknęło się komuś
- Mój drogi, ta Suka raczej nie jest z tego wymiaru. Podobno ma sierść białą jak śnieg i wyrywa serce swojej ofierze, a następnie bawi się nim jak kłębkiem włóczki.
Przecież to kompletne zabobony i bzdury, bajki które napędzają niewyżytą wyobraźnie starych żeglarzy.
- Nie mam zamiaru słuchać tych bluźnierstw - powiedziałem sobie pod nosem i odszedłem.
- Strach żyć na tym morzu! Wypijmy za tych co na nim polegli! - krzyknął wilk od teorii z krakenem, a reszta mu zawtórowała.
Całe szczęście, że się oddaliłem. W samą porę, właśnie zaczęła się hulanka.

***

-‘Chciał raz rybak iść do lasa,
Ale na łodzi obcował,
Nie miał wiosła, wziął kutasa
No i nim wiosłował! Hej!’ - jakiś niewyżyty wilk
Wszyscy żeglarze parsknęli śmiechem. Tańcowali, pili rum. Śpiewali.
- Co za patologia… - mruknąłem pod nosem. W moich stronach śpiew wykorzystuje się albo do wojny, albo do uroczystości. Albo do tego i tego jednocześnie.
- Nie mogę słuchać jak w tak bezkarny sposób bezczeszczą dar śpiewu - powiedziałem sobie i zasłoniłem uszy łapami.
Stałem na dziobie statku oparty o barierkę. Nagle do moich zasłoniętych przez łapy uszu zaczęły dopływać zduszone dźwięki.
- Eee, ty na dziobie! Pódź no do nas! Bo jak mówi piosenka:
No i znowu się zaczęło…
-’Bo na rufie w chuj zarzuca,
Są na dziobie tylko leszcze,
Tego porwie, tego zrzuca,
Więc wypijmy jeszcze! U! Uu!’

***

- Nie przywykłeś do bywania na morzu. - ktoś oparł się o barierkę koło mnie.
Nie był umięśniony, dolną część pyska miał biała, natomiast górną - szarą. Wydawał się trochę szemraną osobą, ale wątpliwości rozwiały jego lazurowe jak morze oczy.
- Wolę bardziej stabilny grunt. - odpowiedziałem krótko
- Czyli piasek? - ciągnął dalej nieznajomy
- Czyli styl życia. Muszę mieć w życiu jakiś cel.
Pojawił się na jego pysku uśmiech.
- Podobnie jak oni. - wskazał na żeglarzy - tylko w ich wypadku sprowadza się to do podróżowaniu od punktu A, do punktu B, chlania i ciągłej zabawy. Tobie natomiast, widzę że przewodzi bardziej wyniosły cel.
Coś kombinuje, widzę to w głębi jego osoby.
- O co Ci chodzi? - spytałem wprost
- Słuchaj, chłopaki są już mocno sponiewierani, a ja nie chcę żadnego incydentu na MOIM statku. Widzę, że jesteś nowy, dlatego albo posmakujesz życia prawdziwego marynarza, albo resztę drogi będziesz płynął w pław.
- Przecież wszystko zostało opłacone. - wyjaśniłem
- Powiedzieli mi, że nie będziesz sprawiał problemów. A jeżeli ty nie będziesz ich sprawiał, to oni ściągną je na Ciebie - wskazał na pozostałe wilki pod wpływem - to jak będzie?
Wszystko dla dobra mego kraju.
- Zgoda. - podsumowałem
- Kamień z serca, czy jak to się u was mówi ‘Piasek z serca’?. Marcello jestem, miło mi.
- Pierro, mi również.

***

- O patrzcie! Królewicz do nas dołączył - krzyknął jakiś wilk wskazując na mnie - akurat wymyśliłem nową zwrotkę!
Wziąłem do łapy kufel, i przysunąłem go do pyska.
- ‘Dziwka mnie zabrała w goście,
Cycki, tyłek pierwsza klasa,
Uciekałem, gdzie pieprz rośnie,
Bo miała kutasa! Hej!’

Cdn.

środa, 12 kwietnia 2017

Od Pierra: "Dobro jest względne 2"

- Kim kurwa jesteśmy?! - krzyknąłem
- Wichrem pustyni!!! - odpowiedziało mi 13 młodzieńczych głosów
- Po co kurwa jesteśmy?! - zawtórowałem im
- By zwyciężać!!!
Na mojej twarzy pojawił się uśmiech szczerego zadowolenia.
- No, i tak trzymać. Spocznij!
Wicher Pustyni, tak zwie się moja jednostka. Najbardziej narwani, najbardziej wytrwali, najskuteczniejsi.
- Znam już was od roku i wiem, że już to wiele razy mówiłem, ale jestem z was dumny. Z każdego z osobna. Nawet z Ciebie 13-stka (nazwaliśmy tak wilka, który jako ostatni się do nas zgłosił), łajzo obrzygana.
Rozległ się chichot.
- Ale dość już tych żartów. Muszę wam coś zakomunikować.
Otworzyłem usta i nie mogłem wydać z nich żadnego dźwięku. jest to cięższe, niż mi się wydaje...
- Ja... Powołam się na słowa naszego poety...
Otworzyłem pergamin i zacząłem recytować:
- Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień  - z duchami -
A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny...'

***

Widziałem na ich twarzach zmieszanie... Kilku już się zorientowała, lecz większość nadal nie widziała.
- Mentorze Pierro, ale o co chodzi?
Przełknąłem ślinę i recytowałem z pamięci wyuczoną regułkę:
- Pierwszy Wojownik zlecił mi niezwykle ważną misję. Muszę was przekazać pod dowództwo innego mentora na czas nieokreślony. Za 2 dni wyruszam statkiem do Przystani...
Po wypowiedzeniu tych słów odwróciłem się i zacząłem się oddalać. Nagle 13 wilków zagrodziło mi drogę. 13-stka przemówił za wszystkich.
- Mentorze, z całym szacunkiem, ale za 2 dni widzimy się przystani i nie ma, że boli.
'I nie ma że boli', używałem tego do motywowania ich, gdy zaczęli w siebie wątpić. Teraz oni motywują mnie.

*** ***

Siedziałem na dziobie statku, a morska bryza wiała mi w twarz. Z jednej strony odczuwałem lekki dreszczyk emocji, a z drugiej niepokój. Niczym skorpion na wielkiej pustyni, który modli się, aby tym razem nie przysypała go burza piaskowa.
Nigdy nie byłem w zielonych krainach. Szpiedzy mówili, że jest tam ani gorzej, ani lepiej. Mówili, że jest tam po prostu inaczej...
Czy odczuwam wątpliwości? Oczywiście, że tak. Czasami czuję się jak samotna kropka na pergaminie, którą zostawiono samej sobie. Co taka kropka może o sobie myśleć? Czy jest tylko nic nie wartym bazgrołem? Może jestem tylko nic nie wartą kropką, ale mam swój cel. Cel, który sprawia, że codziennie rano budzę się z wyrazem determinacji na twarzy. Cel, który sprawia, że zamierzam go osiągnąć niezależnie od kosztów. Cel, który sprawia, że kropka na pergaminie powiększa się i tworzy zawiłe kształty. Jakie kształty? To już moja tajemnica. Tak, to prawda, jestem dzikusem. Ale dzikusem wrażliwym na sztukę.

cdn.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Od Pierra: "Dobro jest względne"

Piaskowa forteca, krzyki bólu, walczące ze sobą wilki. Wokół czuć odór potu i krwi. Oto miejsce, dla którego chcę umrzeć godną śmiercią. Wszystko jest takie prawdziwe, nie ma tu miejsca na udawanie bólu, ani łez. Jest tu tylko samodoskonalenie się poprzez walkę. Kocham to miejsce takim, jakim jest.
Kocham je za te krzyki, brud, piasek, który jest wszędzie.
Byłem w trakcie szkolenia szczeniaków, gdy nagle dostałem wezwanie od Pierwszego Wojownika - głównego Dowódcy krainy. Musiałem popatrzeć w ich zdeterminowane twarze i powiedzieć, że dzisiaj będzie im dowodził inny mentor. Zasmuciło mnie to... Każdego z nich znałem od pierwszego pojawienia się w koszarach. Mieli wtedy takie niewinne, szczenięce twarze. Nie znali bólu, ani prawdziwego wysiłku.
Pierwszy tydzień szkolenia był dla nich odwróceniem świata do góry nogami. Szkoliłem ich tak jak szkolono mnie, bez litości, bez wytchnienia. Po roku zamiast widzieć twarze zagubionych basiorów widziałem coś zupełnie innego. Żądzę krwi, błysk w oku. Choć mieli ciała szczeniaków ich dusza już rwała się do walki. Ciałem nie, ale duszą już byli wojownikami.

***

- Pierro! Czekałem na Ciebie - skinął mi głową
- Pierwszy Wojowniku... - ukłoniłem się nisko
- Zanim przejdę to meritum naszego spotkania, jak tam matka, jest zdrowa?
- Wiek daje jej się we znaki, ale daję sobie łeb uciąć, że przed swoją śmiercią dorobi się jeszcze kilku fortun. - powiedziałem dumnie
- Genów nie oszukasz Pierro, Twoja matka jest wielką kobietą, powinieneś ją częściej odwiedzać.
- To nie jest takie łatwe... Kilka dni luzu i młodzikom się w głowach poprzewraca - uśmiechnąłem się
- Dobrze, że przeszedłeś do celu tego spotkania. Twój oddział młodych to jakaś rewelacja. Są narwani, młodzi, a jednak panujesz nad nimi niczym wiatr nad piaskiem.
- Pierwszy Wojowniku... Zaraz się zarumienię... Nie przystoi się rumienić wojownikowi...
- Będziesz musiał ich opuścić - powiedział twardo
Czas nagle się dla mnie zatrzymał
- Słucham? - powiedziałem zaskoczony
On jedynie podszedł do okna i patrzył się na horyzont
- Przecież sam mówiłeś, że oddział sprawuje się wyśmienicie... Więc o co chodzi? - spytałem
- Pierro... Tu nie chodzi o Twój oddział, tu chodzi o Ciebie... Zaistniała sytuacja, którą tylko ty możesz rozwiązać.
Spojrzałem na niego z ciekawością.
- Nasi szpiedzy donieśli nam, że na północy powstała  nowa wataha wilków i na dodatek rośnie w siłę. Twoim zadaniem jest infiltracja tej watahy, a jeśli to będzie możliwe zostanie jej przywódcą. Słyszałem, że jest tam wiele wader. Zabij ich przywódcę, przejmij dowodzenie, a następnie sprowadź tutaj wszystkich pozostałych. Przyda się nam więcej niewolników i dziwek w haremach.
Zrobiłem kwaśną minę. No cóż, skoro taka jest wola Pierwszego Wojownika. Reprezentuje on mój kraj, więc jego decyzja nie podlega żadnej dyskusji.
- Jak sobie życzysz, Pierwszy Wojowniku. - ukłoniłem i skierowałem się do wyjścia
- Pierro - zatrzymał mnie, gdy byłem w drzwiach
Obróciłem się w jego stronę.
- Gdybyś napotkał jakieś trudności, wystarczy że napiszesz depeszę do naszego szpiega w Przystani. - dodał.
- Będę o tym pamiętał - powiedziałem wychodząc.

***

Zżyłem się z moimi uczniami, podobnie jak oni ze mną. Nie wiem jak im powiem, że dostaną nowego mentora... Zostaje jeszcze pożegnanie z matką, to chyba będzie najcięższa część mojego zadania. No i jest jeszcze ona. Moja żona...

cdn.