niedziela, 14 maja 2017

Od Dallany c.d. Pierro: "Dobro jest względne 8"

Kompletnie nie wiedziałam, z kim mam do czynienia.
- Stoisz przed nią. - rzuciłam tylko, on zaś w odpowiedzi ukłonił się, przywołując na twarz nieprzyjemny grymas.
- Nazywam się Pierro, syn Abbada. Najmocniej przepraszam, jestem na Północy od niedawna. Jeszcze nie przyswoiłem wszystkich waszych zwyczajów.
Jakich zwyczajów, pomyślałam, czyżby w jego stronach nie znano słowa 'proszę'? Do każdego obcego jest taki?
Również się przedstawiłam, bacznie przyglądając osobnikowi. Był potężnej postury; moja pierwsza myśl była taka, że z pewnością ten basior nie lubi z nikim się cackać. Moją uwagę przykuły również oczy - były w dwóch różnych, wyrazistych kolorach. Piękne. Nie zarejestrowałam nikogo poza naszą dwójką, mimo to wolałam uważać.
- W jakiej sprawie mnie szukałeś, Pierro? - postanowiłam od razu przejść do rzeczy. Im szybciej załatwię tę sprawę, tym szybciej wrócę do swoich planów... Przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zdradził mi celu wizyty.
- Przywódco Wilków, chciałbym do was dołączyć. - powiedział, wciąż tonem nadętego posła lub innej 'osobistości'.
- Możesz mówić mi po imieniu, Pierro - co tym razem ci nie pasuje, że mrużysz brwi...- jak zwykle jesteśmy otwarci na nowe wilki, nie będzie więc problemu z twoim dołączeniem.
- Tak po prostu? - spytał, lekko zdziwiony.
- Cóż, tak. A jak inaczej?
- Nie sprawdzacie, czy obcy jest wystarczająco dobry, by móc zasilić wasze szeregi?
- Gdybyśmy mieli każdego testować, połowę populacji stanowiłyby wilki w okresie próbnym. Jeśli bogowie cię nie zabiją, to raczej nie ma problemu.
- Idziecie na łatwiznę.
- Ja to widzę nieco inaczej.
- Typowe dla wader - stwierdził kwaśno.
- Chodź zatem do jaskini. - rzuciłam oschle, ignorując jego słowa.
W kominku wciąż leżały rozżarzone węgielki. Kazałam basiorowi się rozgościć. Wzięłam do miski nieco wody i oblałam żar, który zgasł z sykiem.
Odwinęłam z łapy talizman i podeszłam do jednego z kryształów. Małe, niebieskie kamyczki rzuciły delikatną tęczę, która zmieniła się w nieco rozmazany fantom wilczej głowy.
- Ansuzo? - spytała nieco nieprzytomnie wadera. Gdzieś obok usłyszałam mruknięcie brzmiące trochę jak "kolejna", ale nie byłam pewna, czy to u mnie, czy u mojej rozmówczyni.
- A kto? Słuchaj, Rail. Zwołaj laguzów i Sunset do świątyni za dwie..
- Sunset udała się na...
- Wiem, gdzie się udała. - tym razem to ja jej przerwałam, przewracając oczami - Masz jej przekazać, że za trzy godziny oczekuję ją w świątyni, o resztę się nie martw.
- Tak jest! - dopowiedział cichutki głosik, gdy zerwałam połączenie. Talizman wrócił na swoje miejsce. Gość siedział sztywno, wbijając we mnie spojrzenie. Nie odwrócił wzroku, gdy napotkał moje.
- Czy ja jestem jedynym basiorem na tych ziemiach?
- Idziemy. Choć jest trochę czasu, może zbiorą się szybciej, to szybciej będziesz mógł udać się na poszukiwanie basiorów, skoro tak bardzo ich pragniesz.
Nie obejrzałam się za siebie, słysząc ciche warknięcie. Skrzywiłam się, myśląc o mojej kładce, zalanej przez rzekę. Nie minie nas przechadzka po błotnistych łąkach, skoro Matka tak wezbrała. W sumie miałam szczęście, że aż do wczoraj mogłam przejść tamtą drogą względnie suchą łapą.
Pierro zrównał ze mną krok. Szliśmy średnio szybkim marszem. Nie było to moje tempo - wolałabym pokonać większy odcinek biegnąc, a potem odpocząć, lub iść wolniej. Gdy dotarliśmy na podmokłe tereny, z ulgą zobaczyłam, że ścieżka jest niemal nienaruszona. Podeszłam do koryta, by złapać oddech pod pretekstem napicia się. Woda była nieprzyjemna i zimna. Ruszyliśmy w dalszą drogę. Basiorowi ewidentnie nie spodobały się podmokłe tereny, coś więc nas łączyło.
Dotarliśmy na miejsce. Nowy rozejrzał się, ciekawy, gdy tymczasem ja przywitałam się z Laycatinem i Cedą. Wkrótce dołączyli pozostali, w tym Sunset, na widok której nowy wilk zastygł. Sun, widząc to, tylko zmarszczyła brwi i skrzyżowała ze mną spojrzenie. Zrozumiałam, że powie mi coś później. Czekaliśmy tylko na Sorkę, która wciąż się nie zjawiała. Nikt nic nie wiedział. Poczekaliśmy jakiś kwadrans od ustalonego czasu. Pierro rzucił mi krytyczne spojrzenie... Tak, spóźnienie się jednego z laguzów raczej nie dodało mi nic w jego oczach. Co mnie obchodzi jego opinia? Zdecydowałam wprowadzić go do społeczności w wybrakowanym składzie.
Weszłam lekkim krokiem do świątyni. W ciszy zbliżyłam się do figur. Zamknęłam oczy.
- Bogowie, przyjmijcie proszę basiora o imieniu Pierro do watahy Wilków Berkanan.
Spojrzałam w miejsce, gdzie w blasku z nicości zaczęła zbliżać się do mnie uśmiechnięta Berkanan. Pokłoniłam się, zapominając o złości i przyjęłam z jej łap misternie wykonany talizman. Bogini zniknęła, a ja ostrożnie położyłam dar na ołtarzyku, w myślach dziękując za niego. Wróciłam na zewnątrz, by zwołać resztę. Pierro omiótł wzrokiem świątynię. Zaraz też do wnętrza wślizgnął się szary cień. Czyli mamy komplet.
Stanęliśmy w kręgu dookoła wilka.
- Jak się nazywasz? - spytałam, aby przedstawił się wszystkim obecnym.
- Pierro, syn Abbada z Pustynnej Włóczni! - niemal krzyknął.
- Czy masz przyjazne zamiary? Będziesz wiernym członkiem watahy?
- Tak. - powiedział niewiele ciszej, niż wcześniej.
- Czy masz czyste sumienie?
- Tak.
Właściwie nie musiałam zadawać trzeciego pytania, ale chciałam zobaczyć, czy zawaha się przed odpowiedzią. Jego ton był jednak równie pewny co wcześniej. Wzięłam przeznaczony dla basiora talizman i zawiesiłam mu na szyi. Jak zawsze, na chwilę zniknął w białej poświacie, lecz niespodziewanie rozniosła się ona jak fala, omal mnie nie przewracając. Pierro przez chwilę leżał na ziemi, lecz natychmiast poderwał się na równe łapy.
- Jego talizman... - szepnął ktoś. Faktycznie zniknął, a przecież przed chwilą znajdował się na szyi. Zwróciłam uwagę na szary pył na ziemi i futrze wilka.
- Nie wiem, o co chodzi, ale właśnie straciłeś talizman.
- Ale przecież Berkanan przyniosła go, co znaczy, że akceptuje nowego wilka. - stwierdziła Sun.
- Co nie zmienia faktu, że Jasza niezbyt mu sprzyja. Nie uznał go jako pełnoprawnego wilka Berkanan. Bez tego talizmanu Pierro może być jedynie othanal - odparowałam.
- Nawet sam Jasza nie powstrzyma mnie przed misją. - powiedział uroczyście Pierro, zdejmując wisior z metalowym kółkiem i jakimś znakiem, następnie unosząc go w moim kierunku - To będzie mój talizman. Udowodnię, że jestem godzien bycia pełnoprawnym członkiem tej watahy.
Nie można zmienić w talizman wszystkiego, co się chce. Przyjęłam mimo to wisior, położyłam na ołtarzyku i bez większego przekonania poprosiłam Jaszę o odrobinę mocy. Nowy medalion błysnął delikatnie. Zaskoczona, podniosłam go i tak samo jak pierwszy, zawiesiłam na szyi basiora. Tym razem nic się nie zepsuło.
"Dzieci.." - Rozczarowanie? Przemknęło pomiędzy myślami i uleciało, tak że nie byłam pewna, czy sama tego nie 'powiedziałam'. Uczucie było zbyt odrealnione i nieadekwatne do sytuacji, bym mogła zwrócić na nie uwagę.
Laguzy przedstawiły się kolejno i powiedziały parę słów na temat swoich frakcji. Nie rozmawialiśmy długo, co przyjęłam z ulgą.
Rozeszliśmy się, witając na niebie ciemne chmury. Gdzieś nad górami niebo pojaśniało, nie dotarł tu jednak dźwięk grzmotu. Możliwe więc, że zdążę wrócić przed burzą. Wszyscy ruszyli w swoje strony, a ja zrównałam się z Sorką, która już kierowała kroki na szlak do mojego domu. Miałyśmy parę rzeczy do wyjaśnienia.

Pierro?

piątek, 12 maja 2017

Od Shadow c.d Sunset

- Shadow, śledzisz mnie? – Spytała wadera, nieco głośniejszym tonem.
Nie odpowiedziałam, ale schowałam ogon, chyba ze względów bezpieczeństwa albo innych pierdół. Z drzew odfrunęły lekko spłoszone ptaki.
- Shadow… Wiem, że tam jesteś, chcesz pogadać?-powiedziała nieco cieplej, zdecydowałam wyjść z ukrycia, coś nie dawało mi spokoju, musiałam o tym powiedzieć, pewnie się przy tym rozkleję.. ale co mi tam? Przecież Sun mnie chyba zrozumie...
-Nie powinnam... ale no dobrze. Skoro już tu jestem to...-zaczęłam i zawahałam się.
-No dalej, nie wstydź się.-uśmiechnęła się do mnie ciepło a mnie trochę ulżyło, nie musiałam stresować się wyśmianiem.
-No więc.. Sun, chodzi o to że... Nie czuję się dobrze, -widząc pytające spojrzenie wadery, uśmiechnęłam się lekko- nie czuję się... ehmm... dobrze mając takie, historie? Za sobą. Jak sama wiesz, mordowałam niewinnych. Widziałam w Aris i Azeri przykład dobra, coś co trzeba naśladować, wreszcie dotarło do mnie, że to było złe.-popatrzyłam na Sunset, nie wiedząc czy kontynuować, kiwnęła wolno głową- Chciałam odejść, wciąż słyszę Ich krzyk i wyrzuty...-urwałam w połowie. Sun wytrzeszczyła oczy, spuściłam głowę.
-Jakich "Ich"?-zapytała a ja czułam że zaraz się rozpłaczę, powstrzymałam jednak cisnące się do oczu łzy.
-Szczenięta. Mordowali je bestialsko.. Zresztą ja też, przez pewien czas. Żałuję ale nie przywrócę im życia...-szepnęłam i pozwoliłam sobie na płacz, nie wiedziałam czy byłam wściekła czy odwrotnie, smutna? Sun milczała a ja chciałam ciszy, nie chciałam towarzystwa lecz jedna część mnie pragnęła właśnie ich odwrotności. Co się ze mną dzieje? Przez cały czas mnie to zastanawiało, ale niektóre pytania lepiej zostawić bez odpowiedzi. Uspokoiłam się trochę, wadera wciąż spoglądała na mnie, odeszłam by mieć widok na księżyc. Spodziewałam się że wkrótce ktoś tu przyjdzie lub ja zejdę na dół. Spoglądałam w górę, ku gwiazdom. Chłód mi doskwierał, zresztą głód po części też... Obejrzałam się za siebie i zauważyłam uśmiechniętą ciepło Sunset.



>Sun? c: <

wtorek, 9 maja 2017

Od Sunset c.d Sorki: "Dołączam do rebelii"

Wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Sorka ruszyła z oddziałem, a ja za nią po namowach o pozwolenie. Nie jestem wcieleniem wojownika, ale jeżeli mogłabym w chociaż najmniejszym stopniu pomóc, zrobiłabym to. Podziwiałam przywódczynię za jej organizację, ponieważ niejeden zbłądziłby w tym chaosie. Czułam się niczym na biegach przełajowych, jakie miałam ostatnio okazję wykonać za szczenięcych lat. Ten jednak był naładowany zdeterminowaniem i adrenaliną, którą, ilekroć próbowałam w choć w najmniejszym stopniu zmniejszyć, by myśleć bardziej racjonalnie, nie mogłam. Przynajmniej wydawało mi się tak przez pewien moment. Sorka pierwsza prowadziła nas po lesie, a ja zamykałam bieg, więc miałam się na baczności, rozglądając się uważnie dookoła. W pewnym momencie moje uszy przekręciły się lekko w lewo i to nie za sprawą odgłosu tuptających łap oddziału wadery, lecz z innego powodu, którego nawet się nie spodziewałam. Od razu po tym sygnale, skierowałam swój łeb w stronę, w którą wskazywał odruch. Wtedy moim oczom ukazał się zielony basior, który tułał się po pobliskich krzewach, trzymając łeb tuż nad ziemią. Spodziewałam się, że ma związek z rebelią, więc gwałtownie się zatrzymałam, po czym podbiegłam do miejsca, gdzie widziałam wilka. Nikogo nie było. Przez pierwszy moment myślałam, że coś mi się przewidziało, ale wydawało się to co najmniej dziwne. Z uwagą rozejrzałam się jeszcze dookoła w poszukiwaniu jakiegoś żywego stworzenia, które mogłoby być potencjalnym zamieszanym w zaistniałą sprawę. Niestety nic nie zdołałam dostrzec. Mój węch jednak czuł czyjąś woń, a słuch naprowadzał mnie na pewien trop, lecz tak niewyraźny i odległy, że równie dobrze mogłaby być to hasająca po polanie sarna. Otrząsnęłam się, po czym od razu rzuciłam do biegu. Kierowałam się prostą drogą tak szybko, jak mogłam, lecz po pewnym czasie natknęłam się na rozbicie dróżki. Z obydwu było czuć woń wilków, a sucha gleba nie pomagała w dostrzeżeniu świeżych śladów. Koniec końców postanowiłam skierować się w lewo, ponieważ stamtąd czułam mocniejszy zapach. Hałas spowodowany biegiem już dawno ucichł, a zamiast tego nastało cisza. O ile zazwyczaj lubię, gdy mi towarzyszy, to teraz mogła być zgubą dla mojej odwagi. Wsunęłam pazury i analizując dokładnie tor przede mną. Wsunęłam żółte pazury, omijając hałasującą, martwą naturę. Również z tego powodu tylne łapy stawiałam na śladach przednich, co pozwoliło mi na całkowitą ciszę i możliwość nasłuchiwania otoczenia. Droga wydawała się nie mieć końca, gdy nagle usłyszałam hałas oraz liczne okrzyki. Momentalnie zeszłam ze szlaku, zapuszczając się w głąb lasu. Byłam wtedy mniej ostrożna, ponieważ nie obawiałam się otwartej przestrzeni, na której nie będę mogła rozpłynąć się zza drzewa. W pewnym momencie stanęłam, prostując się i nastawiając wysoko uszy. Krzak nieopodal mnie był wysoki, więc miałam nadzieję, że nikt ani nic się za nim nie kryje. Zmarszczyłam brwi, kiedy zaczęłam dosłuchiwać się coraz to głośniejszych i szybszych kroków. Gdy miałam wyjrzeć zza krzaka, moim oczom ukazała się przelatująca nade mną Sorka. Szybko wylądowała, uprzednio kierując przednie łapy ku ziemi, by zaraz potem pobiec dalej. Miałam już coś powiedzieć, lecz nagle wiele więcej wilków z oddziału zaczęło wyłaniać się zza gąszczy drzew, po czym podążyły za swoją przywódczynią. Poczułam pewne zignorowanie, ale z napływu tylu emocji nie dziwiłam się, że zostałam niezauważona. Zaczęłam za nimi biec, omijając wszelkie kory dębów i krzewy, gdy nagle zawalił się przede mną ogromny pień buku. Otworzywszy szeroko oczy ze zdumienia. Ostro zahamowałam, by nie wpaść w płonącą korę. Szybko się odwróciłam, skanując na nowo okolicę, gdy nagle zza upadłego drzewa zobaczyłam zieloną sylwetkę wilka, który po dostrzeżeniu, że skierowałam na niego wzrok, zniknął mi z oczu i uciekł. Bez zastanowienia przeskoczyłam przez część drzewa, nieposiadającą gałęzi, po czym ruszyłam na pościg „życzliwego” mi wilka.
- Wybacz, Berkanan. – Mruknęłam, pozostawiając resztę lasu na pastwę ognia.
Przepełniona energią do działania, zwinnie omijałam przeszkody, co przyczyniło się do tego, że basiora miałam w polu widzenia i nie pozwoliłabym sobie na żadną ucieczkę z jego strony. Im dłużej biegłam, tym byłam bliżej niego. Skręcał, próbując mnie zmylić, lecz ja podjęłam się sposobu, jaki moja mama miała mi możliwość zdradzić. Mając wsunięte pazury, traciłam przyczepność, lecz to nie przeszkodziło mi w wykonaniu zamierzonej czynności. Kiedy byłam na odległości dosłownie paru metrów, zdałam sobie sprawę, że nie będę na tyle silna, by go powalić. Z tego powodu też, gdy ten skręcał zza jednym z buków, skoczyłam na przód, kierując przednie łapy ku jego tylnej kończynie. Podcięłam go, dosłownie. Pazury, które po zetknięciu z kończyną obcego wbiłam, zadziałały jak haki. Basior momentalnie się przewrócił, rozpraszając pył z ziemi. Wsunęłam pazury, ale tylko na moment, by wyjąć je z łapy wilka. Dla bezpieczeństwa jednak miałam je wyłożone, mogłam bowiem spodziewać się ataku. Podeszłam do rannego, który próbował się podnieść. Przyłożyłam go łapą do ziemi, nie pozwalając się ruszyć oraz pobierając z niego energię, po czym spytałam z zimną krwią, spoglądając w jego fioletowe oczy, które najwyraźniej się nad czymś rozglądały.
- Kim jesteś?
Zamiast odpowiedzi, usłyszałam warczenie. Jego długie, białe kły były mocno widoczne, lecz nie ugięłam się, powtarzając pytanie.
- Kim jesteś?
W tym momencie usłyszałam, jak ktoś się zbliża. Gwałtownie spojrzałam do przodu, gdzie wśród rozgałęzionych krzewów wyszedł Fergus, a za nim dwa inne wilki. Zdałam sobie sprawę, że nie powinno mnie tu być. Nie udawałam jednak zdziwionej. Mogłam się spodziewać, że jest w to wszystko zamieszany. Czemu jednak podpalił las? Co go do tego skłoniło? Nie znałam odpowiedzi, a do samego wilka czułam tylko wstręt i obrzydzenie.
- No, no. – Podchodząc na jego pysku, było widać ironiczny uśmieszek. – Zostaw go.
Nie widziałam sensu w sprzeciwianiu się. Wiedziałam natomiast, że jeżeli ktoś może na tym ucierpieć, to tylko ja. Podniosłam delikatnie łapę, dostawiając ją do swojej drugiej i w pełnej gotowości przyglądałam się zdrajcy. Od razu potem jeden z burych basiorów po prawej Fergusa, wziął rozpęd, po czym wybijając się tylnymi łapami, popchnął mnie na jedno z drzew, po czym zaczął mnie do niego przystawiać. Próbowałam się wyrwać, lecz ten nie dawał za wygraną. Był silniejszy i większy. W oddali słyszałam różne głosy, lecz byłam zbyt skupiona na tym o to Wilku. Skorzystałam więc ze swojej mocy, podobnie jak u uciekiniera, zabierając mu dyskretnie energię. Podniósł swoją prawą łapą ku górze, biorąc zamach i tuż przed nadchodzącym nieszczęściem, użyłam swojego promieniu, odpychając basiora na daleką odległość. Długo się nie zastanawiając, dyskretnie i tak, by się nie zorientowali, pokierowałam go ku niebu. Zdawałam sobie sprawę, że mnie nie puszczą, a tak może Sorka by zorientowała się, gdzie aktualnie się znajdujemy. Trwało to jednak bardzo krótko, ponieważ nie miałam siły, by go dłużej utrzymać Chwilę po tym rozmył się wśród ciemnego nieba.
- Co to do cholery wyprawiasz? – Podszedł rozwścieczony Fergus. - Zaraz się z Tobą rozprawimy. – Pokazał kły, przez co mogłam się spodziewać ataku.
- Sam mnie zaatakował, to była tylko samoobrona. – Odpowiedziałam, nie ruszając się z miejsca.
Wtedy przywódca rebelii schował swoje ząbki i złagodniał. Zauważyłam u niego wahania nastroju, więc mogłam się spodziewać dosłownie wszystkiego.
- Czemu dagaza tuła się po tym lesie całkiem samotnie w takim wydarzeniu? – Spytał z ironią swoim ochrypłym głosem, zachowując spokój.
Wiedziałam, że jeśli powiem prawdę, zostanę ukarana w nieprzewidywalny sposób. Szybko przeanalizowałam wszystko, co się stało odkąd spotkałam drugi raz Sorkę. Słyszałam od jednego z jej oddziału, że Fergus ma silniejszą część w armii. Wpadłam na dość kontrowersyjny pomysł, jak im pomóc, lecz konsekwencje mogły być tego ogromne wobec mnie. Jeżeli dołączyłabym do nich, zebrałabym przydatne informacje dotyczące rebelii, które pomogłyby watasze. Mogłabym ich wtedy rozbić od środka. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Przyjaciele, ranga, honor rodu, wszystko… Wszystko stoi pod znakiem zapytania. Łudząc się, że bliscy zrozumieją moje postępowanie, odpowiedziałam po chwili wpatrywania się w napełnione nienawiścią oczy Fergusa.
- Chcę dołączyć do rebelii.
Kości zostały rzucone.

Sorka? A co tam u Ciebie?

poniedziałek, 8 maja 2017

Od Sorki c.d Sunset

Wokół panował chaos.
Posłańcy śmigali w tę i z powrotem, roznosząc wieści między oddziałami. Sytuacja zmieniała się z każdą minutą. Wszyscy byli zabiegani. Jedni leczyli rannych, inni pomagali mi utrzymać w ryzach walki rebelianckie.
- Laguzo! - Jeden z posłańców potknął się o korzeń - Pomer i jego oddziały od jakiegoś czasu nie dają znaku życia.
- Koniec walki?
- Nie wiemy, być może zaatakują z ukrycia.
- Co z Fergusem?
- Nie mam tych informacji...
Podbiegł drugi, wprost z miejsca, w którym znajdował się obóz Fergusa.
- Zdawaj, Hyro.
- Fergus przeciągnął do siebie oddział czwarty. Zaatakowali Monelixe i resztę.
- Psiakrew! Atakują naszych?!
- Nie wiem, czym Fergus się kieruje, atakując oddziały Berkanan, laguzo, ale niedługo możemy mieć tutaj rzeź...
- Zmobilizuj oddziały, niech skupią się tutaj, w jednym miejscu. Wygląda na to, że będziemy musieli przeprowadzić zbrojny atak na rebeliantów. Niech obrońcy skupią się w grupy z medykami i transportują wszystkie ranne wilki z dala. Wyślijcie oddział na odsiecz dla Monelixe.
- Rozkaz!
Przetruchtałam wśród rannych leżących pod drzewami, rzucałam słowa dodające otuchy i zapewniałam, że wkrótce ich stąd zabierzemy. Ciężko było patrzeć na to, co działo się we własnych oddziałach. Oddział ósmy pod dowództwem Takvo zostanie nagrodzony za to poświęcenie. Gońcy ruszyli pędem, zniknęli w lasach, by sprowadzić resztę oddziałów. Musieliśmy się przegrupować i uderzyć na Fergusa i Pomera. I mieć nadzieję, że nie pogryźli się jeszcze nawzajem.
Próbowałam opanować sytuację od kilku godzin, mediatorzy wracali z niczym, aż nagle zaczęło się. Pomer rzucił swoich do ataku i sprowokował rozlew krwi...
- Nowi ranni! Sprowadzeni ranni! - Krzyczał ktoś nieopodal.
- Demetria, pomóż im!
- Uwaga na jego łapy! O Jaszo...
- Dagaza?!
- Podajcie bandaże!
Odwróciłam się gwałtownie i w blasku księżyca ujrzałam Sunset. Podbiegłam do niej.
- Dagazo, co tutaj robisz? Tu jest niebezpiecznie, na bogów...
- Chodź... Nie patrz tak na mnie, tylko chodź! - Skoczyła w las, a ja pognałam za nią.
- Poczekaj, Sunset! Co ty robisz?
Wadera zatrzymała się obok drzewa, pod którym ktoś leżał. Podeszłam do niego.
- Pomer... - pokręciłam pyskiem.
- Baczność, pani kapitan... - uśmiechnął się, z rozciętego pyska broczyła krew, zalewając mu dziąsła i kły. Zasalutował i skrzywił się - przepraszam Sorka... Nie sądziłem...
- Cicho. Alkie! Przyprowadź medyków, migiem!
Pomer jęknął i spojrzał na Sunset wzrokiem pełnym bólu. Wycharczał coś, co miało być podziękowaniem. Głowa mu opadła. Medycy doskoczyli do niego, gorączkowo starając się ocalić jego życie.
- Laguzo, tu już prawie nie mamy medykamentów. Trzeba ich przetransportować poza las!
- Szykujcie transporty. Wszystkich rannych zabierzecie, gdy ruszymy na Fergusa, a potem wrócicie po nas - odwróciłam się do dagazy. - Będziesz musiała uciekać z nimi, Sunset.
- Wojna domowa... Prawdziwa wojna... - Wymamrotała, rozglądając się wokół ciężkim wzrokiem.
- Dziękuję ci.
- Za co?
- Pomogłaś Pomerowi. Wielu innych zostawiłoby go na pastwę losu za to, co zrobił.
- To członek watahy, nosi talizman od Jaszy. Tak jak oni wszyscy tutaj, nawet Fergus. Trzeba ocalić ich życie bez względu na wszystko, Sorka. - Przyjrzała mi się, marszcząc brwi - dlaczego głowę i oko masz przewiązane?
- To nic - faktycznie, na moim lewym oku przewiązana była czerwona chusta. - Trafiłam na Pomera w lesie...
Sunset pokręciła głową z niedowierzaniem. Podbiegł do nas posłaniec z wieścią, że połowa oddziałów zebrała się wokół naszego obozu, a reszta szykuje się do wymarszu z rannymi. Wśród nich był podobno Monelixe. Dagaza dostrzegła go nieopodal i natychmiast się do niego dostałyśmy.
- Cieszę się, że żyjesz.
- Fergusowi odbiło, laguzo - z szacunkiem skinął głową do Sunset. - Odbiło mu. Rozerwał Pomera i jego oddział na strzępy, a potem nie wiedzieć czemu rzucił się na nasze oddziały. Krzyczeliśmy, że jesteśmy pod twoją komendą, że w imię ansuzy i dagazy, ale nie zareagował na to. Z trudem odepchnęliśmy jego oddział. On... On ma najliczniejszy i najsilniejszy oddział w watasze. Taka strata...
- Odpoczywaj, Mone.
- Fergus - odezwała się Sunset krzywiąc pysk z obrzydzeniem - zostaje zniesiony do rangi Othanal. Niech Jasza go osądzi.
Podniosłam się. Dowódcy pozostałych oddziałów, które miały wraz ze mną stanąć do walki przeciw Fergusowi, podeszli do nas. Takvo, Sirean, Oqwa i Gretanne Zmys skłonili się dagazie.
- Wyruszymy lada moment - oznajmiłam - by rozbić oddział Fergusa. Postarajcie się nie zabijać ich, ale przeciągać na słuszną stronę. Ewentualnie ranić. Gdy ktoś zauważy ranne wilki, ma im natychmiast pomagać. - Przebiegłam wzrokiem po ich pyskach - wiem. Wiem, że to nie jest łatwe. Napuszczanie własnych wojowników na siebie nie jest łatwe. Ale tu chodzi o ocalenie życia, naszego i wszystkich członków watahy. Takie rebelie stanowią zagrożenie dla Raido, a nawet obecnej tu dagazy i innych organów władzy. My musimy temu zapobiec.
Spojrzałam na rannych wokół, medyków i obrońców. Obrzuciłam wzrokiem oddziały gotujące się do walki. Każdemu z dowódców po kolei spojrzałam w oczy.
- Ruszamy natych...
- Dagazo! Laguzo! - Jakiś wilk podbiegł do nas. W oczach miał lęk.
- Co się stało? - Zapytała Sunset.
- P... Podpalili las. Drzewa płoną.


Sunny? Zostawiam ci wolną wolę, jeśli chodzi o poczynania Sunset.

Mentorat

Jakiś czas temu obiecałyśmy zająć się rozszerzeniem informacji dotyczących mentoratu i wreszcie nadszedł ten dzień. Poniżej zamieszczamy zasady, które wpisane zostały również w zakładce "Hierarchia i stanowiska", na koniec części dotyczącej hierarchii.



Fabularnie funkcja przydzielana jest przez ansuzę.
- Mentorat trwa 2 miesiące, następnie przez miesiąc nie możesz rozpocząć nowego (zaczynając 1 stycznia, kończysz 1 marca, a następnego ucznia możesz otrzymać 1 kwietnia).
- Zgodnie z zasadą, uczeń codziennie spotyka się ze swoim mistrzem i uczy się pracy w praktyce. W każdej rozpoczętej w okresie mentoratu serii, twojej postaci towarzyszy sowilo, nad którym sprawuje ona pieczę.
- Za sam mentorat nie otrzymujesz zapłaty - w opowiadaniu możesz jednak wykonywać swoją pracę, za którą dostaniesz jery zgodnie z zasadami płac.
- Zarówno uczniem, jak i nauczycielem może być postać NPC, choć zachęcamy do zabawy z innymi członkami.

Zasady mentoratu:
1. Sowilo w okresie nauki jest winien posłuszeństwo mentorowi.
2. Należy dbać o bezpieczeństwo młodzika na tyle, na ile pozwala na to wykonywana praca.
3. Jeżeli mentor zaniedba edukację szczeniaka, poniesie konsekwencje zależne od woli ansuza lub dagaza.
4. W przypadku przymusowego odejścia mentora, w miarę możliwości przydziela się innego, o podobnych umiejętnościach.



Dodatkowo zdecydowałyśmy dodać do formularza rubrykę z funkcjami, jakie były pełnione wcześniej przez postać - pozwoli to szybciej sprawdzić, jakiego zawodu może ona nauczać. 
Przy tym przypominamy, że te informacje fabularnie nie są dostępne dla każdego wilka!
Prosimy laguzów o przypomnienie, jakie zawody wykonywali przed objęciem stanowisk przywódczych.

Wkrótce, na stronie "Wilcze Życie" (zakładka 'Wprowadzenie i rejestracja) pojawi się spis spotkań ansuza, dagaza i laguzów.

Mamy nadzieję, że teraz wszystko jest jasne. Jeśli coś pominęłyśmy, pytajcie śmiało ;)

~ Administracja

niedziela, 7 maja 2017

Od Sunset c.d Sorki

- Idź. W końcu to Twój obowiązek.
Sorka kiwnęła głową, po czym bez wahania wybiła się tylnymi łapami na przód i zniknęła zza krzaków. Westchnęłam, zamykając oczy. Chwilę później odwróciłam się i spojrzałam na bezchmurne niebo. Sorka, mimo że ma wiele problemów, posiada ciekawe zajęcie. Wielu by oddało wszystko za tę posadę. Może ja też, ale to nieistotne. Pokierowałam mój wzrok na polanę, po prawej od jeziora. Uśmiechnęłam się mimowolnie, podchodząc do kamienistej plaży. Miejsce było bajeczne, więc nie widziałam sensu w opuszczeniu go. Zwłaszcza że Słońce przyjemnie grzało. Podeszłam do brzegu, gdzie kamienie się gwałtownie osuwały, lecz nie na tyle głęboko, by się utopić. Skoro i tak zostałam potraktowana nieumyślnie wodą przez Sorkę, postanowiłam podobnie jak wadera spędzić trochę czasu w wodzie. Podniosłam prawą łapę ku górze, by za moment dotknąć nią tafli, wody, żeby ta się rozproszyła. Poczułam ulgę, której dawno nie doznałam. Była chłodna i miła? Nie wiem, czy nazwanie wody „miłą” jest dobrym określeniem, ale za szczenięcych lat uwielbiałam w niej pływać, lecz z wiekiem to zainteresowanie minęło. Dołączyłam resztę swojego ciała, idąc naprzód i tym samym chlapiąc wodą dookoła siebie aż do momentu, gdy straciłam grunt pod łapami. Wtedy zaczęłam powoli machać łapami, żeby oszczędzać energię, ale również utrzymać się na powierzchni. Zamknęłam powieki i skierowałam pysk ku górze, czerpiąc zapach z pobliskich roślin. Wnet spojrzałam ponownie na taflę wody, aby chwilę potem ponownie zamknąć oczy i zanurzyć się w jeziorze. Odpychałam się łapami, kierując swoje ciało ku wilgotnemu piasku. W pewnym momencie otworzyłam oczy i będąc już przy dnie, popłynęłam kawałek dalej, by zaraz po tym skierować się ku górze i wypłynąć na powierzchnię. Czując ciepły wiatr, od razu zaczęłam płynąć w stronę brzegu. Wychodząc z jeziora, ponownie udałam się na jeden z ciepłych głazów, aby się na nim wysuszyć. Wskoczyłam na niego, po czym zrobiłam obrót wokół swojej osi, żeby położyć się w stronę polany oraz jeziora. Kładąc się na brzuchu, kładąc swoje przednie łapy przed siebie oraz opierając o nie głowę i podziwiając tutejsze krajobrazy.
Po tym, jak wyschło mi futro, postanowiłam ruszyć do swojego lokum, bo za niedługo zbliżał się zachód Słońca, a po nim mrok. Nie miałam dziś ochoty tułać się po nocy aż do świtu. Poderwałam się, po czym lekko rozciągnęłam mięśnie, przeciągając się. Po tej czynności wyprostowałam się i zeskoczyłam ze skały, kierując się w stronę lasu, by powrócić na szlak. Słońce powoli zachodziło, lecz nadal znajdowało się nad moim łbem, co powodowało, że cień, który padał, był niewielki. Utraciłam go, wchodząc w gąszcz lasu. Spacerując sobie, rozglądałam się nad czymś ciekawym i wartym uwagi. Niestety wkrótce dostałam to, na co wyczekiwałam.
- Halo? Jest tu ktoś?! – Słysząc ten ochrypnięty głos, w którym można było dostrzec strach, gwałtownie nastawiłam uszy, rozglądając się nad wilkiem.
- Sunset, kto mówi? – Odpowiedziałam, nie wiedząc, w którą stronę kierować te słowa.
- Proszę, podejdź tu. – Po drugim zdaniu mogłam określić położenie zwierzęcia, więc bez wahania udałam się w tamtą stronę.
Schyliłam nieco łeb w dół, by nie stracić tropu, który wcześniej wyłapałam. Zaniepokoiło mnie to, że miał w sobie nutę krwi. Odsłaniając część liści, które zasłaniały mi drogę, w końcu moim oczom ukazał się bury basior, opierający swój łeb o korzenie buka. Otworzył swoje ślepia dopiero wtedy, gdy ukazałam się zza roślin, kierując wzrok w moją stronę.
- Jeny, nic Ci nie jest? – Podbiegłam szybko do wilka, który leżąc, zakrywał jedną z przednich łap swój brzuch. Miejscami dostrzegłam, że jest poraniony, o czym świadczyła poszarpana małżowina, kark i plecy, gdzie znajdowały się różne cięcia, oblane czerwoną mazią, ale również najgorzej wyglądającą- lewą, tylną łapą, z której lał się wodospad krwi.
- Zaatakowali mnie, było ich więcej. Nie dałem rady. – Parsknął, podnosząc się lekko do góry.
- Pokaż brzuch. – Rzuciłam zdecydowanie przerażona zaistniałą sytuacją.
Po tym, jak basior zabrał łapę, zobaczyłam poszarpane i zdarte ze skóry miejsce, z którego również wydostawała się krew. Nie byłam medykiem, ale byłam pewna, że jeżeli szybko do niego nie dotrzemy, basior może zginąć.
- Dobrze, zasłoń. Niech krew się nie wylewa. – Powiedziałam nieco zmieszana. – Masz coś ze sobą?
- Tak, torba leży w krzakach za mną.
Nie zastanawiając się długo, pobiegłam w stronę krzaków. Na trawie była widoczna droga krwi, więc z łatwością ją znalazłam. Złapał ją zębami i wywróciłam do góry nogami, by wszystko, co w niej było, wysypało się. Wśród porozwalanych rzeczy, dostrzegłam granatową płachtę.
- Muszę użyć płachty.
- Co? Nie! Tylko nie ona!
- Jeżeli jej nie użyje, wykrwawisz się. – Powiedziałam oschle, a basior jedynie westchnął.
- No dobrze…
Po otrzymaniu pozwolenia rozerwałam ją zębami na parę szerokich pasów, łapiąc je następnie w pysk i podchodząc do wilka.
- Jak masz na imię? – Spytałam, zaplatając w między krótszym fragmentem czasie jego ranną łapę.
- Pomer.
Wtedy zdałam sobie sprawę, że o tym wilku mówił Alkie. Oznaczało to wówczas, że Fergus mu to zrobił. Powróciłam do opatrywania mu łapy, zawiązując na koniec materiał. Następnie zabrałam się za oplatanie brzuche, lecz tym razem szerszą i dłuższą częścią.
- Podnieś się na chwilę.
Wilk podniósł swoje ciało na moment, sycząc z bólu, a ja w tym czasie przeplotłam kawałek płachty przez bok, na którym leżał. Ponowiłam czynność dwa razy, ponieważ uznałam, iż wystarczy materiału, po czym łapiąc go w pysk, zaplotłam dwa końce.
- Chodź, musimy jak najszybciej Cię stąd zabrać. – Powiedziałam, podając mu łapę.
Ten kiwnął głową, po czym wstał, lekko się bujając na boki. Nie mógł stać na czterech łapach, więc zaproponowałam, by oparł się bliższą łapą o mnie. Chwilę narzekał, bo zgrywał honorowego, lecz w rezultacie przystał na moją propozycję, więc zaczęliśmy się powolnie kierować w stronę medyka.
- Kto Ci to zrobił? – Spytałam, rozglądając się dookoła i badając trasę przed nami.
- Fergus i paru innych.
Moje obawy się potwierdziły.
- Kto konkretnie?
- Fergus, Nathaniel, Dormi i Xena. – Jeknął.
- Zaatakowali Cię przy drzewie?
- Nie, bardziej na północ. Pozostawili mnie leżącego na pastwę lasu, więc zacząłem się wlec, by do kogoś dotrzeć.
- Rozumiem.
Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu, gdy w pewnym momencie wyczułam woń innych wilków, a w tym Sorki. Po krótkim zastanowieniu się nad pozostawieniem rannego przez pewien moment, powiedziałam, by zaczekał, po czym pomogłam mu się położyć przy jednym z krzaków. Oznajmiłam mu, gdzie i po co idę oraz zapewniłam, że po niego wrócę. Ten po dramatycznej przemowie w końcu spuścił łeb w dół, a ja odeszłam. Kierowałam się według mojego instynktu i węchu, prowadzącego mnie na zachodnio-północną część watahy. Zniżyłam łeb ku ziemi, by lepiej doczuć się woni i nie stracić tropu, co mogłoby przyczynić się do śmierci basiora.

Sorka?

Od Shadena: "Początki są najtrudniejsze"

W tym dniu dużo się działo. Znalazłem sobie watahę, odbyłem już rozmowę z alfą, a tutaj zdaje się - Ansuzem. Z tego, co pamiętam, to to, że muszę jak najszybciej stawić się w Świątyni, by odebrać coś w rodzaju mojego talizmanu, który będzie mnie reprezentować. Mam już kilka podejrzeń, co do rzeczy, którą będę reprezentował, ale mogę się mylić. W sumie pomyliłem się już dużo razy, więc jest to bardzo prawdopodobne. Wieczorem, kiedy niebo pokrywały tysiące gwiazd, ja wyszedłem na ceremonię dołączenia. W dali widziałem już jaskinię przesłoniętą wodną kurtyną okazałego wodospadu. Z wnętrza biła łuna różowawo - pomarańczowego światła. Jako że noc była bezchmurna, to widziałem wszystko, co świeciło z odległości 1 - 2 kilometrów. Każdy krok zbliżał mnie do Świątyni, ale nie czułem niepokoju. Skoro inne wilki już to przeżyły, to nie widziałem powodu, dla którego miałbym się bać. Kiedy byłem może już z 50 metrów od mojego celu, ktoś mnie wyprzedził. Musiał biec bardzo szybko, ponieważ zorientowałbym się, iż ktoś za mną idzie. Wilk rzucił krótkie: "Spóźniona..." i wystrzelił w stronę jaskini w skale. Kiedy już doszedłem, bez wahania postawiłem łapę w Świątyni. Czekało tam na mnie 5 wilków, a w tym ten, który mnie mijał. Była to wadera, miała ciemnoszare futro i jaskrawo - zielone oczy. Dyszała trochę po biegu, ale nie wyglądała na bardzo zmęczoną. Zamieniła słowo z waderą o żółtym futrze i poszła na swoje miejsce. Wtedy odezwał, a raczej odezwała się Ansuz.
- Witaj, Shadenie. Mam na imię Dallana i jestem alfą, a u nas - Ansuzem - tej watahy. Za chwilę otrzymasz talizman reprezentacji, którego musisz strzec jak oka w głowie, bowiem jeśli dostanie się w łapy innego wilka, ty zostaniesz pozbawiony reprezentacji, a także zniesiony do rangi Othalan. Podejdź tu i weź swój talizman. - powiedziała Dallana, a potem zachęciła gestem do podejścia. Zrobiłem parę kroków w jej stronę, a ona wzięła w łapy naszyjnik z metalu. Uroczyście przekazała mi mój amulet, a w momencie, kiedy zetknąłem się z nim ciałem, okryło mnie białe światło. Przez parę sekund czułem się, jakbym trafił do raju, nie słyszałem nic, prócz własnego oddechu, miałem wrażenie, że unoszę się w powietrzu. Blask zaczął słabnąć, a wszystko powracało powoli do swej poprzedniej postaci. Nałożyłem naszyjnik i czekałem cierpliwie na jakąś końcową przemowę. W końcu odezwała się przywódczyni.
- Od tej chwili będziesz reprezentował ciszę. Twoją moc specjalną odkryjesz wkrótce. - rzekła, a potem poszła w głąb Świątyni, co odebrałem jako zakończenie. Za Ansuzem poszła żółta wadera, a reszta ruszyła do wyjścia. Ja także chciałem opuścić to miejsce, ale podeszła do mnie owa szara wadera.
- Witaj, jestem Sorka. Otrzymałam rozkaz odprowadzenia cię do jaskini i z grubsza powiedzieć o położeniu poszczególnych miejsc w watasze. - a więc nie robi tego z własnej woli... Może uda mi się z nią choć trochę zaprzyjaźnić, bo nie chciałbym chodzić tu sam jak palec.
- Shaden.
- Za chwilę powinna zjawić się jeszcze Ceda, ma dla mnie jakąś informację.
- Kim jest Ceda?
- To jedna z laguzów, taka jasno - szara z czerwonym piórem przy pysku.
- A, tak kojarzę ją. - po tych słowach nadbiegła wspomniana przez Sorkę Ceda. Z grobową twarzą przekazała jej zwitek papieru, a ona go wzięła. Przeleciała wzrokiem po tekście, a potem wybałuszyła oczy i z niepokojem spojrzała na Cedę.

Sorka, albo Ceda?


Od Cedy

Ściemniało się coraz bardziej, a niebo zalały szare pasma. Coraz wyraźniej było widać białe punkty, które czasem przysłaniały ciemne chmury. Cicho zamknęłam za sobą dębowe drzwi i otrzepałam futro z nieistniejącego kurzu. Poczułam dziwne zadowolenie z powodu uporządkowania dokumentów. ,,Nigdy więcej nie wyrzucam zwojów na biurko. Będę wszystko chować do szuflad, słowo", pomyślałam, a po chwili wyszczerzyłam się do siebie. ,,To jasne, że za parę dni będzie tutaj taki sam burdel".
Ruszyłam wolnym krokiem w kierunku domu, ziewając przy tym niemiłosiernie z powodu zmęczenia. Miałam ochotę na dużą porcję sarniny i ciepłe posłanie. Musiałam wpierw tam dojść, a spacer dłużył się niemiłosiernie, przez co czułam coraz większe rozdrażnienie. Gdyby nagle wpadł na mnie jakiś wilk i przeszkodził mi w podróży, nie potraktowałabym go miło.
Nad moją głową zaświergotała płomykówka. Uniosłam pysk, patrząc na piękną sowę. Ona również mnie zauważyła, a w świetle wschodzącego księżyca ujrzałam, jak jej wielkie oczy odbijają blask, stając się srebrnymi tarczami. Zagruchała cichutko i obróciła głowę w tył, pokazując rudawe upierzenie na karku. Gdybym miała mieć jakiegoś ptaka jako zwierzątko czy towarzysza, to zapewne próbowałabym swoich sił z płomykówkami.
- Hej, mała. - szepnęłam, a sówka od razu zwróciła w moją stronę dziób. Coś jednak było nie tak. W chłodnej ciemności zauważyłam, że ptak stroszy się, a po chwili zawył cienko. Zerwał się z gałęzi gwałtownie, tak, że dopiero po kilku machnięciach skrzydłami wyrównała lot i odzyskała równowagę. Zmarszczyłam brwi.
W krzakach za mną coś się poruszyło. Ciężkie ciało tratowało cienkie patyki niewielkich roślin, a jego przygarbiony zarys prześwitywał przez wolną przestrzeń między liśćmi. Przez sekundę błysnęła biel białek. Stuliłam niespokojnie uszy, uważnie śledząc zarośla. Serce przyspieszyło mi gwałtownie, kiedy poczułam smród, który bił od tej istoty. Napięłam mięśnie, gotowa odskoczyć w każdej chwili. Znów rozległ się szum w roślinności. Zamarłam, nie odważając się nawet drgnąć, a na korach drzew zamajaczył cień jelenich rogów. Zimny dreszcz przebiegł mi po grzbiecie, bo to coś było za niskie i poruszało się zupełnie inaczej niż jakakolwiek znana mi istota. Poczułam, jak gardło ściska mi się w strachu, a powietrze wyleciało z płuc. Sparaliżował mnie strach i nie mogłam oderwać wzroku od cielska, które niezgrabnie kroczyło przez trawę. Byłam pewna, że za moment to co wyskoczy na mnie i zatopi kły w mojej...
- Kim jesteś? - usłyszałam głos z tyłu. Podskoczyłam, gwałtownie się odwracając, niemal gotowa do skoczenia na najbliższe drzewo lub stworzenia Tarczy. Skupienie i trans minęły. Nie ujrzałam jednak niczego, co mogłoby przypominać jelenia; wręcz przeciwnie. Usłyszałam, jak to coś za mną łamie gałęzie w biegu. Przełknęłam ślinę przez zaciśnięte gardło. Zwróciłam oczy ponownie na waderę, która pojawiła się nagle. Miała ciemnoszare futro, które przechodziło w popielaty odcień na piersi i brzuchu. Wyszczerzyła kły, groźnie jeżąc sierść na karku.
- Kim jesteś? - wycedziła powoli, zbliżając się do mnie kilka kroków. Na jej szyi dostrzegłam rubinowy talizman.
- Ceda, lzaguza tej watahy. - odparłam chłodno, starając się zamaskować poprzednie zdenerwowanie. Co to, cholera, było?
Zauważyłam, że wilczyca spuściła z tonu. Postawiła małżowiny i przestała warczeć.
- Shadow. - mruknęła cicho, patrząc na mnie spode łba.


Shadow?

Od Sorki c.d. Sunset

Gdy Sunset mnie zauważyła, żałowałam, że nie mogę rozpłynąć się w nicość. Gdy do mnie podeszła, żałowałam jeszcze bardziej.
Ten dzień był stertą porażek i przykrych wydarzeń. Nie chciałam nikogo widzieć, a tym bardziej dagazy. Nie poznałam jej bliżej i nie podobało mi się, że nasze poznanie następuje w takich okolicznościach.
Zaczęło się od tego, że wstałam o wiele później niż zwykle, pewnie przez to, że spałam w zamkniętej przestrzeni. Miejsce zebrań głównodowodzących oddziałów znajdowało się w lesie, było skryte pod skarpą z jednej strony i pod gęstymi drzewami z drugiej. Po stronie drzew znajdowało się jedenaście miejsc siedzących w postaci głazów okrytych skórami. Pod skałami było pomieszczenie mieszkalne dla kilku wilków, na wszelki wypadek. Od przebudzenia potwornie bolały mnie mięśnie, co wprowadzało mnie w zły nastrój, jednak potrafiłam nad tym panować. Nie takie rzeczy się znosiło.
Spotkanie nie potoczyło się po mojej myśli. Dwoje dobrych dowódców postanowiło zgrywać dzieci i kłóciło się przez cały czas. Próbowałam powstrzymać potok chamskich przycinek i krytyki na spokojnie - "zachowujcie się jak dorośli" powtarzałam. Dopiero, gdy krzyknęłam uspokoili się. Ale tylko na jakiś czas. Spotkanie miało się ku końcowi, gdy nagle jeden z awanturników, Fergus, wygłosił obraźliwy komentarz na temat matki drugiego, Pomera. Pomer rzucił się z zębami do Fergusa i rozpoczęła się bójka, której w żaden sposób nie mogłam powstrzymać. Zachowałam zimną krew, jak zawsze, i już skoczyłabym, by samodzielnie ich rozdzielić, gdyby nie mały, zielonkawy kształt wijący się na skraju lasu. Ogarnęłam powstały chaos zimnym wzrokiem, zacisnęłam zęby, odwróciłam się i odeszłam. Kiedy zauważyli, że zniknęłam, przestali krzyczeć i skakać sobie do oczu. Rozeszli się w niezręcznym milczeniu.
Później chciałam pójść na polowanie, aby się odstresować i na spokojnie pomyśleć. Musiałam w jakiś sposób rozwiązać zaistaniały koflikt bez straty dobrych wojowników. W zamyśleniu straciłam obiecujący łup, a następnie przypadkiem wleciałam w jakieś bagno.
Sunset stanęła przede mną. Zaskoczyło mnie, że nie wyczułam jej wcześniej, ale nos miałam zalepiony szlamem.
- Cześć, co chciały od ciebie te jaszczurki? - Zapytała, a ja wzdrygnęłam się.
- Jaszczurki... - Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć - nie wiem, czego chciały.
- Mogłaś ich nie odganiać, to byś wiedziała - Sunset zaśmiała się lekko.
- Ta wiedza - uśmiechnęłam się blado - jest mi zbędna.
- Słabo wyglądasz, Sorka...
- Każdy może mieć gorszy dzień. Ty zaś jesteś w rozkwicie.
- Hah... E... Czujesz ten zapach? - Wadera powęszyła powietrze, a ja skrzywiłam się.
- Obawiam się, że zatruwam ci tlen. Wpadłam w jakieś bajorko i śmierdzi martwym kotem i...
- Nie kończ. Niedaleko jest jeziorko, mogłabyś to z siebie zmyć.
- Taki miałam plan. Dziękuję - odparłam i ruszyłam wskazaną drogą.
- Poczekaj, pójdę z tobą - Sunset dogoniła mnie - co cię gryzie?
- To dość długa historia. Nie chcę cię zarażać swoimi problemami, dagazo.
- Mów mi Sunny. To nieoficjalne spotkanie.
- Chociaż jedno nieoficjalne spotkanie - wymamrotałam cicho.
Okolica była bajeczna. Woda wpadała do jeziorka ze strumienia, który zapewne miał swoje źródło w wodospadzie. Do zachodu słońca pozostały ze dwie godziny. Woda była krystalicznie czysta, dno stanowił miękki piasek, a granice jeziora wyznaczały głazy. Górski krajobraz w tym miejscu był zachwycający. Powoli zanurzyłam się w chłodnej, orzeźwiającej wodzie. Wyluzowałam i nawet się uśmiechnęłam. Sunset weszła do wody niedługo po mnie i unosiła się na powierzchni, nieznacznie poruszając łapami. Przez kilka minut żadna z nas się nie odzywała. Ciepły, południowy wiaterek owiał mój pysk.
- To jak, dlaczego jesteś taka przybita? - Sunset wyszła na kamienisty brzeg, otrzepała się i ułożyła na jednym z nagrzanych słońcem głazów.
- Problemy w pracy i seria przykrych wypadków - odpowiedziałam zwięźle. Nie chciałam narzekać ani obdzierać się z resztek autorytetu. - Nie ma o czym mówić.
- Skoro nie chcesz, to nie mów - odparła i zamknęła oczy. Podpłynęłam do niej i oparłam przednie łapy na głazie, tylnymi młócąc wodę.
- Można ci zaufać, Sunny? - Zapytałam cicho, przyglądając się jej.
- Można - odparła, nie otwierając oczu.
- Zapamiętam. Dziękuję.
Uśmiechnęła się. Przepłynęłam się jeszcze kawałek i zanurkowałam. Jeziorko nie było ani szerokie, ani głębokie, ale czysta woda pozwalała otworzyć oczy podczas zanurzenia. Wypuściłam gwałtownie powietrze i opadłam na dno. Oparłam się o nie grzbietem i podziwiałam widok nade mną. Cudowne miejsce. Z pewnością odwiedzę je ponownie. Promienie słońca załamywały się na tafli wody. Drzewa mieniły się na zielono, tworzyły z mojej perspektywy fantazyjne kształty. Coś musnęło mój ogon i śmignęło dalej. Ryba?
Do moich uszu dotarł jakiś zaburzony, niewyraźny dźwięk. Tknięta niepokojem obróciłam się i odbiłam od dna...
Wypłynęłam na powierzchnię i zaczerpnęłam szybko powietrza. Na brzegu Sunset stała na baczność, a spomiędzy drzew biegł ku nam jakiś wilk. Podpłynęłam do brzegu i wypełzłam z wody, otrzepując się i zalewając przypadkiem Sunset.
- Wybacz... Dopiero co udało ci się wyschnąć.
- Nie ma sprawy.
- Sorka! Sorka! - Krzyczał nadbiegający basior.
Posłałam mu jadowite spojrzenie, a on wyhamował przed nami i wielkimi oczami spojrzał na dagazę. Napuszył się i zapowietrzył, co wywołało u niej uśmiech rozbawienia.
- T-to znaczy dowódco... L-laguzo...
- Alkie, wiesz, że nie mam najmniejszej ochoty znowu was dzisiaj widzieć - oznajmiłam zimnym głosem - mów czego chcesz i spadaj.
- Wojna domowa! - Po tych słowach zastygłam.
- Zdawaj, żołnierzu.
- Fergus i Pomer wypowiedzieli sobie wojnę... Zabrali swoje oddziały na dwa końce polany. Planują i podgryzają się wzajemnie. Twierdzą, że albo ty jednego zniesiesz z rangi, albo oni zniosą się nawzajem prawem silniejszego.
- Szlag... Ktoś jeszcze wziął w tym udział? Gdzie dokładnie? Kto zaczął? Mówże.
- Zaczął Pomer. Chciał się zemścić za obrazę matki i napuścił na oddział Fergusa szczury. A on w odpowiedzi...
- Bez takich opisów.
- To... - Alkie przełknął ślinę - kawałek na północ od miejsca spotkań. Dołączyło do konfliktu kilku strategów, ale to tylko kwestia czasu, zanim każdy opowie się po którejś ze stron.
- Kto cię przysłał?
- Dowódca Takvo, oddział ósmy.
- Świetnie. Baczność, bo wydaję rozkazy. - Alkie stanął na baczność - zmobilizuj wszystkich gońców. Chcę, żeby każdy oddział obrońców i wojowników dostał wyraźny zakaz niemieszania się w tę burdę. Mają być gotowi na moje polecenia. Obrońcy mają zabeczpieczyć teren wokół konfliktu, żeby żaden cywil nie został poszkodowany. A stratedzy... Niech opracują kary dyscyplinarne. Przyślijcie mi jeszcze negocjatorów na miejsce stacjonowania twojego oddziału. Zaraz tam przybędę. Wszystko jasne? To leć!
- Tak jest!
Alkie pognał w las, a ja odwróciłam się do Sunset.
- Przepraszam cię, ale muszę to załatwić. Możesz wrócić do domu, jeżeli chcesz.
Wtedy zauważyłam jaszczurkę. Stała obok mojej łapy i przyglądała mi się ufnie. Wtuliła łepek w moją sierść, zasyczała rozkosznie.
Łapa mi zadrżała. Oczyma wyobraźni widziałam, jak unoszę ją i rozgniatam jaszczurkę na miazgę...
Dagaza przegnała stworzonko i spojrzała na mnie z niepokojem.


Sunsetko?

sobota, 6 maja 2017

Od Sunset c.d Shadow

Shadow znowu sobie poszła, więc zrobiłam podobnież. Ponownie zaczęłam kierować się w stronę swojego lokum. Prawie cały dzień mi minął na tym „spacerku”, z którego nawet nie skorzystałam tak, jak chciałam. Słońce zaczęło zachodzić, więc moje oczy oraz talizman zaczęły migotać światłem, jakie aktualnie rozpraszało się na niebie. Byłam w morzu drzew, więc postanowiłam wejść na pagórek, który znajdował się niedaleko. Wymijając kilkadziesiąt drzew buku, w końcu udało mi się przebić oraz wleźć na szczyt tej niewielkiej górki. Przekręciłam swoje ciało w stronę, w którą zachodziła najbliższa gwiazda. Westchnęłam, po czym postanowiłam się położyć na brzuchu, przeplatając dwie przednie łapy przez siebie i opierając o nie łeb. Trawa była gęsta i sucha, przez co nie musiałam się martwić o zbytnie ubrudzenie się. Gdzieniegdzie rosły kwiaty polne, przebijające się wśród gąszczy koniczynek. Oglądanie zachodu słońca uspokajało mnie i pozwalało się zrelaksować. Wiatr północny podmuchiwał moją grzywą oraz las, który który miałam okazję oglądać z góry, lecz oprócz tego małe, zielone liście, robiące salta w powietrzu. Jeden z nich wylądował na moim nosie, co nie sprawiło mi problemu. Rozkoszowałam się tą piękną chwilą, dając się ponieść wyobraźni oraz… nieświadomie snu.

Byłam w lesie. Zdezorientowana rozglądałam się dookoła w nadziei, że kogoś znajdę. Nagle zobaczyłam, jak Sorka wyskakuje zza krzaka, przeskakując mi nad głową, a za nią parę kolejnych wilków. Schyliłam łeb, żeby nie dostać po nim, po czym patrzyłam, jak biegną przed siebie. Zmieszana, podążałam za nimi, nic nie mówiąc. Nie wiem czemu, ale nie miałam takiej potrzeby. Wilczyca nawoływała coś, lecz nie mogłam wiele usłyszeć. Było bardzo głośno jak na środek lasu. Truchtając, rozglądałam się dookoła, by zorientować się, gdzie jestem. Słońce mocno grzało każdy skrawek lasu. W pewnym momencie na tyle mocno, że jego promienie słoneczne podpaliły parę pobliskich liści. Rozłożyste korony drzew buków w jednej chwili zaczęły płonąć. Stałam w miejscu, nie widząc sensu ucieczki do czasu, gdy gałęzie zaczęły spadać, a kory drzew płonąć. Próbowałam wydostać się którąkolwiek z dróg. Nie miałam dostępnego wyjścia. Po tym, jak coś się spalało, pozostawiając czarne prochy i odsłaniało białe tło. Zdziwiona dopiero potem zorientowałam się, że chmury również zaczynały się palić, pochłaniając w tym samym czasie niebo. Po upadku jednego z drzew rozległ się wielki huk i wtedy gleba zaczęła się spalać, sprawiając, że większość niej to była biała pustka. W moim oczach można było dostrzec strach, a zarazem bezradność. W powietrzu aż wrzało, lecz nagle zrobiło mi się zimno. Przestrzeń pochłaniał ogień, zdmuchując prochy w białą nicość, ale w pewnym momencie zapanowała w mojej duszy spokój, spowodowany chłodem, jaki odczuwałam. Nagle spod mojej tylnej lewej łapy usunął się grunt. Otworzyłam szeroko oczy z szoku, po czym bez opierania się, pozwoliłam sobie spaść w nicość.

Gwałtownie zerwałam się ku górze, podnosząc łeb i szeroko otwierając oczy, zrzucając tym samym listek, który zawitał na moim nosie. W pierwszym momencie lekko dyszałam, lecz z czasem się uspokoiłam, tłumacząc sobie, że to był sen. Zimno nadal mi doskwierało, zapadła bowiem noc. Nie czułam się dobrze ze świadomością, że pozwoliłam sobie na to tuż przed zmrokiem na tak widocznym miejscu, jak szczyt pagórka. Od razu wstałam, rozciągając się, by lepiej przygotować mięśnie do powrotu. Podczas wykonywania tej czynności usłyszałam szmer. Natychmiast się wyprostowałam, nastawiając uszy i wypatrując w ciemności zwierzęcia. Wyczułam woń wilka, z którym miałam ostatnio trochę do czynienia. Byłam pewna, że wśród gąszczy znajduje się Shadow. Po kolejnym dźwięku odwróciłam się odruchowo w stronę, z której on pochodził. Moja ostra postawa złagodniała, gdy zza drzew zauważyłam jej merdający w tę i we w tę ogon.
- Shadow, śledzisz mnie? – Spytałam nieco głośniejszym tonem, by ta mnie usłyszała, podczas gdy ptaki zaczęły odfruwać z gałęzi.
Nie odpowiedziała, a jedynie schowała ogon.
- Shadow… Wiem, że tam jesteś, chcesz pogadać?


Shadow?