niedziela, 19 marca 2017

Laycatin

"Lis ma w zanadrzu mnóstwo podstępów, ale i jeż ma swoje także"



Imię: Laycatin
Pseudonim: Wszystkie formy pochodzącego od jego imienia (a jest ich dużo).
Urodziny: 
18 maja
Płeć:
 Basior

Wiek: 8 lat.
Stanowisko: Arcykapłan
Żywioł: Popiół

Moce:
Wilk uważa swój żywioł za mało przydatny. Rzadko go używa, zazwyczaj w sytuacjach, gdy jest to bardzo konieczne. Szczególnie jeżeli chodzi o obracanie się w popiół. Nie wymaga to dużo energii, ale gorzej jest z przywróceniem do normalnej formy. W ten sposób może się teleportować. Umie też zmieniać w popiół innych. Gdy musi się zamaskować używa chmury popiołu jako kamuflażu. Funkcjonuje to również gdy chce zdezorientować przeciwnika – wznieca popiół, co działa jak bomba dymna. Umiejętnością, którą często używa w swojej pracy jest kremacja. Nie musi używać specjalnych pieców, by kremować zwłoki – wystarczy zmienić je w popiół. Do tego oczywistym jest, że może wyczarować popiół z nicości, który nadaje się jako izolator lub do ogrzania jedzenia.

Talizman Reprezentacji:
To subtelny, intensywnie niebieski o kobaltowym odcieniu kryształ. Jest nieoszlifowany, więc ma wiele nieregularnych krawędzi i wypukłości. Są one obwiedzione drucikiem, tak, aby kamień się nie stłukł. Na spodzie wiszą małe, kolorowe piórka. We wszystkich przeważa kolor niebieski. Ma to symbolizować łapacz snów, ponieważ Talizmanem Reprezentacji Laycatina jest Sen. W głębi kryształu można zauważyć poruszający się kształt przypominający kosmiczną mgławicę. Mieni się subtelnym blaskiem i świeci w ciemności. Wilk nosi go przyczepionego na ogonie, pod czaszką również tam będącą. Dzięki swojemu talizmanowi basior może usypiać innych skinieniem głowy, umie przepowiadać sny oraz wymyślać je dla kogoś lub zmieniać ich przebieg, np. z koszmaru, na senne marzenie. Czasem udaje mu się manipulować osobami będącymi we śnie i wmawiać im coś, np. żeby następnego dnia zrobiły daną rzecz, ale rzadko tego używa. Dzięki niemu w połączeniu ze swoim żywiołem może przedstawiać z popiołu różne obrazy w powietrzu. Zazwyczaj są to sny.

Aparycja:
Lay jest raczej dość drobny i kościsty jak na basiora. Jego chude łapy wyglądają jak cienkie gałązki - jakby zaraz miały się połamać. Jednak mimo pozorów wilk lubi testować się w różnych sprawnościach fizycznych. Nie zawsze jednak mu to wychodzi. Jego sierść miejscami jest nastroszona i stercząca, przez co wygląda jak przestraszony kociak. Futro nie ma żadnych nadzwyczajnych kolorów - po prostu różne odcienie czerni, brązu i bieli. Nadrabia to licznymi ozdobami i tatuażami. Są to między innymi złote bransolety i długie pióra. Powłóczysty ogon ciągnie się za basiorem w majestatycznym powiewie. Na nim przyczepiona jest czaszka. Żółte oczy z wytatuowanymi na czerwono białkami wyglądają dość przerażająco, ale nie są takie w istocie. W uchu nosi kolczyki. Na czole ma charakterystyczny znak przypominający trójkąt.

Głos:
Catin może pochwalić się niczego sobie, dźwięcznym głosem. Jest dojrzały i głęboki. Da dostrzec się malutką chrypliwość, ale raczej jest jak delikatna maślanka spływająca do gardła. Przyjemny i melodyjny. To rzecz jedna z rzeczy, którą najbardziej w sobie lubi. Łączy się z tym wymyślani pieśni i ballad, które często śpiewa pod nosem lub na forum. Lubi używać swojego głosu toteż jest rozmowny. Często mówi rzeczy, których nikt nie rozumie, np. dotyczącego jego pracy.

Cechy Fizyczne:
Wilk ma prężny krok. Wygląda niepozornie, ale w razie potrzeby umie użyć swojej siły. Co nie oznacza, że robi to często i jest ona duża. Woli zajmować się rzeczami umysłowymi, a do obrony zazwyczaj używa sztyletu. Dużo podróżuje i jest przyzwyczajony do nieustannej wędrówki. Dzięki temu wykształciła się w nim duża wytrzymałość. Jest lekki, więc dość szybko biega. Jednak bardziej jak sarenka niż jak wilk. W jego biegu dominują długie skoki, co przypomina unoszenie się nad ziemią. Przychodzi mu to bardzo łatwo i wolno się męczy, co również dowodzi jego wytrzymałości. Ma bardzo dobry wzrok, co również potrzebne jest w jego profesji. W wyniku pewnego wypadku w dzieciństwie stracił możliwość odczuwania smaku. Jest to trudne w codziennym życia, ale już się do tego przyzwyczaił. Między innymi z tego powodu jest taki chudy – mało je, bo nie sprawia mu to przyjemności. Jedynie zaspokaja głód. W konsekwencji wyostrzył mu się węch.

Charakter:
To przyjazny wilk. Energiczny i nie lubi nudy. Ma duży dystans do siebie. Jest miły i pomocny – lubi łagodzić spory i wprowadzać porządek. Nie lubi jak wokół panuje atmosfera wrogości i smutku. Zawsze stara się pocieszać, choć nie jest w tym najlepszy. Sam chodzi pogodny i stara się rozwiewać wszystkie swoje przygnębienia. A nawet jeżeli już naprawdę go coś trapi to zakłada maskę i wciąż jest wesoły. Nie obawia się o tym mówić. Nie jest szarą myszką i zawsze wyraża swoje zdanie. Lubi mówić i opowiadać historie. Jednak nie takie, które nic nie wnoszą do życia. Zawsze mówi to co ma na języku, czasami są to rzeczy tak sprośne, że nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. On jednak nawet nie zwraca na to uwagi. Nie lubi jak jego słowa są rzucane na wiatr. Jest bardzo opanowany. Zachowuje zimną krew. Woli dokładnie rozpatrzeć wszystkie opcje i głęboko się zastanowić (jednak czasem, gdy potrzeba szybkiego rozstrzygnięcia, trwa to zbyt długo) niż popełnić pochopną decyzję. Umie rozwiązywać problemy. Trudno wyprowadzić go z równowagi, wypracował to niemal do perfekcji. Nigdy nie wybucha nieuzasadnionym krzykiem, czy furią. Ignoruje chamskie zaczepki. Woli załatwiać rzeczy na spokojnie i mądrze. W takich sytuacjach okazuje swoją cierpliwość. W ciągu swojego życia bardzo wiele się uczył i wciąż zdobywa wiedzę, która jest mu potrzebna w niezmiernej ilości w jego pracy. Zazwyczaj dotyczy ona nauk przyrodniczych i medycyny. Łatwo przyswaja ciekawostki. Ufa, ale robi to rozsądnie. Lubi otaczać się osobami bezpośrednimi, takimi z którymi można o czymś porozmawiać. Konkretnie i bez owijania w bawełnę. Ceni sobie lojalność. Stara się nie odtrącać kogoś nawet jeżeli za nim nie przepada. Do innych ma takie podejście jakie oni mają do niego – jeżeli ktoś go szanuje, to on odwzajemnia się tym samym. Nie umie się obrażać. Częściej jest mu po prostu przykro. Jednak jeżeli ktoś jest z nim nieszczery i fałszywy lub manipuluje nim, to nie chce mieć z taką osobą nic wspólnego. Łatwo wybacza, ale nigdy nie zapomina. Jest bardzo czuły i troskliwy – zawsze na pierwszym miejscu stawia potrzeby innych, dopiero później swoje. Nie zwraca uwagi, jeżeli coś go boli, czy ma jakieś obrażenia. Uważa to potrzeby niższego bytu. Zdolny do poświęceń. Lubi śmiać się, żartować. Często rzuca zabawnymi tekstami, które na długo pozostają w pamięci. Umie być sarkastyczny. Niekiedy lubi się z kimś podrażnić. Swoją euforię wyraża bardzo intensywnie, co łatwo przechodzi na innych. Przyciąga do siebie i jednoczy wilki. Myślą, że wiedzą o nim wszystko jednak większość jest w głębokim błędzie. Gdy ktoś zadaje mu pytanie, które nie jest mu na łapę, odpowiada wymijająco – tak, żeby zaspokoić pytającego, ale żeby nie zdradzać żadnych szczegółów. Wiele osób odwraca się od niego, gdy odkrywają prawdę o jego pracy. Pytanie o profesję jest właśnie jednym z tych pytań „nie na łapę”. Nie przejmuje się tym, ponieważ lubi to co robi i jest to dla niego ważne. Jeżeli ktoś nie akceptuje go tylko dlatego, że od czasu do czasu musi przeprowadzić trepanację czaszki, to już nie jego sprawa. Nie obchodzi go co myślą o nim inni. Swoją pracę traktuje jako przyjemność, nie obowiązek. Raczej się nie nadwyręża. Optymistyczny realista. Jest lekkoduchem i życie traktuje jako krótką chwilę szczęścia. Jeżeli mu się coś nie uda, no to cóż. Ale jeśli trzeba, o cokolwiek by nie chodziło, daje z siebie wszystko. Stara się nie przywiązywać do niczego uczuciowo a przeszłość zostawiać za sobą.

Lubi:
Zachody słońca -> długie wieczory przy ognisku ->oglądanie nocnego nieba| rosę | robienie ozdób i biżuterii| śpiew, muzykę| swoją pracę| wiosnę| czas w miłym gronie | las | wędrówki | adrenalinę | szczerość | uśmiech | silny wiatr | zagadkowe zwłoki

Nie lubi:
Fałszywości| wykorzystywania, śmiania się z innych| jak ktoś je dobre rzeczy przy nim| smutku | nadgorliwości

Historia:
Młody basior prowadził normalne życie wraz z rodziną. Ojciec od zawsze ubiegał się o stanowisko alfy. Jednak wszyscy wiedzieli, że jest zbyt tchórzliwy. Zawsze przegrywał pojedynki, ale mimo to był szanowany. Gdy był jeszcze młody obronił szczenięta połowy wilków z watahy przed zgrają podstępnych kojotów. Wtedy otrzymał swój przydomek. Był surowy, a miejscami bezlitosny. Często wybuchał furią, co było objawem jego słabości. Jego dzieci jak ryby głosu nie miały. Dzięki temu Laycatin nauczył się pokory i zaczął znosić niesprawiedliwości oraz trudności życia. Każde słowo sprzeciwu było karane, dlatego on siedział w kącie i wynalazł sobie zajęcie – robienie bransoletek z trawy. Zawsze był uciesznym wilczkiem dlatego po pewnym czasie pół watahy było obdarowane jego rękodziełem. Jako młodszy z braci zawsze był dyskryminowany. Jednak Nilen – starszy brat- był po jego stronie i gdy ojciec nie widział, był najlepszym przyjacielem Laycatina. Matka zaś była bardzo dobra i łagodna. Poddawała się rządom ojca i starała się bronić dzieci, za co często jej się obrywało. Po niej Catin odziedziczył miłość, zdolność do poświęceń. Zawsze skrycie ją podziwiał. Pewnego razu podglądał akcję, gdy po polowaniu zwierzyna jest rozdzielana dla każdego. Sarna, która była ofiarą łowów jeszcze oddychała. Jej oczy były przestraszone i wypełniał je ból. Błądziły po karmazynowym niebie. Gdy wszyscy rozeszli się Laycatin podszedł do szczątków sarny. W głębi rozerwanej piersi coś delikatnie łopotało. Serce trzęsące się w ostatnich konwulsjach. Nie rozumiał tego. Nie wiedział jak. Przecież nie żyła, więc jak jej serce mogło jeszcze bić. Z jednej strony przerastała go śmierć zobaczona z tak bliska, ale z drugiej zaciekawiło go funkcjonowanie organizmów i chciał posiąść na ten temat jak największą wiedzę. Swoje obserwacje zaczął przeprowadzać na zdechłych zwierzętach, które czasem udawało mu się znaleźć w lesie. Wcale go to nie obrzydzało, ale robił to w ukryciu, ponieważ wiedział, że ktoś inny może pomyśleć sobie o nim coś dziwnego, za co będzie miał niemiłe konsekwencje. Gdy tylko ukończył 2 lata postanowił opuścić watahę i rodzinę. Nie miał co tam szukać. Nie ukrywał się z tym, że odchodzi i wiele osób jeszcze długo go wspominało. Matka w ukryciu płakała za swoją największą opoką. Inne wilki żegnały go ze wzruszeniem. Niewiele dotychczas podróżował toteż nie znał drogi, nie orientował się w terenie. Błądził. W końcu brudny i wycieńczony dotarł nad strumień. I tam rozpoczęła się jego przygoda. Poznał Rivallan. Gdy zaś przygoda legła w gruzach zostało mu po niej tylko wspomnienia i jeden przedmiot – wilcza czaszka. W wieku 5 lat był już wilkiem po przejściach. Jego umysł był zasnuty. Podróżował i nie zatrzymywał się dopóki z opuszek łap nie zaczynała lecieć mu krew. Zdobył wielkie doświadczenie, co bardzo mocno oszlifowało jego charakter. Przebywał w różnym towarzystwie, co pozostawiło swoje piętno w postaci obecnego wyglądu – kolczyków, tatuaży, bransolet. Na swojej drodze spotkał mentora. Uczonego w medycynie, astronomii i innych dziedzinach. Tam zgłębił tajniki wiedzy. Rastomolesa traktował w głębi serca jak ojca. Nauczył go nie tylko rzeczy intelektualnych, ale nadał mu nową mentalność. Przede wszystkim pokazał mu tajemnice emocji. Dzięki niemu Laycatin rozgryzł siebie jeszcze bardziej i znów zaczął cieszyć się życiem. Zrozumiał, że musi je poukładać, a przeszłość to nie wszystko, więc wyruszył w poszukiwaniu watahy.

Rodzina:
Matka – Cyntis
Ojciec – Kojot (nigdy nie poznał prawdziwego imienia swojego ojca, które brzmi Rohan)
Siostry z jego miotu: Berninis i Formalia
Starszy brat Nilen
Siostra Amaris.

Partner:
Od przełomowego momentu w swoim życiu już nigdy nie spojrzał na żadną waderę jako na potencjalną partnerkę, czy coś w tym stylu. To było instynktowne. Każdą brał po prostu za przyjaciela i nawet jak ona chciała czegoś więcej, to on ze zdziwioną miną nie wiedział o co chodzi. Nie patrzył na to od tej strony. Nie uważa też, żeby jakakolwiek go chciała. W tym akurat ma bardzo małe poczucie własnej wartości. Przez to wiele osób posądzało go o homoseksualizm.

Relacje:
Rivallan – wadera uznawana za nieprzyzwoitą w jego watasze. Co prawda, miała swój charakterek. I za to była osądzana (niesłusznie) o nierząd i wygnana. Spędził z nią wspaniałe, ale także najgorsze chwile swego życia. Była od niego starsza o prawie dwa lata. Jego miłość była tak wielka, że zachowywał się jak mały psiak. Nawet jak go zbito on i tak wracał z uciesznie zwisającym językiem. Rivallan nie rozumiała tego i nie odzwierciedlała tego uczucia. Jednak z tego wszystkiego mieli wspólną cząstkę, którą Laycatin pokochał jeszcze bardziej.

Lokum:
Już od dawna prowadzi tułaczy tryb życia. Sama decyzja, by pozostać gdzieś na dłużej (może nawet na dłużej-dłużej) była dla niego trudna. Przyzwyczaił się do ruchu i zmiany miejsca zamieszkania. Wędrując zazwyczaj spał pod gołym niebem, lub w najbliższych jaskiniach. Czasem tworzył sobie szałas, jeżeli miał materiały. I tak już zostało. Może kiedyś jakieś miejsce oczaruje go swoim urokiem i zostanie tam na dłużej.

Inne:
Niestety w watasze nie uznano jego zacnej profesji patologa, więc wziął na swoje barki stanowisko laguza, by móc być bardziej zaangażowanym w sprawy watahy. Ze względu na to, że zna się na medycynie zajmuje się również pracą, jaką pełni zielarz. Robi to dorywczo- w wolnym czasie sporządza eliksiry, a w potrzebie pomaga innym jako medyk.
  Dodatkowe zdjęcia:



Sprawności:
Szybkość | 30
Refleks | 31
Siła | 21
Wytrzymałość | 35


Jery: 350
Rzeczy z targu: Brak.

Upomnienia: 0/3
Kontakt: 

sobota, 18 marca 2017

Od Sunset: "Czarna krew królika? (Historia III)"

Wzięłam ze sobą najważniejsze rzeczy. W sumie nic nie wzięłam… bo co miałoby być potrzebne do tej wędrówki? Błądziłam myślami, lecz nadal byłam świadoma swojego celu. Zastanawiałam się nad życiem, przeszłością. Niby temat, o którym się myśleć, a co dopiero mówić nie powinno, ale zazwyczaj nie zostaje Ci nic innego, jeśli od długiego czasu wędrujesz bez wiedzy, czy faktycznie to, co robisz, jest potrzebne. Zadeklarowałam się, więc poszłam. Im dłużej szłam, tym ciężej stawiałam kroki ze zmęczenia. Czekała mnie długa droga, a zdawałam sobie sprawę, że to, co przeszłam, jest niczym w porównaniu do odległości. Mimo swoich błędnych myśli wiedziałam, że pomagam myśliwemu z dobrej woli, nie obowiązku, jak to mógłby ktoś inny pomyśleć.

Zaczęło burczeć mi w brzuchu. Dźwięk był głośny i niezwykle irytujący. Najwyższa pora zapolować, bo nigdzie w okolicy owoców ani warzyw nie widziałam. Skręciłam za jednym z tysiąca drzew w poszukiwaniu ofiary. Nie zbaczałam jednak z trasy, żeby nie zgubić kierunku, mimo że umiałam je rozpoznać. Machając w tę w we w tę ogonem, mój nos był prawie przy ziemi, aby lepiej poznać zapach. Niewygodnie się szło, ale chociaż się opłaciło. W pewnym momencie poczułam króliczą woń. Podniosłam łeb i nastawiłam uszy, zdając się na słuch, który miałam o wiele lepszy. Słysząc szmer, odruchowo spojrzałam na miejsce, z którego on dochodził. Był to krzak. Powoli i bezszelestnie zaczęłam do niego podchodzić w pozycji walczącej. Kiedy wyjrzałam zza rośliny, zobaczyłam kicające zwierzę. Nie widziało mnie, więc ugięłam kończyny. Dziwne było, że królik się tu pałęta. Spodziewałabym się prędzej zająca. Nie narzekałam jednak. Bezbronny nie zdawał sobie sprawy, co za chwilę go spotka. W pewnym momencie wybiłam się, skacząc zza krzaka. Skierowałam przednie łapy na stworzenie. Ułamek sekundy później, moje przednie łapy zetknęły się z szyją zwierzaka. Przez rozpęd wraz z nim poleciałam do przodu, ocierając brzuchem o ziemię. Pył, który zrobiłam, zasłaniał mi widok oraz drażnił oczy. Mimo brązowej zasłony, dostrzegłam, jak królik próbuje uciec z moich uniesionych nad ziemią łap, szarpiąc się na lewo i prawo. Zamknęłam oczy, przekręcając łbem w prawą stronę, po czym zaczęłam go dusić, zaciskając łapy. Nie był wielkich rozmiarów, więc nie potrzebowałam do tego kłów. Próbowałam zrobić to delikatnie, więc schowałam pazury w ciągłej gotowości do ich wystawienia. Słysząc jęki, krzywiłam pysk. Nigdy nie lubiłam zabijać. W uszach zaczęło mi bębnić, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego. Nagle nastała cisza. Martwa cisza. Otworzyłam powoli oczy wolne od pyłu, po czym odwróciłam się w stronę ofiary. Łeb zwisał jej na moich łapach. Deliktanie odłożyłam ją na ziemię, po czym zabrałam się za robienie ogniska, żeby chociaż jej smak się nie zmarnował.

Od Sunset c.d Shakuy'i: "Kółka"

Niepewnie przekręciłam łbem w stronę Shakuy’i. Ta wiedząc, że ją obserwuję, przestała spoglądać na pustą gałąź, a spojrzała się na mnie. Byłyśmy obok siebie, więc dziwnie wyszło, bo nasze pyski dzielił jedynie kawałek. Odsunęłam się pod pretekstem uwierającej pod łapą gałęzi.
- Lód – zaczęłam, strzepując z łapy piach – może się przydać.
- W jaki sposób? – Spytała delikatnym głosem, lecz nadal z tym samym wyrazem pyska.
Mogłam jej od razu odpowiedzieć na to pytanie, lecz dziwny, a zarazem nieznany mi zapach unosił się w powietrzu, przez co obłąkana powstrzymałam się od powiedzenia czegokolwiek. Chwilę spoglądałam na niebo, przekręcając srebrnymi oczami w poszukiwaniu tej dziwnej kreatury. Zrezygnowana, bo jedyne, co mogłam dostrzec to szare chmury, które nie pozwalają dać Słońcu zabłysnąć, postanowiłam przerwać ciszę.
- Może to trochę brutalne – westchnęłam — ale można temu czemuś zamrozić skrzydła. – Nie spodziewałam się, że coś takiego powiem. Przecież nie chciałam mu w rzeczywistości robić krzywdy.
- Żeby mu się złamały? – Zauważyła. – Robakowi?
Tak, miała rację, ale jej tego nie przyznałam. W końcu nie tak mnie wychowano. Gdyby jednak zamrozić skrzydła ptaka… Może i byłoby gorzej dla nas, ale lepiej dla niego.
- Nie. – Zaprzeczyłam łagodnie, robiąc kółka pazurem prawej łapy po ziemi. – Nieważne już… Nie wyszłoby.
- Jak wolisz. – Odwróciła ode mnie wzrok i skierowała go na niebo. Może szukała tego, co wcześniej ja?
Ponownie nastała cisza. Tak mi się przynajmniej wydawało. Piękny śpiew ptaków nic nie dawał, przynajmniej mi. Skupiałam swój wzrok na robionych przeze mnie kołach. Miały poprawne kształty, ale były takie same. Wszystkie w tym samym brązowym kolorze. Różniły się jedynie rozmiarem, a nie o to chodziło. Z tego powodu zaczęłam robić na niektórych paski, a na innych kropki. Tym razem podzieliłam je na dwie grupy. Na niektórych zrobiłam gwiazdki, przez co teraz były aż cztery podziały. Nieważne, jak ozdobisz każde kółko, zawsze będzie chociaż jedno takie same, niekoniecznie widoczne dla naszych oczu.
- Patrz! – krzyknęła nieco entuzjastycznie wadera, wskazując łapą na czarną plamkę. Czarną plamkę? To był ten szkodnik.
Odbijając się w stronę Shaku, żeby zobaczyć coś ważniego, zasypałam kółka brudem, jakim była lepiąca się ziemia. Nawet nie zwróciłam na to uwagi, to raczej naturalne u nas.
- Faktycznie. – skupiłam swój wzrok na latającym w oddali stworzeniu. – Biegnijmy za nim, bo znowu zniknie nam z oczu.
Wadera kiwnęła głową. Wymieniłyśmy na moment wzrokiem, po czym pognałyśmy w stronę specyficznego intruza. Zapomniałam o zrobionych przeze mnie kółeczkach. Nie były ważne, więc o nich zapomniałam, to normalne u nas. Prawda?


Shakuya?

piątek, 17 marca 2017

Od Sorki: " Szklana Kołysanka" (przygoda II)

Wyraz pyska Cedy wskazywał na to, że nie jest zachwycona naszym położeniem. Sunset też niepewnie spoglądała w dół. Jedynie Dallam postępowała naprzód, pewnie stawiając kroki po wąskiej, skalistej ścieżce.
Szlak górski w tym miejscu pozostawiał wiele do życzenia. Szłyśmy gęsiego zboczem wzgórza, po lewej mając oparcie w postaci zbocza, po prawej przepaść. Na jej dnie rozciągał się dywan lasu pogrążonego we mgle i cieniu góry. Wiał wiatr, targał futrem, kąsał oczy, podcinał łapy. Jakiś ptak drapieżny śmignął nad nami, szybując po niebie w odcieniu indygo. Siwe chmury pochłaniały szczyty wokół.
- Mam nadzieję, że widok będzie tak zachwycający, jak mówiłaś, Dallam - powiedziała Sun, mrużąc z lekka oczy.
- Bez najmniejszych wątpliwości - odpowiedziała Dallana - wiem, że jesteście zmęczone, ale to już blisko...
Nasz pochód stanął. Wychyliłam się, by zobaczyć co nas zatrzymało.
- Ścieżka tutaj jej odrobinę węższa, ale przejdziemy bez problemu - oznajmiła wadera, ruszając dziarsko przed siebie.
Powlekłyśmy się za nią, drobne kamienie wyskakiwały spod naszych łap i z turkotem turlały się po zboczu.
- A co by było, gdyby... - Ceda zwilżyła pysk językiem - gdyby, przypuszczając, któraś z nas tam spadła?
- Masz na myśli siebie? - Mruknęła Dallam i zwolniła trochę.
Ceda nie odpowiedziała. Poznałam ją dopiero dzisiaj, więc nie mogłam stwierdzić, czy to ze strachu, czy innego powodu.
- Wszystkie jesteśmy chyba lekkie, całkiem zwinne... - zaczęła Sunset, przyglądając się nam po kolei.
Zanim zdążyłam złapać sens jej słów, poczułam ruch pod łapami. Pojawiły się pęknięcia, najpierw drobne, tak drobne, że zasypał je piach. Dopiero, gdy się rozrosły poczułam wagę zagrożenia, spadającego na nas jak imadło. Nie zastanawiając się długo, bo na to nie było czasu, popchnęłam idącą przede mną Sunset, która wpadła na Cedę, a Ceda na Dallam, po czym ześlizgnęłam się w dół. Krzywiąc pysk, gdy kamień trafił mnie w klatkę piersiową, zdołałam wczepić łapy w wystającą część zbocza. Zakrztusiłam się i zamrugałam gwałtownie, starając się odpędzić od powiek zalegający w powietrzu pył.
- Sorka! - Ktoś wołał z góry.
Z trudem uniosłam pysk. Dallam próbowała sięgnąć do mnie, Sunset próbowała jej pomóc.
- Gdyby Asmo tu był... - jęknęła Ceda.
- Poczekaj... - Oczy Dallany pociemniały nienaturalnie, łapy szukały oparcia - wyciągniemy cię stamtąd.
Rozejrzałam się mętnym wzrokiem. Kurz już opadł, dał mi pojęcie o wysokości, na jakiej się znajdowałam. Mogło być gorzej. Odległość, dzieląca mnie od moich towarzyszek była zbyt duża, by mogły mi pomóc.
Złapałam wzrok Cedy, która jako jedyna nie próbowała zabić się na skałach, rozpaczliwie mnie ratując. Nie wyglądała dobrze. Patrzyła na mnie sparaliżowana, oczy miała rozszerzone z przerażenia.
- Ceda! - Zawołałam, starając się by mnie usłyszała - spotkamy się tam, na górze!
- Że co?
- Jeśli nie wrócę zanim się ściemni, wracajcie do watahy, dobra? Ja sobie poradzę!
- Zwariowałaś? Pył ci naleciał do... - wadera otrząsnęła się z osłupienia - a niech cię... Sunset, Dallam! Powiedzcie co...!
Nie usłyszałam reszty wypowiedzi Ced. Zagłuszył ją świst powietrza. I bicie mojego serca, łomoczącego, jakby chciało pęknąć. Pomknęłam w dół, uderzając o zbocze i skały. Starałam się zwinąć jak najbardziej, by uniknąć poważnych obrażeń. Zacisnęłam powieki, czułam tylko wstrząsy i uderzenia. W kręgosłup, w głowę, w brzuch, w pysk. Rumor pędzących przy mnie kamieni, huk wiatru, własne warknięcie na nieoczekiwany ból. Nagłe uderzenie wyrwało tlen z moich płuc.
I cisza.
Leżałam przez chwilę, przygnieciona kupką kamieni i oddychając ciężko. W płucach mi rzęziło, mój oddech był chrapliwy i powolny. Zacisnęłam powieki, by uspokoić rozbiegane oczy. Straciłam poczucie czasu, moje łapy zdrętwiały, przyciśnięte do brzucha. Bolały mnie wnętrzności, w głowie mi dudniło i waliło i szumiło. Powoli wyprostowałam łapy i poruszyłam się. Szare skałki zsypywały się ze mnie z każdym większym ruchem. Podniosłam się chwiejnie, po chwili jednak upadłam. Zaczęłam mieć zawroty głowy. Niedobrze, miejsce w którym się znajdowałam to było odkryte pole. Byłam tutaj bardzo dobrze widoczna.
Przede mną zamajaczył ciemny las, pełen drzew i krzewów. Sprawiał niepokojące wrażenie. Teren wyglądał na podmokły, wszędobylski wiatr nie ruszał tamtejszych gałęzi, mgła zalegała, tworząc fantazyjne i upiorne kształty. Z wahaniem poczołgałam się w jego kierunku. Miałam nadzieję, że nie stracę przytomności w tak beznadziejnym położeniu. Podjęłam próbę spowolnienia tętna. Uspokajałam oddech, wytężałam wzrok. Tępy ból wżynający się w moje ciało pogarszał sytuację. Nie byłam przyzwyczajona do bólu.
Po kilku minutach wczołgałam się pod osłonę drzew, na podmokłą ziemię, skryłam się wśród knieji. Niebo sprawiało wrażenie, jakby poszarzało w trakcie mojej niedługiej wędrówki. Nie czułam powiewu wiatru. Cisza była tak głęboka, że aż niepokojąca.
Wtedy usłyszałam jej śpiew.
Pośród drzew zafalowała świetlista sylwetka. Nuciła kołysankę. Jej głos brzmiał żałobnie i bardzo smutno. Nie rozróżniałam słów, ale melodia mówiła sama. Poczułam gorycz i żal duszy uwięzionej w mrocznej celi, celi ze szkła. Duszka płakała, jej łzy kapały na moje futro, zmywając moje własne troski i żale. Szloch duszki, sprawił, że i z mojego gardła wydobywał się pisk rozpaczy. Biel zakryła mi obraz, straciłam władanie w oczach. W uszach rozbrzmiewał mi niekończący się krzyk o litość. Opadłam bez ruchu na ziemię. Duszka zbliżała się do mnie. Była blisko, coraz bliżej. Bardzo blisko...
Coś mnie szarpnęło. Potem jeszcze raz. Jęk wysiłku, warknięcie. Uderzały mnie liście i gałęzie, gdy nieznana siła ciągnęła mnie przez las. Nieprzytomnymi ruchami próbowałam się oswobodzić. Duszka płakała, płakała za mną! Nie pomogła walka, w mętniejącym umyśle nie było miejsca na skupienie. Kołysanka umilkła całkowicie. Wszystko umilkło.

cdn.

Od Dallany c.d. Sorki: "Zima wilkowi wilkiem"

Chwilę wcześniej skręcało mnie w żołądku na myśl o zbliżeniu się do tego śluzu, teraz wbiegałam w ohydny tunel. Maź znajdowała się nie tylko na ścianach; biegnąc, musiałam pilnie uważać, by nie zaliczyć gleby prosto w obrzydliwą ciecz. Korytarz początkowo był koszmarnie ciemny. Co jakiś czas miałam wrażenie, że dotyka mnie śliska macka. Kiedy dotarł do mnie nikły blask naściennej świecy, doszłam do wniosku, że wolę jednak mrok. Od czasu do czasu, to znaczy przy każdej świeczce, do ogólnego wrażenia dochodził widok tego, po czym stąpałam. Starałam się mimo wszystko trzymać tępo, bo w końcu tunel kiedyś się skończy, a bez mapy nie wiedziałabym, jak chociażby zawrócić.
Znowu w mroku, znowu ohydne uczucie i nagle podłoże zaczęło gwałtownie opadać, a rozpędzona ja nie mogłam wyhamować, przez co upadłam i zjeżdżałam coraz szybciej, przy zakrętach uderzając o ściany i na chwilę wytracając prędkość. Trwało to dla mnie moment, gdy nagle zjechałam na prosty grunt, prosto w kierunku światła. Zatrzymałam się, ale rozpędzona Sorka uderzyła we mnie, przez co obie wyleciałyśmy z tunelu. Podniosłam się na łapy. Na gładkiej, do tej pory dosyć czystej podłodze widniały plamy galaretowatej substancji, w której byłyśmy całe skąpane. Zapach szlamu spowodował, że mnie zemdliło i najzwyczajniej w świecie - zwymiotowałam. Stałyśmy chwilę, kaszląc i otrząsając się.
- Co... To... Było. - rzuciła Sorka. Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam. Miejsce, gdzie się znalazłyśmy, było małym i kompletnie pustym pomieszczeniem, poza kotarą, prawdopodobnie zasłaniającą kolejny tunel. - Dallam, mapa i tak nie byłaby czytelna po kontakcie z... tym. - machnęła łapą w kierunku, skąd przyszłyśmy.
- Masz rację, ale nie możemy tu tkwić.
Byłyśmy kompletnie same w miejscu, o którego istnieniu nigdy nie słyszałam, mimo że jestem tu od urodzenia. Nie wyglądało to najlepiej. Nagle kotara się przesunęła, ukazując korytarz, niemal prosty, wydawał się niezbyt długi. Nie widać było osoby, która odsłoniła przejście. Ruszyłam w tym kierunku powoli, usiłując zorientować się, co jest dalej. Sorka zaś nie postąpiła nawet kroku. Spojrzałam na nią pytająco, na co ta wymamrotała coś pod nosem, wgapiając się w wejście.
- Co mówisz? - spytałam półgłosem.
- Jaszczurki. - Powiedziała równie cicho, nie ukrywając odrazy. Powędrowałam za jej wzrokiem. Faktycznie, dopiero wtedy zauważyłam dziesiątki małych gadzin obsiadających sklepienie tunelu i ruszających zasłonką.
- Jeśli nie są wilkożerne, to się jakoś dogadamy przecież. Patrz - przewracając oczami, weszłam na skraj tunelu. Szeleszcząco-syczący tłumek przeformował się, odsuwając w głąb i wciskając w dziury. Jedna, głupia i ciekawska, przeszła mi między łapami w kierunku wadery, wystawiając swój ruchliwy język, ale zdążyłam przygnieść ją łapą. Raczej już nie wstanie. - Widzisz? Zwykłe, nieszkodliwe gadziny. Prędzej ty zjesz je, niż one ciebie.

Sorka?

wtorek, 14 marca 2017

Od Shakuy'i c.d. Sunset: "Pszczoła, a pająk"

Te myśli wywo­łały na mnie nie­przy­jemne dresz­cze, przez co od razu poża­ło­wa­łam tego wszyst­kiego. Prze­cież to tylko robak, nic wię­cej. Na doda­tek kruk! Ta… samą sie­bie dobi­jam.
– No ta, ale to nie wydaje się być czymś… natu­ral­nym – naj­wi­docz­niej i ona miała pro­blem z dobra­niem odpo­wied­nich słów. Spoj­rza­łam w kie­runku robaka, jed­nak na jego miej­scu poja­wił się czarny kruk. Patrzył na nas swo­imi ciem­nymi oczami, zamach­nął skrzy­dłami i zakra­kał, jakby chciał nam coś powie­dzieć.
– Jestem posłań­cem, nie znam się na takich rze­czach – pomimo moich obrzy­dli­wych myśli i nie­przy­jem­nych cia­rek, pomimo tego, co teraz widzia­łam, mój pysk dalej nie zmie­niał się. Cza­sem obser­wu­jąc swoje odbi­cie w tafli wody zasta­na­wiam się, czy ja w ogóle potra­fię się cho­ciażby uśmiech­nąć, albo skrzy­wić. Po dro­dze spo­tka­łam dwa stwo­rze­nia, które widząc mój spo­kój, który mylili z obo­jęt­no­ścią twier­dzili, że jestem bez serca. Cie­kawe dozna­nie, gdy nagle obca Ci osoba, która znasz rap­tem parę minut mówi Ci, że jesteś z kamie­nia. – A moje moce pole­gają na zimie. To się raczej nie przyda – doda­łam.
– Moje pole­gają na ener­gii, więc też wąt­pię – powie­dzia­łam, a kruk zle­ciał z gałęzi, wylą­do­wał od nas parę metrów na ziemi i zamie­nił się z powro­tem w robaka. Wizja tego, co może po Tobie łazić znowu powró­ciła, a ja mia­łam ochotę to coś roz­dep­tać. Ale zamiast tego sie­dzia­łam w miej­scu i jedy­nie się temu przy­glą­da­łam. – Widzia­łaś coś podob­nego? – zapy­tała, a ja chwi­lowo mil­cza­łam zasta­na­wia­jąc się nad odpo­wie­dzią. Dużo podro­ża­łam, długo. Wiele mnie spo­tkało, wiele przy­gód, wiele dzi­wactw, wiele nie­bez­pie­czeństw. Ale czy można moją jaką­kol­wiek podroż porów­nać do tego zja­wi­ska?
– Tak – odpowie­dzia­łam, a Sun­set spoj­rzała na mnie, kiedy ja dalej obser­wo­wa­łam czarną kropkę na tra­wie. – Kie­dyś spo­tka­łam w tunelu coś, co brzę­czało jak psz­czoła, a wyszedł mi na spo­tka­nie ogromny pająk. Potem poja­wiła się reszt zgrai i wszyst­kie zmie­niały swoją formę – psz­czoła, albo pająk. Ale szcze­rze – dopiero tu spoj­rza­łam na nią. – Nie mam poję­cia co to było i nie potra­fię tego okre­ślić, ani porów­nać do tego. Tamto coś było agre­sywne i pew­nie bro­niło swo­jego tery­to­rium. Psz­czołą mogła robić jedze­nie, a pająki budo­wać schron. Ale nie widzę sensu pomię­dzy kru­kiem, a roba­kiem – powie­dzia­łam god­nie z prawdą, dzi­wiąc się samej sobie, że tak dużo powie­dzia­łam. Wró­ci­łam wzro­kiem do tego dziw­nego stwo­rze­nia wraz z towa­rzyszką, jed­nak robak znik­nął, a na jego miej­scu nawet nie było kruka.

<Sunset?>

Od Cedy: "Jedyna pośród drzew" (historia II)

- Ceda! - usłyszałam wrzask przerażonego Asmodeusa. Wszystko działo się szybko, a ja czułam, jak serce staje mi na chwilę, kiedy spostrzegłam, co znajduje się pode mną. Wąwóz. Jego ściany usiane były ostrymi skałami, a na dnie piętrzyły się się gęste korony nagich drzew. Gwałtownie krzyknęłam, a pode mną pojawiła się machinalnie utworzona Tarcza, rzucając błękitny cień na kamienne szpikulce. Ze strachu uwolniłam moc, w której twór uderzyłam po chwili z ogłuszającą siłą. Ległam bezwładnie na runach, czując ciepło ulgi rozchodzące się po ciele, ale oprócz tego zbawiennego uczucia przezywający ból odezwał się w boku, na którym wylądowałam. Zorientowałam się, że wstrzymałam oddech, więc wypuściłam mocno powietrze i natychmiast tego pożałowałam. Otworzyłam oczy, spostrzegając, że jedna z moich łap zwisa poza krawędzią okręgu. Odsunęłam się w oszołomieniu jak najdalej od przepaści, bojąc się, że płaszczyzna za chwilę się przechyli i zrzuci mnie w paszczę śmierci. Jęknęłam głucho, starając się uspokoić i pozbierać swoje myśli. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, jak bliska byłam końca mojego istnienia, ale jednocześnie poczułam lekką nostalgię. Blade wspomnienia dzieciństwa przemknęły przez mój umysł.
- Ceda! - usłyszałam ponowny krzyk i zadarłam głowę, żeby ujrzeć przerażone spojrzenie pochylonego Asmodeusa. - Wszystko dobrze?- Tak! - odparłam zdławionym, ochrypłym głosem.- Lecę do ciebie! - rozłożył potężne skrzydła.- Nie! - odkrzyknęłam, zrywając się panicznie. - Nie, nie, nie, Tarcza nie utrzyma nas obojga!- To po prostu... - zaczął, ale umilkł, przyciskając pióra do ciała. Zobaczyłam, że wokół mnie nie ma niczego, na co mogłabym skoczyć. Głazy znajdowały się zbyt daleko, żebym w nie trafiła.- Możesz zejść jakoś na dno tego wąwozu?- Tak. - odparłam po chwili, oceniając wysokość i sposób, w jaki mogłabym zejść – Dasz radę wylądować?- Nie ma szans. - mruknął – Te drzewa są za gęste.- Nawet kiedy nie mają liści?- A jak ja mam ci wylądować bez rozrywania sobie skóry na tych gałęziach? - zapytał sarkastycznie.- Słuchaj, spotkajmy się na początku tego kanionu. - odparłam, wskazując na wschód – Znajdź miejsce, w którym możesz zejść i idź w tym kierunku. W końcu będziemy musieli się spotkać.- Jasne. - usłyszałam, a żółte oczy wilka zniknęły zza krawędzi. Zwróciłam swoją twarz w dół, na nowo utworzoną Tarczę, na której potem wylądowałam dosyć koślawo przez bolący bok. W ten sposób zeszłam na sam dół wąwozu, mimo, że sporym problemem były dla mnie gęstwiny koron drzew i niższe sosny oraz świerki. W końcu jednak, zdyszana i z potarganą sierścią, stanęłam na ubogiej, leśnej ściółce, pokrytej topniejącym śniegiem. Pochyliłam się, dysząc ciężko. Ciemność przed moimi zamkniętymi oczami uspokajała moje rozstrojone nerwy. Było blisko, a miała być to tylko luźna, przyjacielska wycieczka. Prychnęłam śmiechem na wspomnienie słów Asmodeusa ,,A jeśli się poślizgniesz?" i własnej odpowiedzi. Wyprostowałam się powoli, rozglądając się po ubogiej okolicy. Drzewa tak się rozrosły, że ich liście nie przepuszczały dużej ilości słońca w lecie, więc mało co rosło pod nimi, a zima jeszcze bardziej potęgowała to wrażenie.. Powoli ruszyłam w umówionym kierunku, chcąc jak najszybciej spotkać się z towarzyszem i zostawić za sobą te feralne góry. Byłam pewna, że długo tu nie wrócę. Rozruszanie bolących mięśni na żebrach i brzuchu niezbyt mnie pociągało, ale nie stało mi się nic bardzo poważnego, więc nie było sensu czekać, aż basior sam mnie odnajdzie. Co jakiś czas przekraczałam niezgrabnie powaloną kłodę, nie mając odwagi wykonać gwałtowniejszego ruchu.Nagle zamarłam, a każdy mięsień na moim ciele napiął się niebezpiecznie. Zauważyłam coś, co natychmiastowo mnie zaalarmowało; za pobliskim krzakiem ujrzałam białą, świetlistą łunę, emanującą bladym blaskiem na tle szarego już śniegu i ciemnych konarów drzew. Po kilku sekundach do moich uszu dotarł cichutki dźwięk, który coraz wyraźniej zamieniał się w piękny, melodyjny śpiew.

poniedziałek, 13 marca 2017

Od Sunset c.d Shakuy'i: "Niewinny robaczek?"

Delikatny powiem wiatru, sprawiał, że czarny robak chwiał się, trzepocząc swoimi skrzydełkami. Nagle większa fala wiatru trafiła w jego lewy bok, przez co ten wręcz stracił równowagę, przekręcając się. W tej samej chwili ku moim oczom ukazał się kruk, lecz gdy wrócił na swój prawidłowy tor, wrócił do pierwotnej postaci. Zdziwiona spytałam się towarzyszki, czy też to widziała, ponieważ sądziłam, że to mogła być tylko moja wyobraźnia. Raczej nie wiedziała, o co mi chodzi, ponieważ jedynie niepewnie spytała, co miałam na myśli. Wtedy spojrzałam się na pierwszą lepszą rzecz, którą w tym momencie była trawa, lekko marszcząc brwi. Czy coś mi się ubzdurało? W tamtej chwili nie wiedziałam. Rozluźniłam się, przekręcając łbem na waderę, aby przyjrzeć się, co robi. Leżąc dokładnie przyglądała się źdźbłom trawy, szturchając nimi powolnym ruchem w tę i we w tę. Mimo że moim zdaniem nie było to ważne, nie chciałam jej podświadomie przeszkadzać, więc spojrzałam ku górze na bezchmurne niebo. Słońce mocno ogrzewało tereny, co mogło nawet zaszkodzić. Niektóre polany miały aż nadto promieni słonecznych, uschły. Jak to ze Słońcem- nie można na nie długo patrzeć, bo oczy bolą. Pomimo chwilowego kontaktu z kulą wodoru i helu, zmrużyłam oczy, odruchowo przekręcając łebkiem, jak najdalej. Otwierając je, mogłam jedynie zobaczyć białe smugi, które z czasem zaczęły znikać, a przed moimi oczyma ujawniać się las. Przetarłam je prawą łapą, po czym parę razy mrugnęłam- tak na wszelki wypadek. Odwróciłam się ponownie w stronę Shaku. Nie wiem dlaczego, ale akurat teraz nic mi nie przeszkadzało w przerwaniu jej czynności:
- Nic, musiało mi się wydawać. – odpowiedziałam z opóźnieniem na poprzednie pytanie. – Idziemy? Raczej nic Ci już dziś nie pokażę.
- Jasne. – podparła się przednimi łapami, po czym wstała i wyprostowała się, spoglądając w moją stronę. – Gdzie mamy iść? – w sumie nie wiedziałam, gdzie. Powiedziałam tak, bo polana wydawała się niezadbana, więc jeśli jakiś odpoczynek, to przy krystalicznych jeziorze.
- Nie wiem… Dwa lasy stąd jest śliczne jeziorko? Może tam by odpocząć po tej długiej wędrówce?- zaproponowałam pierwsze lepsze, co wpadło mi do głowy.
- Racja. To raczej lepsze niż grzanie się na pustej polanie. – powiedziała, po czym wolnym ze zmęczenia krokiem poszłyśmy w stronę lasu.
Drzewa wprawdzie liści nie miały, ale dolne, jak i bujne piętro ich morza rozkwitało. Idąc pozbawioną zieleni ścieżką, wymieniałyśmy się zdaniami. Jednymi ciekawszymi, drugimi nie, ale ciszy nie było, co mnie ucieszyło, ponieważ nie lubię, gdy drugi wilk jest spięty. W pewnym momencie gwałtownie cofnęłam tylną prawą łapę, ponieważ czarny niczym smoła ptak, przeleciał niedaleko nas, wydając chrypiały, przerażający, jak i głośny dźwięk. Skierował się do pobliskiej gołej gałęzi, której złapał się swoimi niewielkimi szponami. Parę razy zatrzepotał piórami, po czym łagodnie przyłożył do siebie. Niby nic wielkiego, lecz w pewnym momencie przez ułamek sekundy zmienił swą formę. Czarny robak jakby znikąd siedział sobie na gałęzi. Chwilę, bo zaraz potem zastąpił go kruk- ten sam, którego wcześniej miałam okazję dostrzec.
- Widziałaś to? – spytałam, wiedząc, że to jednak nie są zwidy.
- Tak. – odparła ze spokojem.
- Co robimy? – ponownie zadałam pytanie.
Moment ciszy przerwał jej delikatny głos:


Shakuya?

Od Cedy c.d. Dallany

Spojrzałam na żółtą nieznajomą, ale kątem oka ujrzałam, jak Asmodeus podnosi pytająco brwi.
- Chcemy przeprowadzić Ceremonię i wręczyć wam talizmany reprezentacji. - wyjaśniła szybko, uśmiechając się delikatnie. Nie wiedziałam czy Asmo już jest poinformowany o sprawach wewnętrznych watahy, ale nie miałam czasu o tym z nim porozmawiać; wilczyca ruszyła sprawnym truchtem na zewnątrz. Dogoniłam ją, spoglądając przez ramię na przyjaciela.
- Nie przedstawiłam się wam. - zaczęła nieznajoma, przeskakując zwinnie przez powalony pień – Jestem Sunset, Dagaza tej watahy.
- Ceda. - kiwnęłam jej głową w geście grzecznościowym.
- Asmodeus. Miło mi.
- Cieszę się, że zdecydowaliście się dołączyć do nas. Mam nadzieję, że znajdziecie tu swój kąt.
- Cóż, ja też. - mruknęłam, zatapiając się w rozmyślaniach na temat tego, co czeka mnie dosłownie za chwilę. Czy to może boleć? I jak będzie wyglądać to wyglądać? W końcu to jest coś bardzo ważnego dla osób, które zamieszkują te tereny, dodatkowo wierzą, że specjalne moce nadaje bogini, której imię nosi wataha oraz tereny, na których leży.
- Jak to wygląda? - Asmo przerwał milczenie, wachlując powietrze obolałym skrzydłem.
- Cóż, nie wiem jak wyglądają wasze talizmany, ale w chwili wręczania ciało wilka emanuje poświatą i nowa osoba związuje się na zawsze z reprezentacją. Pamiętajcie jednak, żeby nigdy ich nie zdejmować, a już absolutnie nie możecie dawać im komuś innemu. Jeśli to zrobicie, to talizman zmieni się w pył, a wy już na zawsze stracicie w oczach Jaszy i reszty watahy.
- Jasne. - przełknęłam ślinę w zdenerwowaniu. Znów zapadła mdląca cisza, a moje serce odczuwało coraz większy niepokój. Nie pokazałam tego jednak po sobie, starając się ze wszystkich sił powstrzymać drżenie głosu. Nie lubiłam w sobie tego, że ciężko mi panować nad emocjami. Po kilkunastu minutach marszu i dłużących się chwil oczekiwania usłyszałam niewyraźny szum wodospadu, żeby po kolejnych kilku momentach ujrzeć ścianę wody, podświetloną od tyłu przez pochodnie. Sunset zatrzymała się tuż przy wejściu, na które padały rozbryzgi lodowatej wody. Obróciła się do nas z poważną miną.
- Musicie przejść Ceremonię pojedynczo. - mruknęła, patrząc na nas po kolei, a płomień z wnętrza Świątyni tańczył blaskiem na jej grzbiecie.
- Ja mogę poczekać. - zaoferował się Asmodeus, po czym rzucił mi ukradkowe spojrzenie i oddalił się poza krąg pomarańczowej poświaty. Kiwnęłam mu głową na pożegnanie tak, jakbyśmy mieli się już więcej nie zobaczyć, po czym ruszyłam za Sun. Żółta wadera zgrabnie przeskoczyła do jaskini, a jej czarna końcówka ogona zniknęła za rogiem, nie zmącona nawet jedną kroplą wody. Ruszyłam za nią raźnie, zbierając się na odwagę. Chciałam zrobić dobre wrażenie podczas tej ważnej chwili, ale kiedy jedna z cząstek zimnego płynu dotknęła mojej skóry rozgrzanej przez zwinny trucht wzdrygnęłam się, odskakując. Syknęłam w myślach i przytuliłam się do kamiennej ściany, chcąc jak najbardziej oddalić się od nieprzyjemnego bodźca. Wykonałam dwa szybkie skoki i znalazłam się za ścianą wody. Moim oczom ukazało się duże pomieszczenie, zalane jasnym światłem. Na jego końcu ujrzałam piękne rzeźby, pod którymi stała Dallana, uważnie śledząc obecne wilki wzrokiem. Nie znałam ani jednej osoby, które stały pod oszlifowaną ścianą, ale podejrzewałam, że są kimś ważnym. Kiwnęłam im lekko głową, kiedy Sunset odeszła ode mnie i stanęła przy Dallanie.
- Cedo! - usłyszałam jej donośny głos. Pewnie zbliżyłam się do końca sali, maskując swoje zdenerwowanie brakiem wahania. Stanęłam na wyprostowanych łapach z dumnie uniesioną głową i postawionymi uszami. Czy chcę zostać jednym z nich i porzucić koczownicze życie?
- Czy naprawdę chcesz się stać jednym z wilków Berkanan i przyjąć talizman reprezentacji? - zaczęła Ansuza, jakby odgadując moje własne myśli.
- Tak. Chcę. - odparłam po kilku chwilach milczenia, a struny głosowe wyraźnie mi zadrżały.
- Zbliż się proszę. - Sunset uważnie obserwowała mnie, kiedy powoli przysunęłam się bliżej. Zobaczyłam, że na kamieniu ułożone są dwa talizmany; jeden przedstawiał niewielką kulę z gałęzi, w której znajdował się szary, okrągły kamień, a koło niego leżał łapacz snów, połyskując srebrnym blaskiem. Dallana wskazała łapą na pierwszy talizman, powieszony na rzemieniu ze słowami:
- On jest twój, Cedo. Szanuj go i nigdy, przenigdy nie pozwalaj nikomu go zabrać. Jest on symbolem przynależności do watahy Berkanan, od teraz jesteś jedną z nas.
Z bijącym sercem chwyciłam pasek skóry i zarzuciłam go sobie na szyję, a medalion opadł zadziwiająco powoli na moją sierść. Kiedy dotknął mojej skóry poczułam nagły impuls, biegnący od piersi aż przez całe ciało, ale było to dziwnie przyjemne. Ujrzałam, jak wokół mnie powietrze przeszywa biały blask, a kula z gałęzi lekko drży. Jak przez mgłę zdałam sobie sprawę z tego, że coraz mocniej przyciskam talizman do ciała, a uczucie szczęścia gwałtownie mnie wypełnia. Nagle to wszystko ustało, zupełnie tak, jakby ktoś przeciął taśmę filmu. Cofnęłam się gwałtownie, czując, jak opadają emocje, a skóra, której dotknęła kula emanuje przyjemnym ciepłem. Oszołomiona dyszałam lekko, nieświadoma jeszcze tego, co się stało po czym odjęłam łapę od swojej piersi. Podniosłam spojrzenie na Dallanę, która serdecznie uśmiechała się w moją stronę.
- Od teraz oficjalnie jesteś wilczycą Berkanan. Chroń naszego honoru i strzeż swojej reprezentacji, Cedo.
- Dziękuję. - odparłam po chwili, kiwając głową z szacunkiem ku Ansuzie.
- Naciesz się swoją reprezentacją i zawołaj proszę Asmodeusa.
Jeszcze raz skinęłam łbem, żeby po chwili odwrócić się i zniknąć za ścianą wody. Przeskoczyłam ją zwinnie, zdając sobie sprawę, że wreszcie mam gdzie żyć. Stanęłam na żółtej trawie, szczerząc się do samej siebie.
- Ced? Jak było? - usłyszałam przy sobie znajomy głos. Podniosłam wzrok na twarz towarzysza, a uśmiech nadal nie znikał z moich źrenic.
- Wspaniałe uczucie. - szepnęłam, odgarniając sierść na piersi, by pokazać mu medalion.
- Ładny. - skomentował cicho, ale nie odważył się wyciągnąć łapy, by uważniej go obejrzeć. - Jak mniemam, teraz moja kolej?
Kiwnęłam głową, szturchając go przyjacielsko.
- Powodzenia, Asmo. To naprawdę przyjemne.
- Dzięki. - mruknął, znikając po chwili za wodospadem. Chwilę jeszcze tak stałam, żeby potem oddalić się i poszukać jakiegoś miejsca, w którym spokojnie mogłabym spędzić noc.

Koniec serii

niedziela, 12 marca 2017

Od Cedy: "Jedyna pośród drzew" (historia II)

Ruszyłam wolnym truchtem w stronę wielkiego, starego dębu, pod którym umówiłam się z Asmodeusem. Od dłuższego czasu się nie widzieliśmy, a jak w końcu wpadliśmy na siebie to każde z nas musiało lecieć w swoją stronę. Planowaliśmy wspólny spacer w góry i równo w południe mieliśmy się spotkać pod drzewem. Nie miałam zamiaru się spóźnić, więc najprawdopodobniej dotrę tam przed czasem.
Moje łapy zwinnie omijały większe zaspy śniegu, klucząc głownie pod drzewami, tam, gdzie białego puchu było najmniej. Zauważyłam, że przychodzi odwilż. Mój oddech unosił się w postaci białej chmurki na wietrze, a ja przysłuchiwałam się jak wiatr łamie suche gałęzie sosen nade mną. Zniżyłam głowę, dostrzegając pomiędzy moimi łapami tropy zająca, nieco zatarte przez topniejący lód. Nie byłam głodna, więc tylko powodziłam za nimi wzrokiem i znów wpatrzyłam się w dal. Zauważyłam, że między drzewami majaczy polanka, na której zauważyłam czarną korę dębu, a kiedy przyjrzałam się bliżej, zauważyłam opalizujący, ciemny błysk. Uśmiechnęłam się pod nosem, przeskakując suche krzewy.
- No proszę, proszę. - uśmiechnął się melancholijnie – Spóźnialska Ceda się zjawiła.
- Co ty gadasz, Asmo, jaka spóźnialska? - usiadłam zdziwiona ostrożnie koło niego, uważając na jego skrzydła, które basior właśnie składał. Najpewniej chciał nieco rozprostować kości nim się pojawiłam.
- No a która jest godzina? - basior wskazał na niebo.
- Więc... - zaczęłam, chcąc odpowiedzieć, że tuż przed południem, ale słowa przyjaciela odebrały mi pewność siebie – Niedługo będzie... zenit?
- Trzeba cię trochę podszkolić z posługiwania się drogą słońca na nieboskłonie. - zachichotał, wstając z ośnieżonego piachu.
- Żartujesz. - odparłam poważnie – Naprawdę jest po południu, a nie przed?
- Oj Cedka, Cedka... - westchnął tylko, otrzepując lekko pióra z białego puchu, który najprawdopodobniej naniósł wiatr. Zmarszczyłam brwi, zdając sobie sprawę z mojej własnej głupoty. - Chodź, nie marudź. Nic się nie stało.
Parsknęłam śmiechem, zrównując swój krok z biegiem Asmodeusa. Las stracił już na swojej urodzie; zamiast białego śniegu na polanach zaroiło się od mokrej brei. Pół biedy kiedy byliśmy w głębokim borze; tam, mimo że nie napadało wiele śnieżnego puchu to nie tonęło się w zimnym bagnie ziemi zmieszanej z lodem.
Przez większość czasu rozmawialiśmy o watasze; omawialiśmy kwestie Ansuzy, Dagazy, innych wilków, terenów i tego, jak się czujemy w nowym otoczeniu. Wkrótce teren zaczął się podnosić, a góry zbliżały się coraz bardziej. Nim się spostrzegłam byłam nieźle zdyszana przez trucht po stromym terenie.
- To tu. - basior zatrzymał się przy skale. Zauważyłam, że właśnie od niej zaczyna się ścieżka. Asmo spojrzał na mnie przez ramię, po czym łapiąc równowagę skrzydłami wskoczył na głaz. Złożył pióra, czekając na mnie, ale nim zdążył otworzyć pysk, żeby mnie zachęcić do dołączenia do niego, to ja już stałam pewnie przy jego boku. Szlak piął się w górę, znikając w pewnym momencie za sporym kawałkiem góry. Mnóstwo wysokich miejsc, niedostępnych dla zwykłego, spacerowego chodu. Idealnie dla mnie, od razu poczułam adrenalinę.
- A jak się poślizgniesz? - zapytał mój towarzysz, uważnie stawiając łapy na górskich kamieniach.
- Albo uratuję się Tarczą... - powiedziałam, przerywając na chwilę, żeby wspiąć się na kolejny skalny blok – ...albo uratują mnie twoje skrzydła. Lub zginę, jako kilka strzępów mojego ciała rozpaćkanego na skałach.
- Grunt to pozytywne myślenie. - mruknął wilk, a ja poczułam powiew na grzbiecie, który był spowodowany siłą jego mięśni, kiedy podczas skoku uderzył powietrze piórami.
- No a jak. - zaśmiałam się, czując, jak serce mi bije pod futrem przez wysiłek. Zmilkliśmy, a ja w pełni skupiłam uwagę na wybieraniu stabilnych, bezpiecznych miejsc, na których mogłabym wylądować. Po kilku minutach stanęliśmy na szerokiej półce, a ja obejrzałam okolicę wokół samej siebie. Mój wzrok przykuła szeroka szczelina w jednej z kamiennych ścian.
- Hej, Asmo, patrz! - zawołałam, chcąc zwrócić uwagę przyjaciela. Podeszłam do wejścia do jaskini i przecisnęłam głowę przez niewielką przestrzeń.
- A tobie co? - zapytał mrukliwie. Rozejrzałam się po niewielkiej norze, uznając, że muszę wrócić tu sama.
- Nic, ale najpewniej znalazłam sobie nowe lokum. - osunęłam się od znaleziska, chcąc kontynuować podróż.
- Kolejna kryjówka?
- Miejmy nadzieję. Jeśli przejdę przez tę dziurę. - odparłam, od niechcenia prostując napięte tylne łapy. Zawisłam nad przepaścią, żeby po chwili wdrapać się na upatrzone miejsce. Spojrzałam na Asmodeusa, uśmiechając się serdecznie gdy nagle usłyszałam trzask. Przerażona spostrzegłam, że pod moimi łapami kruszą się osłabione skały. Chciałam skoczyć w panice z powrotem, uciec od zagrożenia, ale nim zdążyłam się chociażby obrócić, głaz runął w dół, pociągając mnie za sobą. Poczułam, jak myśli uciekają mi z głowy, a jedynym celem jest znaleźć się jak najdalej od miejsca, w którym aktualnie się znajdowałam. Panicznie rzuciłam się w bok, ale było już za późno. Półka oddalała się gwałtownie w ogłuszającym ryku lecących w dół kamieni.