Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spotkanie Laguzów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spotkanie Laguzów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Od Cedy c.d Sorki

Patrzyłam jak Sorka odchodzi. Jej uwaga mnie poirytowała. Nie powinny jej obchodzić moje stosunki z oddziałem, a jej uwaga mnie zdenerwowała. Nie miałam zamiaru ulegać Teovowi pod żadnym względem.
Zmarszczyłam brwi i zwróciłam swoją uwagę na wylot jaskini, z którego dochodziło niskie burczenie. Zaczęłam się zastanawiać jak mocno może uszkodzić mnie bestia. Nie miałam wielkiego doświadczenia w walce, jedyne wyszkolenie jakie miałam dał mi mój ojciec parę lat temu, kiedy byłam szczenięciem. Nigdy nie mocowałam się z niczym większym niż niedźwiedź, a i to, że przeżyłam było jedynie ślepym trafem.
- Każde z was ma odtrutkę na ogon? - szepnęłam cicho, patrząc po kolei po zabójcach. Kiwnęli głowami, nie spuszczając wzroku z wejścia do nory. Rozejrzałam się szybko, nie wiedząc, czy przypuścić atak w zamkniętym pomieszczeniu, czy na dworze. Nie wiedzieliśmy jak duże jest legowisko mantikory, ani czy nie ma tam niebezpiecznych miejsc, które mogłyby utrudnić walkę. Wchodzenie na teren lęgowy potwora mogło być skrajnie głupie. Z drugiej strony różne formy naciekowe mogły przeważyć szalkę zwycięstwa na naszą korzyść.
Decyzję ułatwiła wynurzająca się z ciemności zwalista sylweta samicy. Nie sądziłam, że będzie taka wielka, miała co najmniej dwa i pół metra w kłębie. Jej zielone oczy rzucały wściekłe spojrzenia na mnie i zabójców, a potężny ogon kołysał się powoli z tyłu. Z grubego kolca kapnęło trochę trucizny, która zalśniła w świetle dnia. Mantikora otworzyła pysk i ryknęła tak, że ptaki poderwały się z drzew, a ziemia pod moimi łapami zadrżała. Przełknęłam ślinę, patrząc na rząd ostrych zębów i różowe dziąsła. Zatrzymałam się dłużej przy masywnych kłach. To właśnie one mogą wstrzyknąć mi jad, na który nie mamy odtrutki.
Zwierzę zniżyło łeb i ustawiło się do nas bokiem, unosząc ogon. Zasyczała przeraźliwie, strosząc sierść na karku, wyraźnie nas ostrzegając. Pewnie gdybyśmy uciekli pozwoliłaby nam odejść. Raczej wątpię w to, że pozostawiłaby gniazdo bez opieki.
Zobaczyłam kątem oka jak Teov wyciąga z torby przy boku swoją broń. Jego ruchy były spokojne i powolne, nie chciał zwrócić na siebie uwagi zwierzęcia. Metalowe ostrza błysnęły w świetle dnia, kiedy przygotowywał się do skoku. Pozostali zabójcy bezszelestnie ustawili się na swoich pozycjach. Basior spojrzał na mnie, a ja kiwnęłam głową.
Skoczył w przód, a ułamek sekundy później pojawiła się przed nim Tarcza. Błysnęło, a ja zobaczyłam jedynie, jak z boku potwora tryska krew. Wilk wylądował kilka metrów po jej drugiej stronie pchnięty pędem. Samica ryknęła, rozglądając się z dezorientacją, ale gdy tylko odwróciła łeb, Cadere wbiła się w jej kark zębami. Natychmiast puściła i odskoczyła wprost na postawiony przeze mnie okręg z run. Najmłodsza z nich, Ago, wybiła się na mocnych łapach i zatoczyła nad stworzeniem krąg, dekoncentrując je w zupełności. Dzięki swojej zdolności lewitacji często pełniła funkcje wabika. Kątem oka ujrzałam cztery lub pięć błysków i wiedziałam, kiedy Cad wyrzuciła sztylety w górę. Spojrzałam w tamtą stronę, wilczyca była może trzy metry ode mnie. Szybko chwyciłam broń mocą i cisnęłam w łapy bestii, mając nadzieję, że zagłębią się w mięśnie i uniemożliwią jej normalne poruszanie się. Niemalże widziałam jak ostrza wbijają się w jej ciało, a krew plami na szkarłat pobliską trawę.
Coś jednak było nie tak.
Sztylety odbiły się od kamienia i zakręciły młynka w powietrzu, po czym z brzękiem upadły na skałę.
Ago leciała w powietrzu. Bezwładnie, zupełnie nie kontrolując mocy, a mantikora stanęła na dwóch tylnych kończynach i ryknęła ogłuszająco. Młoda wadera uderzyła o pień drzewa i osunęła się na ziemię. Nie ruszała się, a oczy miała zamknięte. Serce mi zamarło, kiedy patrzyłam na zemdloną kupę futra pod wysoką sosną.
Wykonałam kilka susów w stronę nieruchomej postaci, w porę uchylając się przed ogonem mantikory. Ago odzyskiwała przytomność, patrzyła na mnie otumanionymi oczami.
- Nie ruszaj się. - szepnęłam, pochylając się nad nią. Delikatnie odchyliłam jej łeb i ujrzałam krwawą ranę na potylicy. Wilczyca syknęła i próbowała wyrwać głowę spod moich łap
- Nie kręć się, głupia - mruknęłam, wydobywając z torby bandaż i fiolkę od Lay'a - Chcę ci pomóc.
Nie usłyszałam odpowiedzi, ale zabójczyni przestała się ruszać. Oczyściłam ranę wywarem od arcykapłana, starając się ocenić szkody. Mogło dojść do wstrząsu lub krwiaka, ale to trzeba będzie załatwić jak skończymy robotę. W czasie kiedy ja zajmowałam się ranną waderą, pobliski krzak jaśminu zmienił się w żółtą plątaninę gałęzi, a jego życie uzupełniło moją utraconą wcześniej moc. Już miałam zawiązywać bawełnę, kiedy usłyszałam niewyraźny krzyk, z którego zrozumiałam jedynie moje imię, potem czyiś głuchy jęk. Błyskawicznie się odwróciłam, ale było już za późno. Spojrzałam we wściekłe oczy, które jaśniały nad ogorzałymi kłami, które mogłyby mi zgnieść czaszkę. Zamarłam sparaliżowana strachem, jednak nie trwało to długo. Po ułamku sekundy z powierzchni ziemi zmiotła mnie wielka łapa potwora, ciskając moim ciałem na skałę. Poczułam jak lecę i przez chwilę zrozumiałam, że za moment uderzę lewym bokiem o ścianę jaskini. Wszystko stało się tak szybko, a ja dopiero po chwili zrozumiałam, że szpony przeorały mi bok. Nie czułam nic, jedynie zasłoniłam łeb łapami.
Uderzenie było ogłuszające. Trzasnęłam w kamienną, nierówną ścianę, a po chwili zwaliłam się na kamienie. Przed oczami tańczył mi las. Trawa kołysała się w nieokreślonych kierunkach, rozlewając się i zamazując. Jęknęłam cicho, zdając sobie sprawę, że powietrze wyleciało mi z płuc. Poczułam przeszywający ból w piersiach i brzuchu, który rozchodził się również na kręgosłup i tylne łapy. Uniosłam powoli łeb, walcząc z mdłościami i spojrzałam na przeorany pazurami mantikory bok, z którego sączyła się krew, plamiąc poszarpane futro. Na krawędziach rany zwisała poszarpana skóra. Usłyszałam niewyraźne krzyki i jak we śnie uniosłam oczy, żeby zobaczyć, jak Teov szybuje w powietrzu, tuż nad otwartym pyskiem mantikory. Białe kły błyszczały w świetle słońca, całe pokryte mieszaniną śliny, krwi i jadu. Basior opadał, wymachując bezradnie łapami, będąc coraz bliżej morderczych szczęk. Pozostałe zabójczynie stały sparaliżowane. Ago zamknęła oczy i przycisnęła uszy łapami do rudej głowy.
Nagle błysnęło.
Nie do końca wiem jak to się stało, zwyczajnie nie pamiętam. Nie myślałam, co wtedy robię, ba, nie byłam w stanie jasno ocenić sytuacji. Po prostu postawiłam Tarczę, tuż nad nosem bestii, a całą swoją uwagę skupiłam na tym, żeby utrzymać ochronę i nie pomylić run. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że stoję na sztywnych łapach, dysząc ciężko. Rozległ się cichy jęk, kiedy ciało wilka uderzyło z impetem o twardą powierzchnię osłony. Musiało minąć kilka sekund, nim zorientował się, że nie zostanie rozpołowiony przez mocne szczęki.
Kątem oka ujrzałam, jak Cadere szykuje się do skoku. Dostrzegłam, że buteleczka z antidotum na jad, którą wadera przymocowała do bransolety na łapie, była pusta, a ona sama utyka na przednią łapę, która została skaleczona. Rana była płytka, jednak długa i uniemożliwiała normalne stawianie kończyny. Mimo tego spięła mięśnie i w kilku susach pokonała dystans między nią, a mantikorą. Miała zamiar ugodzić ją w szyję, która była teraz wyeksponowana idealnie. Stworzenie było zdezorientowane tym, że jednak nie chwyciło Teova, więc gapiło się na błękitną łunę, odsłaniając krtań. Bezwiednie wyjęłam trzy sztylety z torby przy boku, walcząc o zachowanie świadomości. Zabójczyni mogła dobić monstra, a jedynie rozsierdzić je jeszcze bardziej. Chciałam to zakończyć, mieć pewność, że potwór padnie. Jednocześnie w powietrze uniosły się poprzednie ostrza, które chybiły tuż przed ciosem, jaki otrzymała Ago. Podrzuciłam te, które trzymałam i wszystkie sześć zostały oplecione przez moc. Nagle cisnęłam je wprost na brzuch samicy. Wbiły się głęboko, aż po samą kościaną rękojeść, przeszywając jej ciało na długości całego boku. Mantikora ryknęła ogłuszająco, ale wrzask po chwili ustał, kiedy mocne, wilcze zęby wyszarpnęły z jej gardła kawał mięsa, odsłaniając rozszarpaną tchawicę. Cadere wylądowała koślawo, zatoczyła się i odzyskała równowagę. Szara masa zakołysała się, zachwiała, postąpiła dwa niepewne kroki w przód. Jej pokrwawiony pysk poruszał się w niemym ryku, odsłaniając długie, jadowite kły. Po chwili padła na ziemię, wstrząsając gruntem i wiła się przez chwilę w konwulsjach póki nie zamarła. Wokół jej ciała powiększała się kałuża ciepłej krwi.
Opadłam na tyle łapy, czując, jak drżą mi mięśnie. Zakaszlałam i splunęłam krwią, która rozprysnęła się na zimnej skale. Las tańczył mi przed oczami, rozmazywał się, jaśniał i ciemniał na przemian. Uśmiechnęłam się, widząc jak Teov zeskakuje z Tarczy na truchło bestii i rozgląda się szybko. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nam się udało. Nie sądziłam, że będziemy w stanie ją zabić, co najwyżej przepłoszyć. ,,Ciekawe jaką minę miałby ojciec", pomyślałam. Głowa mi ciążyła, a każdy oddech bolał. Opadłam na kamień, czując, jak robię się senna. Obserwowałam, jak podbiegają do mnie dwa wilki, słyszałam ich niewyraźne głosy, nadal uśmiechając się sama do siebie

***

- Tato, a gdybym pokonała mantikorę? - zapytała mała wadera, przerywając męczenie sporego pająka. Zwierzę pognało w stronę ściany i schowało się w szparze między deskami, korzystając z chwili nieuwagi wilczęcia.
- Raczej ona pokonałaby ciebie. - mruknął Desto, przesuwając dłutem po bloku drewna - Jesteś jeszcze małym szczylem.
Szczenię naburmuszyło się, ale podeszło do ojca i oparło się łapami o stół warsztatowy. Biuro jego ojca było niewielkie, ale dobrze oświetlone. Radko kiedy były strateg wpuszczał tu córkę, jednak w miarę jak mała rosła to coraz częściej przymykał oko na to, że wkrada się tam bez jego pozwolenia.
- Co robisz?
- Stół. - odparł krótko.
- Dla kogo?
- Ceda, nie przeszkadzaj ojcu. - mruknęła Creza, wchodząc do domu. Łapy miała mokre. Mała wilczyca oderwała się od mebla i w kilku susach podbiegła do matki.
- Mamo, a co by było gdybym pokonała mantikorę? Albo smoka?
- Jesteś jeszcze za mała, Cedziu. - mruknęła wadera, kierując się do spiżarni.
- A jeśli byłbym duża?
- Wolałbym, żebyś nie ganiała za bestiami, bez względu na wiek! - krzyknął basior z warsztatu. Po chwili zaklął szpetnie, a po chwili rozległ się brzęk i drugi wulgaryzm - Kochanie, przynieś mi ręcznik!
- Co zrobiłeś? - zapytała zirytowana samica, przewracając oczami. Zostawiła Cedę w pokoju i ruszyła z powrotem.
- Jak to co, pochlastałem się.
- Już dawno mówiłam, żebyś wywalił to zardzewiałe ostrze. Tym bardziej, że trzymasz je na wierzchu przy Cedzie.
Ojciec nie odpowiedział. Szczenię, słysząc swoje imię, pognało do rodziców. Jej matka właśnie owijała Deso zranioną łapę pokrwawionym już bandażem.
- Dopiero co odeszłam od stołu operacyjnego i zdążyłam się wytrzeć, a już muszę opatrywać kolejnego. - mruczała niezadowolona, ale w jej oczach tańczyły rozbawione iskierki. Zawiązała opatrunek i pocałowała partnera.
- Dziękuję, kochana.
- Nie ma za co. Jeśli jednak pozwolisz, chcę trochę odpocząć. - zadarła głowę, masując sobie kark. Pogłaskała córkę po głowie i wolnym krokiem skierowała się do sypialni. Zapadła cisza przerywana jedynie szumem ogromnych liści i trzaskaniem rzeźbionego drewna. Mała wilczyca usiadła na krześle przy oknie i spojrzała na pobliski plac, na którym bawiły się podrostki.
- Tato?
- Tak?
- A będziesz ze mnie dumny jak pobiję smoka? - zapytała, patrząc na ciemne plecy ojca.
- Już jestem. - odparł spokojnie, nie przerywając pracy.
- Naprawdę?
- Oczywiście. Ale byłbym jeszcze bardziej, gdybyś przestała skakać po tych cholernych drzewach.
- To ja już wolę, żebyś pozostał taki dumny jaki jesteś teraz. - burknęła Ceda, opierając łeb na łapie. Nie rozumiała czemu ojciec się zaśmiał.
,,Ciekawe co pomyśleliby o mnie teraz...".


<Sorka?>

poniedziałek, 29 maja 2017

Od Sorki c.d. Cedy

Na umówione miejsce dotarłam po północy. Zdecydowałam się dotrzeć wcześniej i przespać na miejscu, by mieć na wszystko oko.
Okoliczne tereny były równinne. Drzewa rosły w niewielkich grupach, raz po raz napotykałam puste pola bez trawy, tylko sucha ziemia. Matka wiła się kawałek ode mnie. Zatrzymałam się nad rzeką, by się napić, po czym rozpaliłam ognisko w mniej widocznym miejscu. Obserwowałam przez chwilę nocne zwierzęta, żyjące wśród pobliskich drzew. Wreszcie zasnęłam.
Obudziły mnie kroki. Uniosłam uszy, żeby lepiej słyszeć. W moją stronę zmierzał jeden wilk, jego oddech wskazywał na to, że jest zmęczony. Podniosłam się, gdy spomiędzy drzew wyłoniła się postać wadery.
- Posłaniec - zaalarmowała, jakby bała się, że ją zaatakuję.
- O co chodzi? - Zapytałam. Podeszła do mnie bliżej, podkulając ogon do łap. Zamachałam ogonem i trochę się rozluźniła.
Widać było, że jest zmęczona. Podałam jej manierkę z wodą. Zawahała się przez chwilę, ale chwyciła ją i zapiszczała cicho z wdzięcznością. Wypiła kilka łyków. Manierka wróciła do mnie w połowie pusta.
- Przesyłka od arcykapłana - wilczyca wyciągnęła z torby paczuszkę i podała mi ją - zioła. W środku ma być też kartka z opisem, co i jak użyć.
- Kazał coś przekazać? - Pokiwała łbem.
- Tylko że nie mógł przyjść z powodu nagłych obowiązków. Życzył powodzenia.
- Dziękuję. Możesz odejść.
Otrzepała się z kurzu, którego w tym rejonie było pełno i potruchtała w drogę powrotną. Schowałam zawiniątko do torby i położyłam się z powrotem. Czekałam na brzask.
Kiedy nikłe światło budzącego się słońca zalało ziemię, wyjęłam zioła i przejrzałam je. Większość znałam, część pozostała tajemnicą. Będę musiała zapytać Catina o recepturę. Do łańcuszków przy talizmanie reprezentacji przyłączyłam dwie drobne buteleczki z eliksirami. Mogłam potrzebować później szybkiego dostępu. Szukanie śladów i planowanie zostawiłam na chwilę, gdy będzie przy mnie Ceda.
Co ona teraz robiła? Co w ogóle robi, gdy nie pracuje? Uśmiechnęłam się gorzko pod nosem. Robota laguza i polowania chyba pochłonęły mnie bez reszty... Nie miałam życia poza tym. Kiedy właściwie odwiedziłam Dallam albo Sunset bez służbowych spraw do załatwienia...?
Co ona teraz robiła?
Zapewne siedziała w swojej jaskini. Kilka razy byłam w mieszkaniach innych wilków, które, nawiasem mówiąc, nie były tym chyba zachwycone. Ja zresztą też nie. Przestrzeń zawsze była zamknięta i ograniczona przytłaczającą ilością przedmiotów i mebli. Powietrze nie poruszało się swobodnie, światło nie zmieniało pod wpływem pór dnia i nocy. Nawet ziemia była wciąż taka sama albo nie było jej wcale.
Z jakiegoś powodu momentami było mi do tego tęskno i odwiedzałam inne wilki w ich jaskiniach. Chciałam mieć dokąd wracać. Ale po co mieć miejsce, do którego powracanie jest przymusem i każdy oczekuje, że tam właśnie się będzie? Było mi tęskno. Ale tylko momentami...
Podniosłam się i zgasiłam ognisko, nakopując na nie ziemi. Torbę ukryłam nieopodal w zapadzie skalnym, żeby mi nie przeszkadzała. Czekało na mnie świeże śniadanie, śniadanie, które właśnie nieświadomie wędrowało sobie po lesie. Skoczyłam między drzewa.

***

Spotkanie z Cedą nastąpiło w trakcie mojego posiłku. Pojawiła się wraz z trójką towarzyszy, którzy przedstawili się jako Cadere, Ago oraz Teov. Powitałam ich uśmiechem, widząc bijące zmęczeniem postawy. Usiedli ze mną, jedząc to, co udało mi się upolować.
- Nie zdążyliście zjeść śniadania? - Zapytałam pogodnie, starając się jakoś nawiązać rozmowę.
- Nie mieliśmy czasu - odparł Teov, w dziwny sposób patrząc na Cedę. Zignorowała jego spojrzenie.
- Ta... - pokiwałam głową - to smacznego.
Ceda przełknęła kawałek mięsa bez entuzjazmu.
- Laycatin nie pojawia się do tej pory... - Mruknęła, spoglądając na horyzont.
- Nie przyjdzie - poinformowałam ją - ma jakieś obowiązki. Przysłał nam zioła przez posłańca, powinnaś zaraz na to zerknąć.
- Pokaż.
Gdy Ceda czytała opisy maści, ja rozmawiałam z zabójcami. Nie palili się do konwersacji, odpowiadali z ociąganiem. Przyglądałam się mowie ich ciała. Coś było nie w porządku. Teov unosił się z wyższością, a reszta odnosiła się do niego z większym szacunkiem niż do Cedy. Najmłodsza wadera zdawała się nawet traktować ją protekcjonalnie. Nie chciałam się wtrącać w ich sprawy, ale zaskoczyło mnie to. Sądziłam, że Ced jest godna szacunku i dobrze spełnia swoją funkcję.
W pewnym momencie Teov wstał.
- Nie powinniśmy tak leżeć, trzeba stawić czoła bestii - oznajmił.
Podejrzewałam, że nie znał się zbytnio na potworach. Również wstałam.
- Skoro tak ci pilno.
Ruszyliśmy wspólnie na poszukiwania śladów. Ceda znalazła coś pierwsza, odciski łap i żłobienia wyryte pazurami.
- Możesz coś z tego odczytać? - Zapytała, przejeżdżając łapą po wgłębieniu.
- To wygląda...
Po tych śladach powinnam móc określić przynajmniej płeć mantikory. Dlaczego nie mogłam? Potrząsnęłam głową.
- Nic - odparłam - to jest niepokojące.
Podążaliśmy po śladach, kręcąc się z nosami przy ziemi. Po jakimś czasie trafiliśmy na otwarte pole około trzydziestu długości ogona. Za nim były rzadko rosnące drzewa, a dalej czarna plama jaskini. Wokół wznosiły się poszarpane skały. Trop prowadził do tej jaskini.
W mojej głowie powstało beznadziejne podejrzenie.
- Jeśli mamy do czynienia z samicą, będzie gorzej, niż z samcem. Samców łatwiej jest zdezorientować i wytrącić z równowagi - powiedziałam. - Mam pewien pomysł.
Ceda spojrzała na mnie.
- Zamieniam się w słuch.
- Mam zioła, które bardzo mocno pachną. A tak dokładnie... Śmierdzą. Ale ukryją nasz zapach na tyle, byśmy mogli się zbliżyć do jamy i przygotować do ataku.
- A potem?
- Cóż, liczę, że potem zarąbiemy gada.
- To brzmi dobrze. Jeśli bestia siedzi w jaskini, to nasza pozycja jest sprzyjająca.
Ruszyliśmy w stronę jaskini. Wydobyłam zielsko z torby, podpaliłam i okadziłam futra towarzyszy. To powinno było nas ochronić. Ceda i Teov podkradli się do jaskini i zajrzeli do niej. Ja, Ago i Cadere czekaliśmy, skryci w kniejach. Laguza odwróciła się do mnie i kiwnęła głową. Wrócili do nas najciszej, jak mogli.
- Samica - wyszeptała Ceda.
- Zaraza... - Mruknął Ago.
- Nie ma co zwlekać - warknęła cicho Cadere - atakujmy.
Ekwipunek i medykamenty zostawiliśmy w cieniu drzew. Wszyscy ustawili się na pozycje. Ceda podeszła do wejścia jamy i głośno w nie zawyła. Ze środka wydobyło się potężne warknięcie. Wadera odskoczyła.
- Zaraz wypadnie... Bądźcie w gotowości!
Wtedy wszystko się posypało.
Ryk z jaskini rozbrzmiał jednocześnie z rykiem za mną. Zastygłam, czując ciarki na karku. Po chwili rozległy się wycia wilków, wołających pomocy. Ceda spojrzała na mnie zszokowana.
- Co się dzieje, Sorka?
- Samiec i samica... Dwa potwory Ced. Ktoś potrzebuje pomocy.
Odwróciłam się, gotowa rzucić się na ratunek. Towarzyszka zatrzymała mnie.
- Sama nie dasz sobie rady, poczekaj!
- Nie mamy czasu czekać.
- Wyślę z tobą Ago.
- Do samicy będziesz potrzebowała wszystkich sił.
- Dobra... Wyj, gdyby coś się działo.
- Ty też. - Zawahałam się przez chwilę, nie wiedząc, czy się odezwać. - Nie daj się zdominować Teovowi, Ced. To ty tu jesteś laguzą - powiedziałam w końcu, patrząc jej w oczy.
- Nie bierz tego do siebie, ale nie wtrącaj się w moje sprawy, w porządku? Sama dam sobie radę, bez twojej pomocy. - W jej głosie nie było wrogości, jedynie uprzejma prośba.
- Rozumiem. Powodzenia.
Pobiegłam w stronę równiny.

***

Trzy wadery stały na środku otwartego terenu, wyjąc do nieba jak opętane. Dwie rude i jedna ciemnobrązowa. Wszystkie nosiły kolorowe stroje, mnóstwo brzęczącej biżuterii. Wszystkie miały na futrach barwne tatuaże. Domyślałam się, że wracały z Zachodniej Sadyby. Podbiegłam do nich, a kawałek od nas śliniła się już mantikora, pożerając nas łakomym spojrzeniem.
- A ty co, życie ci nie miłe? - Warknęła brązowa, tatuaż słońca zdobił jej czoło.
- Było nie wyć.
- Co... Szczerze mówiąc liczyłam na bardziej efektywną pomoc.
- Masz najbardziej efektywną, jak się da... - Wymamrotałam z przekąsem. - A teraz uciszcie się wszystkie i przestańcie prowokować bestię brzękiem błyskotek. Macie jak najciszej przekraść się za linię drzew, a potem pędem do domu.
- Zgłupiałaś, idiotko?! - Krzyknęła wadera - ta harpia, czy co to tam jest, nas zabije!
- Suer... - Odezwała się inna bardzo cicho, wycofując się. - Posłuchajmy jej. To jest Sorka, laguza stanowisk wojennych.
- Och... - Wszystkie trzy wykonały moje polecenie, wzdrygając się za każdym razem, gdy potwór zwrócił na nie wzrok. A ja truchtałam na boki i robiłam co mogłam, by zwrócić jego uwagę. Nieopodal słyszałam dźwięki walki, mogłam nawet dostrzec sylwetki wilków, ale skupiłam się na swojej bitwie. Dopiero, kiedy wadery zniknęły mi z pola widzenia, zaatakowałam.
Walka z mantikorą nie należała do łatwych. Najważniejsze były uniki. Nie mogłam jej atakować od przodu z powodu paszczy, ani z góry czy z boków przed kolce jadowe i ogon. Było tylko jedno odsłonięte miejsce, ale dostanie się do niego graniczyło z cudem. Starałam się często obiegać potwora i wydawać dezorientujące dźwięki. Kąsałam i drapałam, pozostawiając na jego brzuchu płytkie rany, z których sączyła się krew. Podobne rany zadawał mi. Po ponownym skołowaniu go, przyskoczyłam do jego szyi i wbiłam w nią kły. Zanim zdążyłam się oddalić, silna łapa posłała mnie daleko w powietrze. Pazury rozorały mi podbrzusze i łapę. Upadłam na szorstką ziemię, ogłuszona bólem.
Bestia też nie miała się najlepiej, wykrzywiała głowę w bok.
Z trudem oderwałam od łańcuszka na szyi małą buteleczkę i bez wahania wlałam sobie do gardła jej zawartość. Smakowała obrzydliwe. Ożywiło mnie to.
Mikstura uniewrażliwiła mnie na ból. To mogło być niebezpieczne, ale mogło też zadziałać. Bez żadnych blokad podbiegłam do mantikory i po szybkim zwodzie dostałam się okolice umięśnionych, tylnych łap. Ugryzłam i rozerwałam masywne mięso.
Nie musiałam robić nic więcej. Potwór po tym ciosie nie mógł się nawet poruszać na wątłych przednich łapach. Stanęłam nad nim i dobiłam go, by się nie męczył. Z trudem utrzymywałam się na łapach czując, jak ucieka ze mnie krew.
Ale nie poległam. Przynajmniej na razie. Mroczki latały mi przed oczami.

Cedko?

sobota, 6 maja 2017

Od Cedy c.d Sorki

Poderwałam się z ziemi.
- Jak oni się czują, Laycatin? - zapytałam. Basior uśmiechnął się przyjacielsko.
- Będą żyć, Cedo. Wyliżą się z tego, ale jeśli ta bestia nadal będzie  spacerować po naszych terenach inni mogą nie mieć takiego szczęścia. - spoważniał, siadając koło Sorki - Mamy jakieś informacje? Sorka naprędce powtórzyła arcykapłanowi wiadomości, jakie udało nam się ustalić, a ja spokojnie patrzyłam na ciemniejące niebo, zastanawiając się, jak wielką ofiarę będę musiała złożyć Maneae, jeśli przetrwam tą walkę. Od kiedy ja się zrobiłam taka religijna? Ilu zabójców trzeba będzie zwerbować? Trzech? Czterech? Na pewno znajdzie się wśród nich Teov. Może i mamy na pieńku, ale głupotą byłoby niewybranie tak wyszkolonego i doświadczonego basiora. Zamknęłam oczy, przywołując na myśl dom. Ojciec zawsze mówił, żebym nigdy nie oddalała się od terenów watahy, bo w lesie można spotkać różne obrzydlistwa. Czasem opowiadał mi o swoich wojennych potyczkach, które musiał toczyć z bestiami, które zapuszczały się zbyt blisko domów. Świerkowce, małe smoki, liściogłazy oraz mantikory, najczęściej kwiryńskie. Nigdy jednak nie widziałam żadnego na oczy, ewentualnie jakiś szkic na pergaminie, a teraz? Teraz mam przelać krew jednego z
nich. ,,Byłbyś ze mnie dumny, tato", pomyślałam, uśmiechając się kwaśno pod nosem.
- Lay, jesteś w stanie zapewnić nam dostateczną ilość eliksirów i maści?
- Raczej tak, ostatnio sprowadziliśmy nieco towaru z sąsiednich watah.
- Czyli spotykamy się tuż przed zakolem jutro w górowanie?
- Tak chyba będzie najlepiej. - mruknęłam cicho, otwierając oczy im dostrzegłam, że Słońce całkowicie przestało ogrzewać Ziemię, a jedynym źródłem światła były gwiazdy. Księżyc jeszcze nie wyłonił się zza wysokich drzew, ale na niebie można było dostrzec gwiazdozbiór Sarny, a koło niej Koziołka.
- Ilu zabójców idzie z nami?
- Trójka. - powiedziałam, znów skupiając się na towarzyszach - Mogę rozesłać jeszcze paru zwiadowców, żeby przekonać się, na jakim terenie będziemy walczyć.
- Nie, to nie będzie konieczne. Tam jest dosyć łagodnie, oprócz tego, że Matka jest rwąca. Nie ma też jakiś wyboistych terenów.
Kiwnęłam głową i zaczęłam zastanawiać się czy mam jeszcze jakiegoś posłańca na nocnej warcie. Trzeba posłać wiadomości do wilków, które mają iść z nami. Na pewno ktoś siedzi po nocach, ale plan ostatnio się pozmieniał i nie zdążyłam jeszcze go przeanalizować.
- Coś jeszcze jest nam potrzebne? - zapytał Laycatin
- Chyba nie... - mruknęła Sorka - Ty zapewniasz medykamenty, ja wyposażenie, Ceda zabójców.
- Miejmy nadzieję, że to szybko się zakończy... - westchnął basior, wstając bezszelestnie - Miłej nocy, drogie panie.
- Ja też już lecę. - rzuciłam szybko - Do zobaczenia jutro.
Skłoniłam lekko głowę na pożegnanie i skoczyłam w krzaki, zamierzając iść na moment do mojego stanowiska; niewielkiej jaskini, do której kierowały się wszystkie wilki o profecji zwiadowczej. Tak było wygodniej; wszystkie papiery w jednym miejscu, każdy wiedział gdzie iść, dodatkowo ,,biuro", bo chyba mogę ją tak nazwać, leżało mniej-więcej w centrum watahy, na łagodnym terenie. Było to o wiele lepsze rozwiązanie niż gdybym miała siedzibę w swoim domostwie. Poza tym, nie chcę, żeby do mojej nory przychodziło kilka wilków na dzień, naruszając moją przestrzeń osobistą.
Po jakiś piętnastu minutach drogi znalazłam się na szczycie łagodnego wzgórza, w którym zawiadywałam pracą reszty wilków. W tym miejscu mieściły się wszystkie papiery, plany oraz potrzebny zwiadowcom ekwipunek. Zeszłam na zachodnią stronę i stanęłam przed dębowymi drzwiami. Uniosłam łapę i zastukałam w deski. Nikt nie odpowiedział, więc popchnęłam drewno i znalazłam się w ciemnym korytarzu. Na jego końcu znajdowało się kolejna jama, do której ruszyłam szybkim krokiem. Była ona dosyć szeroka, w jednym jej krańcu stał regał na całą szerokość ściany, podzielony na wiele przegródek i szuflad, z których każda była osobno opisana. Spojrzałam na przeciwległy kraniec pokoju, w którym stało drewniane biurko, zawalone pergaminami, listami oraz rysikami. Westchnęłam ciężko, zmieniając świecę w lampionie i podeszłam do mebla, zastanawiając się ile pracy będzie mnie kosztować uporządkowanie tego bałaganu. Chwyciłam pierwszy lepszy dokumentzapisany drobnym drukiem.
- ,,Raport ze zwiadu zachodniej granicy watahy". - mruknęłam, pospiesznie przebiegając wzrokiem po piśmie. Odłożyłam zwój do jednej z szuflad, po czym wyjęłam trzy czyste arkusze. Napisałam na wszystkich tę samą wiadomość, w której informowałam zabójców o jutrzejszym polowaniu na mantikorę. ,,Miejmy nadzieję, że usłyszy. I przyjdzie", pomyślałam, wychodząc z nory. Powietrze znacznie się już ochłodziło, zawiał północny wiatr. Zadarłam wysoko głowę i zawyłam przeciągle, wzywając do siebie posłańca. Powinien siedzieć gdzieś w okolicy, jeśli nie przenosi ważnych wiadomości. Nienawidzę załatwiać ważnych spraw w pośpiechu i na ostatnią chwilę. Wpatrywałam się beznamiętnie w gwiazdy, błądząc myślami zupełnie gdzie indziej, kiedy z krzaków wyskoczyła niewysoka wadera. Jej futro było brązowe, a na krótkim ogonie kołysały się zielone pióra nieznanego mi ptaka. Jej grzbiet wieńczyła para skrzydeł o białych lotkach.
- Pani Cedo. - powiedziała cicho, uważnie lustrując mnie wzrokiem.
Kiwnęłam jej głową na powitanie.
- Dobry wieczór, Galla. Mogłabyś zanieść to do Teova, Cadere i Ago? Byle szybko, to bardzo ważne.
- Oczywiście. - wilczyca chwyciła trzy zwoje i włożyła je do torby na boku - Coś jeszcze?
- Tak, przeproś ich ode mnie. Powiedz, że nie mogłam im przekazać tego
wcześniej.
- Rozumiem. - schyliła głowę i bez zbędnych ceregieli uciekła w zarośla. Patrzyłam chwilę w krzaki, jakby chcąc upewnić się, że na pewno odbiegła, po czym wstałam powoli i wolnym truchtem skierowałam się do jednej z moich kryjówek. Droga nie dłużyła mi się, jednak zaczęłam odczuwać wyraźne zmęczenie. O wiele bardziej wolę podróżować nocą, w ciszy, niż za dnia, mimo, że po zachodzie Słońca czuję się nieco mniej pewnie i bezpiecznie. Po kilkunastu minutach ni to marszu, ni to biegu, dotarłam na skraj polany, na której rósł ogromny, rozłożysty dąb. Zadarłam wysoko głowę, szukając dostatecznie grubej gałęzi, tak, żeby mieć pewność, że mnie utrzyma. Kiedy wybrałam odpowiednią, na wysokości mojej klatki piersiowej pojawił się błękitny okrąg z run. Wspinałam się po Tarczach, aż moje łapy spoczęły na pewnym, twardym drewnie. Miejsce, które obrałam sobie za tymczasowe posłanie było dosyć szerokie, także wygodnie położyłam się tam i
wyciągnęłam przed siebie łapy. Podciągnęłam jedynie ogon, obawiając się, że ktoś może chcieć za niego chwycić i ściągnąć mnie z drzewa. Sen przyszedł zadziwiająco szybko.


Sorka? Laycatin?

środa, 3 maja 2017

Od Sorki c.d Cedy

Dotknęłam rysikiem zwoju i zastygłam, penetrując myślą własną pamięć.
Mantikora, mantikora... Powtarzałam w głowie to hasło, czepiając się wszystkiego, co udawało mi się sobie przypomnieć. Za dużo podgatunków, odmian i mutacji. Tłumaczył mi to kiedyś, ale nigdy nie pozwolił zobaczyć na żywo. A ja zgubiłam bestiariusz.
Odpechnęłam od siebie wspomnienia i skupiłam się na potworze, zapisując wszystkie wychwycone informacje.
Mantikora smocza, bezskrzydła, pierzasta, szarogrzywa, wielkoucha i drzewna... I jeszcze złota. Uśmiechnęłam się na myśl, jak wiele pamiętam. Każda odmiana zajęła oddzielny zwój. Pieczołowicie zapisywałam zwyczaje każdego podgatunku, dietę, wybierane legowiska, budowę ciała, toksyczność jadu. Szkicowałam wszystko, co pamiętałam, od samych kształtów kolców jadowych do całych sylwetek bestii.
"Mantikora (podgatunek: smocza) [...] Nazwa wywodzi się z podobieństw tej odmiany do smoków. Skórzaste skrzydła osiągają rozpiętość od 5 metrów, pancerz jest nie do przebicia. Ponadto odmiana odznacza się doskonałym metabolizmem, w związku z czym nie musi odpoczywać po posiłku."
Pomodliłam się w duchu do Jaszy, żeby nie ten podgatunek postanowił nas odwiedzić. Gdy kończyłam zapisywać informacje o mantikorach wielkouchych, usłyszałam znajome wycie. Ceda? Niedaleko, bardzo niedaleko. Zrozumiałam, o chodzi. Wstałam znad głazu, na którym leżały rozłożone zwoje i pospiesznie zebrałam je do swojej torby. Rysik zatknęłam za skórzany pas od talizmanu reprezentacji i ruszyłam truchtem na umówione miejsce.
Słońce niedawno wychyliło się zza horyzontu i teraz leniwie ciągnęło ku górze. Dobrze dogasiłam ognisko? Powietrze było chłodne, ale nie zimne. Rześkie. Na niebie nie było chmur. Wiatr nie wiał. Rosa, która skropiła trawy, łaskotała moje łapy.
Na miejscu nie czekałam na Cedę długo. Zastanawiałam się, czy nie powinnam powiadomić Laycatina, ale uznałam, że Ceda pewnie i o to zadbała. Kiedy zobaczyłam ją na skraju polany, wstałam gwałtownie, ruszona niepokojem. Usiadła ciężko, wyglądała na zmęczoną.
- Laycatin nie dotarł? - Zapytała niewyraźnie.
- Jeszcze nie. Co się stało?
- Mantikora się przemieściła i zaatakowała oddział zwiadowców.
- Psiakrew... Nie żyją?
Ceda spiorunowała mnie wzrokiem. Wstała, otrzepała się.
- Żyją. Udało im się uciec, ale dwoje z nich leży w lecznicy. Byłam tam i zdobyłam sporo informacji na temat tej bestii.
Powtórzyła mi, czego dowiedziała się od zwiadowców. Potwór, który ich zaatakował nie miał skrzydeł, a zamiast nich dwa kolce jadowe na bokach ciała i trzeci, największy, na ogonie. Przednie łapy krótkie, zakończone chwytnymi palcami i pazurami, a tylne długie i silne. A do tego duży, szarawy łeb.
- To wszystko - podsumowała - nie jest tego jakoś dużo, ale musieli zająć się ucieczką, a nie podziwianiem tworu natury.
- Wystarczająco dużo. Dobra robota, Ced.
Zrzuciłam torbę na ziemię i zaczęłam gorączkowo ją przetrząsać. Zwoje z notatkami wypadły na ziemię pod łapy Cedy. Wadera usiadła obok mnie, przeglądając szkice i porównując informacje.
- To chyba ta - podała mi kartkę.
Wzięłam ją i przyjrzałam się.
- Masz rację. Mantikora bezskrzydła szarogrzywa. Mamy trochę szczęścia.
- Ach tak?
- Nie będziemy musiały tropić jej po niebie. Poza tym ten podgatunek ma pancerz tylko na ogonie. Jest dość zwinny, ale nie tak jak mantikora drzewna. Ten spadek zwinności powoduje duży łeb i ciężki ogon. Dlatego ma takie silne tylne łapy, żeby móc unieść cały ten ciężar. Tym bardziej, że przednie łapy nie są przystosowane do dużego nacisku. Z czego możemy wywnioskować, że mantikora słabo biega, ale dobrze się wspina i skacze. Największą przeszkodę stanowi jad. Jest wyjątkowo toksyczny, bardziej niż u innych odmian. Truciznę z żądeł możemy wyleczyć, jeśli wystarczająco szybko podamy odtrutkę. Jednak te kły, te w pysku, mają jad o wiele niebezpieczniejszy. Z tego co wiem na to odtrutki nie ma... Musimy jeszcze uważać na przednie łapy, pazury rozdzierają jak miniaturowe sierpy. Bestia dobrze widzi w nocy, więc zaatakujemy w dzień. Co dwa księżyce przeżywa okres w którym wydala stary jad i tworzy nowy. Jest wtedy bardzo agresywna i zgaduję, że ten okres właśnie jej się kończy. To by mogło wytłumaczyć, dlaczego zmieniła leże.

- Jedna z tego oddziału została dziabnięta tym jadowitym kolcem. Mam nadzieję, że Lay da radę jej pomóc.
- Nie martw się, Ceda. Na pewno da.
Laycatin pojawił się obok ze słowami:
- Oczywiście, że dam.

Ceda, Lay?


*Grafika zamieszczona w opowiadaniu została wykonana przez Sorkę.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Od Cedy c.d. Sorki

Pożegnałam się z pozostałymi i ruszyłam szybko w stronę swojej jaskini. Widziałam, że Sorka i Lay dobrze się czują na stanowiskach laguzuów, jednak moja sytuacja... Cóż, nie mogę powiedzieć, że jest koszmarnie, ba, nawet całkiem nieźle. Moim jedynym problemem jest jeden z zabójców; Teov. Niesamowicie pracowity, doskonały skrytobójca o cztery lata starszy ode mnie, z bagażem doświadczeń na karku. Po przejściu na emeryturę Ven, starszej wadery, która obejmowała stanowisko laguzy od prawie dekady, każdy myślał, że to on będzie pewniakiem na zajęcie zwolnionego stanowiska.
Ja jednak zgłosiłam się pierwsza, Teo w tym czasie był na misji. Zwykły zbieg okoliczności, ot co. Dall nie zwlekała.
W gruncie rzeczy jest on całkiem poukładany, ale wyraźnie widać, że nie uważa mnie za kogoś, kto zasługuje na miano laguzy. Widzę jednak, jak reszta oddziałów zwiadowczych na mnie patrzy, szeptając po kątach. Najczęściej to on jest pośród nich. Wiem jednak, że nie wyzwie wadery na pojedynek; ponoć uważa, że nie byłaby to równa walka i honor nie pozwala mu zaproponować potyczki. Coraz młodsze wilki kwestionują moje rozkazy, traktują mnie protekcjonalnie. Nie mam jednak czego zarzucić Teo; nigdy nie przyłapałam go na wszczynaniu buntu, boję się jednak, że jeśli nie zrobię czegoś szybko może okazać się, że kiedy w końcu się zbiorę będzie za późno.
Męczy mnie to, ale wiem, że jeśli się załamię, nie odzyskam poparcia moich wilków, więc po prostu staram się wypełniać swoją rolę jak najlepiej. Nie minęło jeszcze dużo czasu, może po prostu muszą się do mnie przekonać.
Zatrzymałam się przed wejściem do domu, po czym odgarnęłam zasłaniające wylot płachty skóry. Stanęłam w półmroku, a w kącie pomieszczenia zamigotały niebieskawe grzybki, które znalazłam w górskiej jaskini i zamknęłam w słoiku. Rozpaliłam ogień i klapnęłam na połowicznie wydzierganą narzutę, którą przykryłam materac, na którym spałam. Poderwałam się jednak z cichym krzykiem, wyrywając z poduszki łapy metalową igłę. Włożyłam palec do pyska i bezwiednie prześledziłam koślawy wzorek na czarnym materiale. Chciałam, żeby przedstawiał biały las ze stadem jeleni, ale... Pogłaskałam bezwiednie gładką nić i zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak rozwiązać sprawę z mantikorą. W między czasie skończyłam ścieg i zakopałam się pod skórami.
- Pani Cedo? - usłyszałam cienki głosik, który tłumiony był przez zasłonę. Zaskoczona uniosłam głowę.
- Wejść! - krzyknęłam, wyjmując łapę spomiędzy zębów. Koło paleniska stanęła wątła postać o niezwykle długich nogach. Spojrzała na mnie dużymi, zielonymi oczami, a ja zauważyłam, że na brodzie rosną jej nieco dłuże kępy sierści, kształtując się w niewielki zarost. Głowę o delikatnych rysach wieńczyła para sarnich rogów.
- Pani Cedo... - powtórzył zdyszany basior, chwytając łapczywie oddech.
- Co się stało, Avaloon? Zeznania! - rzuciłam, odrzucając na bok narzutę. Dziwnie się czułam wydając rozkazy i widząc, jak poszczególne wilki prostują się sztywno, donośnym głosem zdając mi relacje ze zwiadów.
Av był jednym z moich najlepszych biegaczy, jak nazywaliśmy posłańców, którzy mogli podróżować na najdalsze odległości. Mimo, że dopiero niedawno przekroczył wiek dwóch lat, już od jakiegoś czasu biegał z przesyłkami; może nie wagi państwowej, ale reszta watahy często go werbowała do różnych zadań za kilka jerów. Gdy jednak dorósł, od razu zaciągnięto go do roboty i praktycznie od początku to ja byłam jego laguzą; może dlatego mi się nie sprzeciwiał. Nie dało się ukryć, że miał wyjątkowy talent.
- Zwiadowcy donoszą, że potwór się przemieścił! - basior wyprostował się od razu – Zaskoczył naszych przy pierwszym zakolu Matki, dwa wilki są ranne. Udało im się uciec.
- Ilu osobowy był to odział? - zapytałam, wybiegając gwałtownie z jaskini. Ale... jak? Tak szybko? Przecież jeszcze dwa dni temu dostałam wiadomość, że są koło źródła...
- Trzy wilki, odział trzeci. Mieli sprawdzić tereny, które zniszczyły centaury.
- Wiesz, gdzie się zatrzymali? - starałam się ukryć zdenerwowanie, ale głos mi zadrżał.
- Tak, wysłali wiadomość również do medyków za pośrednictwem sokoła.
- Dobrze... - mruknęłam, starając się pozbierać myśli. Poczułam narastającą gulę w gardle. - Biegnij migiem do Arcykapłana, będą potrzebne leki i zioła. Aha, powiedz mu jeszcze, żeby za godzinę zjawił się tam, gdzie przed chwilą się spotykaliśmy
Avaloon skinął głową, skłonił się i poprawił szybko torbę, którą przerzucił przez grzbiet. Na skórzanym pasie zamigotał wykuty w białym kamieniu orzeł – talizman reprezentacji basiora- po czym sam jego właściciel skoczył błyskawicznie w krzaki. Pierwsze zakole Matki było niebezpiecznie blisko centrum watahy, dodatkowo przecinały się tam wyjątkowo piękne i łagodne szlaki, którymi mieszkańcy lubili spacerować. Nic dziwnego, że to monstum złapało moich. Ch.olera jasna! Przygryzłam wargę, patrząc na znikające za drzewami Słońce. Dzisiaj na pewno nie wyruszymy, walka z potworem takiego pokroju w dzień to dopiero wyzwanie, co dopiero w nocy. Dodatkowo nie wiemy czy to na pewno jest mantikora, a jeśli tak, to z jakim jej podgatunkiem mamy do czynienia. Słyszałam o wielu różnych w opowieściach, jeden bardziej okrutny od drugiego.
Uniosłam wysoko głowę, po czym zawyłam przeciągle, dając znak Sorce, że ,,obiekt się przemieścił" i spotkamy się w tym samym miejscu za godzinę. Chciałabym jednak przepytać wpierw moich, żeby nie przyjść do reszty z niczym. Ruszyłam szybkim biegiem do szpitala, mając nadzieję, że już zdążyli ich opatrzyć i będę mogła zrobić wywiad.

***

- Pani Cedo... - zaczęła jedna z medyczek, widząc mnie na końcu korytarza. - Pani zwiadowcy...
- Tak, słyszałam o tym... - mruknęłam – Proszę mi powiedzieć jak się czują.
- Jedna wadera została zatruta i leży nieprzytomna... Jest w ciężkim stanie.
- A basior?
- Trochę lżej, ale jest nieźle poturbowany. Walczyli z czymś, ale udało im się uciec w porę.
- Muszę się z nim zobaczyć.
- Obawiam się, że musi odpocząć i nie mogę Pani wpuścić...- zaczęła.
- To bardzo pilne. - odparłam stanowczo – Proszę mnie do niego wpuścić.
Pielęgniarka odpuściła, wyraźnie zmieszana. Wskazała łapą drzwi do jednego z pomieszczeń. Weszłam przez nie i ujrzałam jednego z moich zwiadowców. Leżał na szpilatnym łóżku, a jego pysk był przykryty bandażami.
Wilk uniósł z trudem głowę i utkwił we mnie brązowe oczy.
- Pani Ceda... - mruknął, unosząc łapę do czoła.
- Leż, nie podnoś się. - podeszłam do niego i usiadłam przy jego posłaniu. - Wiem, co się stało i potrzebuję informacji.
- Domyślam się, że nie przyszłaby tu Pani jeśli nie miałaby interesu do mnie... - parsknął spod opatrunków młodzieniec. Jęknęłam w duchu, bo zawsze miałam z nim na pieńku.
- Powiedz mi jak wyglądało to coś, co was zaatakowało.
- Obawiam się, że nie pamiętam... - błysk w jego oku dał mi wyraźnie do zrozumienia, że sobie drwi. Najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji i po prostu wykorzystał okazję, żeby mi dopiec. Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec.
- Mów. Wiem, że wiesz. - warknęłam.
- Boję się, że nie jestem w stanie Pani nic...
- Yer, członek trzeciego wewnętrznego oddziału zwiadowczego pod dowództwem laguzy Cedy, baczność! - krzyknęłam, zrywając się na równe nogi. Wilk spojrzał na mnie zmieszany, zamierając. - Baczność! - syknęłam, mrużąc oczy w gniewie, a czerwony pędzel zafurkotał przy moim uchu. Yer powoli uniósł łapę do skroni.
- Oficjalnie zostajesz zawieszony w obowiązkach zwiadowczych na czas bliżej nieokreślony za sprzeciwianie się dowódcy i utrudnianie pracy reszcie oddziałów. Pielęgniarka wyraźnie powiedziała mi, że walczyliście z mantikorą, więc nie ściemniaj i mów, jak wyglądała, inaczej będziesz musiał szukać sobie nowej posady!
Mój głos rozniósł się echem po pomieszczeniu. Basior wyraźnie zbladł i już pokornym tonem zaczął opisywać mi wygląd potwora. Miałam zamiar przekazać jego słowa Sorce, prawdopodobnie ona lepiej się znała na potworach ode mnie. Gdy Yer umilkł, spuścił wzrok, hamując frustrację.
- Spocznij. - odparłam już łagodniej. - Kiedy wyzdrowiejesz przyjdź do mnie, a ja wyznaczę ci zadania, które będziesz pełnił, póki ranga nie zostanie przywrócona. Szybkiego powrotu do zdrowia życzę.
Uśmiechnęłam się lekko. Mimo wszystko nie chciałam, żeby miał mnie za takiego potwora, ale nie mogłam pozwolić, by utrudniał pracę wszystkim oddziałom i narażał watahę. Zobaczyłam, jak obraca się powoli na drugi bok i wyleciałam z pomieszczenia jak strzała, gnając w stronę jaskini po mapę i zwój do pisania, skąd potem miałam pognać w umówione miejsce.


<Sorke, Lay?>

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Sorki: "Spotkanie laguzów"

Był już wieczór. Przybyłam na miejsce jako pierwsza - stanęłam spokojnie na wzgórzu z widokiem na targ. Postanowiliśmy się spotkać tutaj, ponieważ każdy znał to miejsce. Dostać się tu nie było niczym skomplikowanym, a nasze spotkanie wydawało się nie być spotkaniem zbyt dużej wagi.
Czas, który spędziłam jako laguz mijał mi szybko. Podobała mi się nowa funkcja i czułam się w niej dobrze. Spotkania laguzów w połowie miesiąca wyczekiwałam niecierpliwie. I wreszcie na horyzoncie zamajaczyła sylwetka. Najpierw pojawił się Laycatin. Nie znałam go do tej pory. Wyglądał dosyć niecodziennie, ale nie zdziwiło mnie to. Był arcykapłanem, oni zazwyczaj wyglądają niecodziennie. Patrząc na niego poczułam dreszczyk emocji. Enigmatyczny, magiczny wygląd to nie wszystko, co było w nim intrygujące. Magnetyzujący wzrok, przyjazny uśmiech. Przywitał się, miał miły dla ucha głos. Pomyślałam, że były dobrym śpiewakiem.
Skinęłam mu pyskiem, odwzajemniając uśmiech.
- Ty jesteś Sorka, od wojennych? - Upewnił się - Laycatin, arcykapłan.
- To ja. Miło cię poznać.
- Wzajemnie.
Ceda jeszcze się nie pokazywała, więc zaczęliśmy rozmowę. Nawet się kleiła, Laycatin był rozmowny. Wymieniliśmy się faktami o sobie, co pozwoliło mi go lepiej poznać. Opowiedziałam mu, czym zajmuję się poza pracą laguza, trochę o tym jak się czuję w nowej roli. Odwzajemnił mi tym samym. Miałam wrażenie, że spodziewa się odrzucenia, gdy wspomniał o robocie patologa, ale nie ruszyło mnie to. Ktoś musi się tym zajmować, a jeżeli on to lubi, to sytuacja przedstawia się dobrze. Poruszyłam wątek śpiewanych pieśni i ballad. Zapowiadała się ciekawa konwersacja, ale nagle z cienia wyłoniła się Ceda.
Gdy wszyscy się już znaliśmy, przystąpiliśmy do części formalnej spotkania.
- Obecnie nie mamy żadnych wojen - zaczęłam jako pierwsza - więc nie mamy też dużo roboty. Staram się przede wszystkim utrzymać naszych wojowników i obrońców w dobre formie. Stratedzy z nudów opracowali chyba kilka taktyk obrony i ataku. Będzie z czego wybierać.
- Wygląda na to, że watasze nic nie zagrozi z taką dobrą linią obrony - wtrąciła Ceda.
- Nie jestem pewna - mruknęłam - jedna ze strategii miała na celu wykorzystanie kokosów przywiązanych do stada jeleni. Chociaż przyznam, że na planach wyglądało to skutecznie. Poza tym jedyne co nas niepokoiło w ostatnim czasie, to stadko centaurów. Mogłeś się spotkać z rannymi po tym wypadku - zerknęłam na Laycatina.
- Tak, zetknąłem się z tym. Medycy zajęli się tymi dwoma przypadkami i już stają na nogi. Sam także przyłożyłem łapę do ich ozdrowienia. Poza tym praca jak praca. Niedawno przeprowadziłem kontrolę pracy zielarzy, niedługo muszę wybrać się do szamana. Zdarzył się też incydent z kłótnią dwóch kapłanów, którym wyszły przeciwstawne wyniki w tłumaczeniu woli bogów. Musiałem ich rozsądzić, samemu tłumacząc. Nie jest to moje ulubione zajęcie, ale jak trzeba to trzeba. A jak u ciebie, Ceda? Coś nowego?
- Nic. Zwiadowcy rozesłani byli na początku miesiąca i od tamtej pory raporty nie wykazują nic nowego. Posłańcy dotrą z nowymi wieściami pewnie w tym tygodniu. Jeśli chodzi o straż graniczną, to pojawił się jakiś potwór przy źródle rzeki Matki, dobrze byłoby, gdybyś to załatwiła, Sorka.
- Twoi posłańcy mówią jaki to potwór?
- Prawdopodobnie mantikora.
- Niech to szlag...
- Będę miał co robić? - Zapytał Laycatin.
- Możesz mieć wiele do roboty, jeśli szybko się tym nie zajmę - odpowiedziałam - masz coś jeszcze, Ced?
- Nic więcej. Możesz wciągnąć w to polowanie mnie i moich zabójców, w ostatnim tygodniu nie mieli wiele do roboty, a wojownicy pewnie potrzebują odpoczynku po walce z centaurami.
- Zgoda. Dziękuję.
- To ja już naszykuję zbiór leczniczych ziół - zapewnił optymistycznie Lay.
- Na pewno się przydadzą - Ceda uśmiechnęła się - mamy coś jeszcze do omówienia?
- Raczej nie. Zajrzyjcie do mnie za dwa dni, zaopatrzę was w parę specyfików zanim ruszycie na południe.
- Zgoda - uśmiechnęłam się do nich - dobrze się z wami pracuje.
- Możemy stworzyć całkiem zgraną drużynę - Ceda odwzajemniła uśmiech.
- A jakże. - Lay wstał i spojrzał na mnie - Musisz kiedyś posłuchać moich ballad, Sorka. Mogą ci się spodobać.
- Ty moich też.
Pożegnaliśmy się. Laycatin i Ceda ruszyli, każde w swoją stronę. A ja zostałam na miejscu. Rozpaliłam ognisko i patrząc z wysokości na kolorowy, migający światłami targ zanuciłam jedną z moich ulubionych pieśni.

Zbudź Białe Wilki jutrzenko dnia
Zbudź Wilki według wojennych praw
Niechaj ich zapach tłumi woń krwi
Niech pośród bitew ich biel się tli

I choć dowódca gdzieś w polu legł
Każdy z nich silnie przed siebie biegł
Gdzie im dowódca pośród pól padł
Tam Wilki kwitną od wielu lat

Zamknij swe oczy, żołnierzu mój
Zamknij, płaczący gdzie dom jest Twój
Już konający kwiat w rękę weź
I zanuć słodką oddziału pieśń
Tam gdzie twa rozkosz - tam dusza Twa
Smutną piosenkę o wojnie gra


Ceda lub Laycatin, proszę o odpiskę. 

*Białe Wilki - rośliny o dużych, białych kwiatach, odznaczające się silnym zapachem. Rosną zazwyczaj na mogiłach